Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

I znowu sesja zimowa 5-tego semestru zakończona dla mnie pomyślnie, bo zarówno stypendium naukowe, jak i akademik zostały mi automatycznie przyznane w wymiarze poprzedniego semestru. Ale kilka wydarzeń miało wkrótce zmienić na moją niekorzyść ten istniejący zbyt długo, poprawny stan rzeczy. A zaczęło się to wszystko od plenarnego zebrania członków ZMP na naszym roku, czyli praktycznie nas wszystkich. Program zebrania, które odbywało się w jednym z audytoriów gmachu głównego, poza zwykłymi kwestiami polityczno-administracyjnymi, miał się również zająć dwiema kwestiami niecodziennej natury.

Pierwsza dotyczyła „widocznego” zamiaru jednej z naszych koleżanek zostania szczęśliwą mamusią, a zadaniem zgromadzonego kolektywu było odnalezienie i napiętnowanie właściciela chromosomu Y, który nieoficjalną drogą spotkał i nawiązał więź z chromosomem X naszej koleżanki, (a może odwrotnie). Sprawa była niezwykle poważna, gdyż  dotyczyła strony moralnej naszego ruchu. Toteż prezydium zebrania, w którym zasiadło kilku wpływowych z naszego roku, było zdecydowane wnieść odpowiednią ankietę; metoda bardziej skuteczna niż by to zrobił pan Herkules Poirot w podobnej sytuacji. Nie będę podawał szczegółów prowadzenia dochodzenia ani jego wyników, gdyż jeszcze dzisiaj czuję duży niesmak na wspomnienie tej poniżającej metody publicznego sądu.

Drugą kwestią zupełnie innej natury, nie moralnej, lecz równie ważnej, bo politycznej, była sprawa ewentualnego wykluczenia z szeregów ZMP kolegi R. Pytlaka, za świadome zatajenie w ciągu 2 lat faktu zagubienia legitymacji członka studenckiej organizacji. Toteż gdy przyszła kolej na mnie, by odpowiedzieć na pytanie prezydium dlaczego to zrobiłem, byłem naprawdę w kłopocie.

Otóż w 1955 roku, w związku z wyczuwalnym w życiu politycznym kraju pewnego rodzaju zamieszania, spowodowanego podważeniem „historycznych prawd” z okresu wielkiego Józia, wrogie nam siły zaczęły siać ziarno niezadowolenia wśród pewnych, oczywiście nielicznych grup robotników. Organizacje polityczne kraju dostały więc zadanie przeciwdziałania temu rozwojowi tendencji wrogich dla socjalizmu. A więc potrzeba wzmocnienia pracy politycznej pośród członków, a więc potrzeba przeszycia nowymi nićmi kamizelki dyscypliny, trzymającej wszystkich „zwartych i gotowych”.

Jedną z możliwości była wymiana legitymacji w tych „organizacjach mas pracujących”, gdyż pod jej pretekstem prowadzono kontrolę członków, rozbudzając ich słabnącą czujność i co najważniejsze, wykrywano ewentualne „chore elementy”, które się do nich zakradły i które należało szybko usunąć, zanim zaraza się zadomowi i przybierze na sile.

Niestety, w momencie gdy miałem zdać starą legitymację, aby otrzymać nową, zamiast powiedzieć, że zgubiłem ją wczoraj, odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że skradziono mi ją w czasie spartakiady, razem z torbą, w której były jeszcze aparat fotograficzny „Zorka” i trochę pieniędzy.

- Tak, dwa lata temu? Czyżby kolega Pytlak nie wiedział, że członek organizacji bez legitymacji, naocznego świadectwa tej zaszczytnej przynależności, świadomie naruszył zasady opisane w statucie? A może kolega świadomie to zrobił?”

Czyli tłumacząc to na język zrozumiały: Podejrzany? A więc – won z organizacji!

Ale co kolega Pytlak wiedział, to że bez organizacji życie by mu się skomplikowało znowu do niemożliwości. Stypendium, akademik, wczasy, wszystko to wymagało jej poparcia. A nawet kontynuowanie studiów w jakimś stopniu było uzależnione od niej. To była dla mnie bardzo śliska sprawa. Toteż wstając z ławki, by dać odpowiedź prezydium i wszystkim zgromadzonym, wiedziałem, że muszę manewrować zręcznie ciężką tarczą samokrytyki – dla obrony, i delikatnym floretem – dla ataku. Zacząłem od przyznania racji oskarżeniu, że sam się dziwię, jak mogłem zlekceważyć tak poważną sprawę. Ale faktu nie zataiłem, choć mogłem, a przeciwnie ze szczerością godną członka organizacji powiedziałem prawdę, mimo że była ona dla mnie niewygodna. Ale czy ten błąd, w końcu tylko administracyjny, a nie ideologiczny, zmienił w czymkolwiek moje dobre wyniki w nauce, czy osiągnięcia w sporcie, oba ważne i doceniane przez naszą władzę ludową? I tu wymieniłem bez zatrzymania się litanię moich osiągnięć sportowych podkreślając, że ich znaczenie i czas, jaki im poświęcam są porównywalne do znaczenia i czasu, jaki członkowie prezydium poświęcają z oddaniem dla pracy społecznej, tutaj na uczelni! I czy w obliczu tych społecznie ważnych prac, które wypełniamy wspólnie dla dobra wszystkich, należałoby nas ukarać, bo zapomnieliśmy raz o jakimś obowiązku? Zniechęcić nas do dalszych wysiłków?

Odpowiedź miała przyjść szybko, bo w czasie jawnego głosowania nad pytaniem sformułowanym przez prezydium: „Kto jest za wydaleniem kolegi Pytlaka z ZMP?” Całe prezydium, podnosząc legitymacje jednogłośnie głosowało „Za!”, sala natomiast, poza członkami partii, co było oczywiste, głosowała „Przeciw!” I tak zostałem w ZMP z odpowiednią jednak naganą, odnotowaną w mojej kartotece szeregowego członka.

W całej tej historii, co było dla mnie bardzo pouczające, szczególne było zachowanie się jednego z mych przyjaciół, który zasiadał w prezydium i z którym w życiu codziennym na uczelni i poza nią byliśmy bardzo związani. Znał mnie bardzo dobrze i wiedział, że oskarżenie było śmieszne i że konsekwencje wydalenia z ZMP byłyby dla mnie poważne, a mimo to głosował „Za”, choć mógł bez jakiejkolwiek sankcji powstrzymać się lub głosować „Przeciw”.

Biedny człowiek, odcięty od normalnych ludzkich odczuć swą doktrynalną fasadą!