Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

O ile pierwszą trojkę ze studium wojskowego otrzymałem dzięki mojej niepojętej potrzebie przestrzegania ścisłości rozumowania, o tyle drugą trójkę w tej samej sesji egzaminacyjnej dostałem już przez brak niezbędnych wiadomości. A było to tak.

Jednym z moich bardziej ulubionych przedmiotów była wytrzymałość materiałów, wykładana na naszym roku przez profesora Brzoskę, o czym wspomniałem już przy innej okazji. Był to przedmiot, z którego w poprzednich sesjach miałem piątki z zaliczania ćwiczeń, co automatycznie zwalniało mnie od egzaminu pisemnego, jak również piątki z teorii przedmiotu. Na nadchodzącą sesję ćwiczenia praktyczne miałem już zaliczone na piątkę, więc zgodnie z tradycją, przygotowywałem się tylko do egzaminu ustnego z teorii, zostawiając na boku problemy rozwiązywania zadań, ponieważ to wchodziło normalnie do części pisemnej egzaminu. Z teorii na pewno byłem dobrze „obkuty”. Poza wyuczeniem się na „blachę” wszystkich wyprowadzeń wzorów, udowodnień tez, definicji praw i innych specjalności przekazanych nam przez profesora Brzoskę, w trakcie bardzo konwiwialnych jego wykładów, włączyłem także do służby moją pamięć wzrokową, by móc recytować odpowiedzi na przyszłe pytania zgodnie z tekstami w podręcznikach. Byłem spokojny, bo dobrze przygotowany egzamin dla mnie będzie na pewno tylko formalnością!

W dniu egzaminu pierwsze moje zdziwienie było spowodowane wyborem miejsca do jego zdawania. Zamiast, jak zwykle, egzaminu w gabinecie profesora, do którego wchodziło się po dwóch na kilkunastominutową „spowiedź”, tym razem nasza grupa została zebrana w audytorium, gdzie zwykle odbywały się wykłady dla całego roku. Drugie zdziwienie wynikało z pierwszego i sprowadzało się do sposobu rozmieszczenia nas na sali w „luźną szachownicę”. Odległości między rozsadzonymi były takie, że wykluczały wszelkie możliwości wzajemnego wspomagania się w trakcie trwania egzaminu. Trzecim i ostatnim powodem do zdziwienia było przybycie profesora z orszakiem swoich asystentów, którzy rozprowadzili nas na miejsca oznaczone wcześniej naszymi nazwiskami. Profesor przyglądał się bez słowa tej krzątaninie „pomagierów”, ale jego obecność nawet milcząca, nie dopuszczała do powstania zamieszania wśród zebranych. Po ukończeniu zagospodarowania sali zabrał głos, mówiąc tonem uroczystym i z dozą emfazy: „Proszę Państwa”, taki zwrot był motywowany obecnością jednej studentki w naszej grupie, „Proszę Państwa, jesteśmy w trakcie tworzenia nowej historii. Ja również chcę wnieść mój wkład w zachodzące zmiany. Podejmuję więc historyczną decyzję: zmieniam sposób prowadzenia egzaminów. Egzamin nie będzie, tak jak poprzednio, zależał od szczęśliwego trafienia na łatwiejsze pytania. Dziś wchodzimy do nowej ery egzaminów: „urawniłowka” pytań dla wszystkich. Ale nie tylko, Napoleon miał swoje sto dni, a ja za jego przykładem mam prawo do moich stu minut”.

Nic dodać, nic ująć. Wstęp był w linii czasu i maskował dobrze prawdziwy powód tej nagłej zmiany tradycji. Bowiem moim zdaniem, przyczyna tej historycznej decyzji była bardziej prozaiczna. Zamiast siedzieć 10 godzin w gabinecie, wyszukiwać niepowtarzające się pytania dla egzaminowanych i wysłuchiwać znanych mu już z własnych wykładów odpowiedzi, profesor postanowił wykorzystać piękny słoneczny dzień, by ze swoim „kumplem” od mechaniki, profesorem Leyko, pojechać na „zieloną trawkę” nad Liwiec do Świdra. Bowiem ich samotne wyprawy, poświęcone roztrząsaniu zagadnień naukowych na łonie natury, były „tajemnicą poliszynela” na Politechnice.

Ciąg dalszy wstępu, a raczej jego rozwinięcie, było dla mnie bardzo, ale to bardzo nieprzyjemne. „Aby w czasie mojej stuminutówki, nie roztrząsać nudnej dla wszystkich teorii, daję państwu okazję wykazać swą wiedzę w rozwiązaniu pięciu interesujących zadań, z pięciu różnych dziedzin wytrzymałości. Życzę państwu zwycięstwa w każdym postawionym problemie, gdzie jak w bataliach Napoleona należy połączyć trafność decyzji z szybkością jej wyboru i zastosowania. Wydaje mi się, że nie obrażę was, przeznaczając „aż!” dwadzieścia minut na „pokonanie” każdego problemu”.

Ja na to nie byłem wcale przygotowany. Zamiast zdawania ustnego egzaminu z wykutej już dobrze teorii, miałem teraz w imię Napoleona stoczyć na papierze pięć bitew, a każda na innym terenie i z innym rodzajem broni? To był cios zadany poniżej pasa, a jego efektem natychmiastowym było oczywiście zamroczenie jasności mojego myślenia. Nim zdążyłem się „pozbierać” po tym emocjonalnym wstrząsie i zacząć rozwiązywać z sensem pierwszy problem, brutalne przejście asystenta w 20 minucie odebrało mi wraz z kartką papieru nadzieję na jego prawidłowe ukończenie. Na miejscu zabranej asystent zostawił kartkę z nowym problemem. Fakt nieukończenia pierwszego zadania z powodu wpadnięcia w niedoczas spowodował, że zdenerwowanie moje wzrosło o 17 procent, co z kolei opóźniło moje wejście w sedno następnego problemu, a brutalne przejście asystenta w 40 minucie odebrało mi wraz z kartką papieru nadzieję na jego prawidłowe ukończenie. Następne fakty nieukończenia kolejnych zadań z powodu wpadnięcia w niedoczas spowodowały, że zdenerwowanie moje wzrastało w sposób arytmetyczny, co z kolei opóźniło wejście w sedno problemów i brutalne przejścia asystenta w 60 i 80 minucie odebrały mi wraz z kartkami papieru nadzieję na ich prawidłowe ukończenie.

Dosyć! Full stop! Fakt, że piąty problem sprowadzał się do wyprowadzenia równań opisujących rozkład naprężeń w połączeniach kołnierzowych, dał mi nieoczekiwaną szansę pokazać ostatni rozbłysk mojej gwiazdy, przed jej ostatecznym zgaśnięciem. Powoli przychodząc do siebie, tym razem ja oczekiwałem na ostatnie przejście asystenta, aby mu oddać ostatnią kartkę, kończącą ostatecznie moją stuminutową drogę śladami Napoleona.

„La garde se meurt, mais ne se rends pas! Vive l’Empereur!”

W kilka dni później grupa „wytrzymałościowa” zebrała się, tym razem w normalnej sali, aby wysłuchać z uwagą podawanych przez profesora Brzoskę wyników z „napoleońskiego” egzaminu. W towarzystwie asystentów profesor na podwyższeniu brał z rozłożonych kupek kolejne kartki i po przeczytaniu oceny z rozwiązania każdego problemu, dawał ocenę ostateczną egzaminu, z towarzyszącym jej ewentualnym komentarzem, który w zależności od wyniku mógł być sympatycznym lub ironicznym. Najpierw wyczytał oceny na piątkę, było ich chyba dwie i komentarz był bardzo pochlebny dla ich autorów. Następnie omawiane były prace z wynikiem na czwórkę i każda miała prawo do komentarza typu: „W tym zadaniu Bozia nie poskąpiła panu wielkości, to jest ciekawe podejście do problemu.” Albo: „Tutaj widać, że pan myślał o niebieskich migdałach, bo wysiłku intelektualnego ja tu nie dostrzegłem.” W tej grupie moje nazwisko nie zostało wywołane, co uważałem za zupełnie normalne. Następna lista ocen trójkowych była długa i tylko niektóre z nich miały wątpliwy honor być opatrzone dodatkowym komentarzem, który z reguły nie był pochlebnym dla autora omawianych kartek. Brak mojego nazwiska, również w tej grupie, oznaczał niedwuznacznie, że egzamin oblałem i to po raz pierwszy w mojej karierze studenta! Wstyd i hańba czekały na mnie w perspektywie odczytania następnej listy. Dwójkowiczów nie było wielu, toteż lista prawie bez komentarzy została przekazana do wiadomości zainteresowanym stosunkowo szybko. Moje zaniepokojenie osiągnęło maksimum, bo również na tej liście nie zostałem wymieniony. Nie przypuszczałem, żeby moja praca zginęła, ale kto wie? To byłaby na pewno jakaś szansa dla mnie. Niestety!

Profesor zakończył widocznie część tradycyjną swego orędzia poegzaminacyjnego. Powstał z miejsca i patrząc spod oka w moją stronę, wyciągnął do góry kartki, niewątpliwie mojej pracy i pomachując nimi w moim kierunku, dorzucił:

- A teraz mam tu specjalny przypadek pana Ryszarda Pytlaka, jednego z najlepszych moich studentów. Widząc to, co widzę, muszę poprawić, byłego lepszego studenta. Proszę pana, jedno z dwóch: albo pan niewiele zrozumiał z postawionych problemów i nie potrafił na nie prawidłowo odpowiedzieć, lub, co gorsze, pan je zrozumiał i też nie potrafił dać odpowiedzi, co zresztą wychodzi na jedno: oczywisty brak znajomości przedmiotu!

Stojąc, czułem jak ze wstydu robiło mi się gorąco, bo takiego wyróżnienia przed całą grupą na pewno nie oczekiwałem. Bąkałem coś takiego jak:

- Panie profesorze, nie wiem, co się stało. Wydaje mi się, że zupełnie straciłem głowę…

- Z tego co widzę, a chyba się nie mylę, Pana głowa wydaje się być na właściwym miejscu. Nie, głowy pan nie stracił, ale co do zawartości jej wnętrza, to mogę ocenić na podstawie tych kartek, że były tam poważne luki. Gdybym panu oblał ten egzamin, byłbym w porządku wobec pana, ale nie byłbym w porządku wobec moich asystentów, którzy dali panu piątkę z zaliczenia ćwiczeń. Bo musiałbym ich obwinić, że źle wypełnili swoją pracę, a tego nie chcę dokonać. Wobec czego, aby wybrnąć z tego problemu elegancko uważam, że ich piątka i moja dwójka dają siedem, więc wystawiam Panu jako ocenę z przedmiotu naciąganą trójkę!

 To była druga trójka w historii mojej nauki na Politechnice. Tym niemniej, był to przedmiot, który w dalszym mym życiu dał mi dużo dobrego, a na usprawiedliwienie tej nietypowej dla mnie oceny, jaką była trójka, mogę potwierdzić, że: Errare humanum est.