Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Choć do tej pory mało mówiłem o moich wyczynach siatkarskich to wcale nie znaczy, że moja aktywność sportowa zmalała, wręcz przeciwnie. Siatkówka na poziomie ligowym, który miała nasza drużyna, wymagała ode mnie intensywnego treningu i dodatkowych ćwiczeń lekkoatletycznych, mogących umięśnić moją trochę naukową sylwetkę. Wszystko to musiałem rozwijać w harmonii z moimi zajęciami na uczelni i nauką poza uczelnią.

W owych czasach, zespoły liczące się w pierwszej lidze siatkówki były złożone prawie wyłącznie z graczy krypto-zawodowych. Nazwa gracza „zawodowego” nie istniała bowiem w socjalistycznym sporcie, gdyż ten nie będąc zaliczany do pracy zarobkowej, wymagał od uprawiającego go sportowca, jeszcze oficjalnego miejsca pracy. Byliśmy więc wszyscy zaliczani do szerokiej grupy sportowców-amatorów. Dzięki tej pomysłowej adaptacji określenia Polska oraz inne KDL-e mogły wysyłać swych najlepszych sportowców na Olimpiady, by tam również dowieść wyższości naszego sportu nad tym z Zachodu. Nie zawsze się to udawało, lecz w wypadku sukcesu jego bohaterowie byli honorowani przez kierownictwo partii i rządu i mieli prawo do rozlicznych atrakcyjnych „przydziałów”. Trzeba przyznać obiektywnie, że sport był dziedziną, która należała raczej do uprzywilejowanych i była popierana przez władze kraju. Uprawianie sportu było propagowane, rozwijane i uważane za formę kształcenia nowej świadomości. Może nie zawsze środki pieniężne były dostateczne lub dobrze rozdzielone pomiędzy kluby czy oświatę, lecz bezsprzecznie coś się zawsze działo i to w dobrym kierunku.

Przytoczę tu jedną z ówczesnych pochwalnych pieśni na ten temat, która zilustruje równocześnie, co to była typowa pieśń masowa i do jakiego poziomu artystycznego mogło doprowadzić zamawianie utworu „na temat”:

Ja sportowiec, ty sportowiec,

Ja morowiec, ty morowiec,

My kibice dwaj sportowi.

   Twoja wola, moja wola,

   By na przeciw strzelić gola,

   Idź sędziemu o tym powiedz.

Bo to sportowa piosenka,

Naszej sportowej drużyny,

Bo to sportowa piosenka,

Dla kochanej śpiewana dziewczyny!

   My chcemy gola, gola, chcemy gola,

   My chcemy gola, gola chcemy dać!

My się na tym dobrze znamy,

My się pobić dziś nie damy,

Urządzimy Spartakiadę,

   Bo sportowcy w całym świecie,

   Są jak jednej matki dzieci

   I wzajemnie się kochają.

Dla mnie w tej piosence: muzyka – prawie zero, słowa i wyrażenie myśli –głęboko pod kreską, a całość, po zapoznaniu się z nią mas, warta szybkiego zapomnienia!

W zawodowych zespołach warszawskich siatkarzy, takich jak „Legia”, AWF, „Gwardia” gracze zatrudnieni na jakiejś fikcyjnej posadzie mieli jedno tylko zadanie przez cały tydzień – trenować i grać coraz lepiej. W klubach otrzymywali wszystko co było niezbędne do normalnego życia, a więc dobry zarobek, dla większości mieszkania i oczywiście zwolnienie z jakiegokolwiek obowiązku pracy zawodowej. Jednym słowem było to dla nich „żyć, a nie umierać” i robić co można, aby ten stan rzeczy trwał jak najdłużej. Kadra trenerska tych zespołów była również na dobrym poziomie i często złożona z najlepszych byłych graczy, którzy dodatkowo ukończyli kursy trenerskie, w przypadku gdy takich im było potrzeba. A co było najważniejsze dla siatkówki, kluby te miały własne sale sportowe, co pozwalało korzystać z nich, w najbardziej odpowiadających im terminach. Te zespoły z reguły zajmowały czołowe miejsca w rozgrywkach ligowych, choć często, i ku zdziwieniu sportowych dziennikarzy, pojawiały się drużyny, które eliminowały zawodowców. W małym światku siatkówki takie zespoły stawały się na jakiś czas bardzo popularne, a ich najlepszych graczy zespoły zawodowe przyciągały do Warszawy, ofiarując im różne korzyści materialne i sportowe, co stanowiło wtedy przynętę nie do odrzucenia.