Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Ach! Nasze słynne rozjazdy po Polsce na rozgrywki ligowe! Ile emocji, nadziei, rozczarowań, a wszystko to pozostało dla mnie niezapomniane!

Środek lokomocji niezmiennie był ten sam, wagon drugiej klasy PKP, ponieważ trzecia klasa została niedawno zlikwidowana, jako uwłaczająca godności człowieka pracy, który nie mogąc sobie pozwolić na inną, czuł się poniżony przez burżujów zajmujących wyższe klasy. Wagony pozostały te same, gdyż zmiana dotyczyła tylko napisów przemalowanych z 3-ki na 2-kę, natomiast komfort jazdy w wagonach zależał, jak na loterii, od szczęścia lub raczej od sprawności rezerwującej w nim miejsca dwójki komandosów. Ta para złożona z dwóch silnych kolegów (ja byłem wyłączany), ustawiana w pozycji „czujki” na końcu peronu, musiała być dostatecznie brutalna, by wskoczyć jako pierwsza do zbliżającego się wagonu w ruchu, zająć pusty przedział i zaryglować drzwi tak, aby nikt nawet ze specjalnym kluczem, nie mógł ich otworzyć. Nie odpowiadać nikomu, nie patrzeć na płaczące dzieci czy wdzięczące się panienki, a najlepiej to zasłonić okno na korytarz i czekać z niecierpliwością aż podstawiany pociąg zatrzyma się ostatecznie.

W następnej akcji „otwartego okna” jeden wyskakiwał przez nie na peron, by podprowadzić kłusem czekającą gdzieś grupę, a po wprowadzeniu bagaży przez okno i ułożeniu ich tak, by brak miejsc w przedziale był widoczny dla tych z zewnątrz, reszta grupy lokowała się już normalną drogą, jak tylko korytarz stawał się „drożny”. Ponieważ łącznie z kierowniczką, Stryjem i Stryjenką (zawsze jeździli w parze) było nas dwunastu, jeden przedział nie wystarczał, ale ze względu na grę przez całą podróż w brydża, musiał być choć jeden wolny od obcych. W normalnych warunkach dwa miejsca na półkach były wykorzystane do spania przez dwóch nie grających w brydża, jednak chrapanie nie było dopuszczane, gdyż przeszkadzało graczom w niezwykle ważnym koncentrowaniu się w czasie rozgrywki.

Bywalcy zagranicy mówili, że tam w wagonach dla zwykłych podróżnych, był system rezerwacji zapewniający prawo do siedzenia w czasie podróży, ale ja nie wierzyłem, że u nas to szybko nastąpi. Wiedziałem, ile wagonów może pociągnąć lokomotywa i znałem mniej więcej z wykładów maszyn parowych ilość lokomotyw w Polsce. Otóż, przyjmując szczodrze średnią szybkość pociągu osiąganą na liniach PKP ze 40 km na godzinę i ilość wielbicieli jazdy pociągiem, łatwo mogłem obliczyć, że otrzymanie siedzącego miejsca w przedziale stanie się dostępne pasażerowi Iksinskiemu, na pewno nie za mojej kadencji sportowej. To mnie uspakajało, że inni współobywatele też jeszcze długo będą walczyć o miejsca siedzące, tak jak myśmy, z oddania dla sportu, to robili.

System wagonów restauracyjnych w pociągach dalekobieżnych praktycznie nie istniał z tych samych powodów. Bowiem pierwsi zasiadający za stołem w restauracyjnym wagonie to byli ci, nie mający miejsc siedzących, co usprawiedliwiało częściowo ich mało społeczną postawę, a mianowicie, powolną konsumpcję i odnawianie zamówień, gdy przyniesione danie, mimo wysiłku, zbyt szybko znikało ze stołu. Ale sieć barów istniała i nikt z podróżnych nie cierpiał głodu. Ponieważ bary w wagonach byłyby i tak niedostępne, gdyż z braku możliwości ruchu, nikt poza najbliższym otoczeniem nie mógłby z nich korzystać, powstały więc bary ruchome. A skoro „potrzeba rodzi wynalazek”, więc rozwijająca się branża „bufetowego konika” zajęła się sprawnie, i co najważniejsze skutecznie, organizowaniem na peronach stacji z dostawą do okna konsumpcji tego, co podróżujący Polak lubił. Można było tam dostać smakowite różnorodne kanapki, wysmukłe i gorące paróweczki, ogóreczki solone w twardym wydaniu, kubki gorącej grochówki, a nawet podobno były kotleciki schabowe w smalczyku z cebulką. A już szczytem wszystkiego była możliwość zakupu piwa, napoju wysoko deficytowego w normalnej sieci handlowej.

Jakość tych smacznych i gotowych do strawienia dań była bez zarzutu, a opłaty więcej niż umiarkowane, toteż okna od strony peronu, w hamujących ze zgrzyto-świstem wagonach, przypominały okna transatlantyku „Quen Elizabeth” w dniu jego inauguracyjnego rejsu do New York’u. Jedyną różnicą było, że zamiast chusteczek w „okiennych” rękach powiewały kolorowe złotówkowe banknoty, podczas gdy u oczekujących „barowców” chusteczki były zastąpione kanapką w gazetowym opakowaniu lub butelką Żywca. Ale wynik konfrontacji był ten sam, to znaczy krótka wymiana pozdrowień typu: „A po ile są…?”. „Niedrogo pszepana, tylko…! Podać?” i następująca po tym wymiana biletów na opakowania, kończyły nawiązaną przypadkowo znajomość. Podejrzewałem nawet, że na niektórych stacjach zawiadowcy przedłużali celowo postój pociągu, aby barmanom dać czas dla spełnienia ich biblijnej misji „pragnących napoić i zgłodniałych nakarmić”. A może  byli też członkami związku zawodowego koników barowych, ale to nie jest pewne, gdyż ewidencja członków w tych czasach trochę kulała.