Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Jak w tym pejzażu siatkówki wyczynowej przedstawiała się drużyna „Spójni”? Kiepsko! Kierownictwo klubu miało dwa „konie”, na które stawiało swój wysiłek finansowy: lekkoatletyka i wioślarstwo. Z gier zespołowych jeszcze koszykówka kobiet miała rację bytu, bo na afiszu osiągnięć miała kilka dobrych miejsc w grupach finałowych. Natomiast drużyna siatkówki była w pewnym sensie, dla ludzi wpływowych z zarządu, „piątym kołem u wozu”, gdyż nikt nas nie wysyłał za granicę i „szczeblowi działacze” nie widzieli w tym zespole żadnej dla siebie przyszłości. Nasz sympatyczny trener, popularny w całym warszawskim społeczeństwie sportowym, Kazio Strycharzewski na pewno nie był najlepszym trenerem, ale kompensował to, i z naddatkiem, swoim oddaniem dla drużyny. Miał złote serce i bardzo nie lubił przegrywać w brydża, grę uprawianą na siedząco przy stole z pomocą 52 kart, która wtedy w naszym zespole była szczególnie w modzie.

W tym okresie często prowadzone treningi naszego zespołu zaczynały dawać coraz lepsze wyniki. Nasza drużyna po zwycięskim sezonie gry w drugiej lidze otrzymała w czasie ostatecznego turnieju w Opolu długo oczekiwany przez wszystkich awans do pierwszej ligi. Choć skromnie, ale muszę się pochwalić, że moja gra przyczyniła się bardzo do naszego zwycięstwa i moje miejsce w pierwszym zespole przestało już być alternatywą dla trenera. Zresztą w tym okresie trenował nas przejściowo Jacek Busz, którego siatkarski talent i „zimna krew” wpłynęły na pewno na nasze zwycięstwo w finale. Niestety, miał pewien nałóg, z którym nie chciał się rozstać i gdy w pewnym momencie dano mu do wyboru siatkówka lub nałóg, wybrał ten ostatni. Szkoda.

Z wejściem do pierwszej ligi nareszcie zespół „Spójni” mógł pretendować do wyjazdów do KDL-ów na turnieje z tamtejszymi klubami. Takie wyjazdy były bardzo cenione przez polskich sportowców nie tylko z potrzeby zademonstrowania swych umiejętności sportowych u sąsiadów. Jeśli kierownictwo klubów starało się organizować dla swych drużyn wyjazdy zagraniczne na spotkania w meczach towarzyskich, to między innymi i dlatego, aby dać uczestnikom, a może trochę i sobie, możliwość otrzymania dodatkowych pieniędzy, gdyż takie wyjazdy miały również swój nieoficjalny aspekt handlowy i to czasami wcale niemały.

Problemem numer jeden dla naszej drużyny, który nigdy mimo obiecanek nie został rozwiązany, był brak w klubie „Spójni” własnej hali sportowej. Jej brak, przy małej liczbie w Warszawie sal nadających się wymiarami do gry w siatkówkę, zmuszał nas do trenowania w godzinach nocnych, kiedy inni kładli się już spać. I tak w AWF-ie nasze treningi zaczynały się o 22, a w YMCA o 21. Jedynie w Sali Kongresowej mieliśmy szczęście mieć treningi dwa razy w tygodniu w normalnych godzinach. Toteż być zawodnikiem „Spójni” w tych warunkach było z naszej strony aktem wiary w przyszłość. Bo cóż mógł nam zapewnić klub stosunkowo ubogi? Poza brakiem zagranicznych wyjazdów i jakichkolwiek przydziałów zapewniał jeszcze jakieś dożywianie dla bardziej potrzebujących, no i rozumie się samo przez się, pokrycie kosztów na wyjazdy krajowe w okresie spotkań ligowych.

Dla interesujących się siatkówką, przyzwyczajonych widzieć dziś „maszty” skaczące przy siatce jak koniki polne, przypomnę, że reguły gry w siatkówkę były nie te same, co obecnie. Moim zdaniem dawna gra była mniej „siłowa”, wymagała więcej precyzji i wysokość gracza miała dużo mniejsze znaczenie. Grało się do piętnastu punktów, a drużyna aby wygrać set, musiała mieć dodatkowo dwa punkty przewagi nad swoim przeciwnikiem. Poza tym, utrata piłki nie dawała punktu przeciwnikowi, a tylko prawo zagrywki, przed którą wszyscy jego zawodnicy przesuwali się o jedno miejsce. Te elementy powodowały, że set mógł trwać bardzo długo i pamiętam jeden z naszych meczów w Wilnie, który trwał prawie cztery godziny (łącznie z przerwami), a telewizja litewska zmieniła swój program, by zapewnić transmisję tego interesującego spotkania.

Taktyka gry obronnej „w polu”, nauczana przez Stryja, też była odmienna. Przyjęcie piłki przez gracza odbywało się z reguły „na palce”, a przyjmowanie na wyciągnięte przed sobą dwie złożone ręce było uważane za prymitywne i „nieestetyczne”. Aby odebrać piłkę na palce lecącą ku ziemi, a co jeszcze lepiej, wystawić ją prosto ścinającemu, gracz powinien był wykonać słynną „stryjowską śrubkę”, to jest rzucić się na ziemię i przyjąć na niej pozycję leżącego „wystawiacza”. Przy szybkości piłki lecącej ponad 100 km na godzinę, wcale, ale to wcale nie było to proste do wykonania. Ja chyba pierwszy w drużynie wprowadziłem „chłopski” styl obrony, używając dwu rąk wyciągniętych przed sobą. Ale śmiano się z tego i tylko brak ważnej w grze giętkości mojego kośćca był jedynym moim wytłumaczeniem przed estetami z drużyny. „Blok” przeciwnika miał jak zawsze kapitalne znaczenie i to dla obu drużyn. Piłka dotknięta przy bloku była uważana za odbitą i do wyekspediowania jej na drugą stronę pozostawały tylko jedno odbicie i „ścięcie”, jeśli do niego dochodziło. Rąk przy bloku nie wolno było przekładać, a przy zagrywce gracz musiał mieć choć jedną nogę postawioną na ziemi w momencie „serwisu”. Takie wtedy były prawa i tak je przestrzegano, ale dla mnie była to również najpiękniejsza dyscyplina sportowa, chociaż nie miała wtedy jeszcze praw olimpijskich!