Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Po miesiącu spędzonym na „wojskowych wczasach” gdzieś w pomorskich lasach, po trzech tygodniach obozu siatkarskiego i pięciu niekończących się tygodniach bezczynnego leniuchowania, rozpocząłem nowy rok akademicki 1954/55, już trzeci na Politechnice. I znów różaniec powtarzających się w kółko tych samych czynności i tych samych miejsc odwiedzanych. A więc Akademik, Politechnika, „Spójnia”, a więc wykłady, ćwiczenia, treningi, a więc nauka, jedzenie, spanie i trochę wolnego czasu z odrobiną marzeń i szczyptą odprężenia.

Zmiana tej rutyny pojawiła się nagle, gdy klub, aby nas motywować do dalszych wysiłków, a może też, by kierownictwo „odetchnęło” trochę z nami, zorganizował nam dwutygodniowy obóz w Zakopanem, w czasie przerwy świątecznej Nowego Roku (i Bożego Narodzenia – s’il vous plait). Narty widziałem już w Karkonoszach, chociaż nie udało mi się nimi posłużyć z powodu brakujących mi wtedy wszystkich elementów niezbędnych dla wdrożenia się do tego białego sportu. Ale za to zjeżdżałem tam wspaniale na sankach. Otóż, by nie powtórzyć tego samego błędu w Zakopanem, postanowiłem zaopatrzyć się w niezbędny minimalny zestaw do jazdy na nartach. Od kolegi Jurka pożyczyłem narty, które stały u niego w piwnicy od czasu wojny, pozostawione tam przez wyjeżdżających pospiesznie żołnierzy Wermachtu. Kijki do nich były nie do pary, lecz różnica długości wynosiła tylko cztery centymetry i mogłem ją nadrobić, ustawiając odpowiednio nadgarstki. Kamasze z cholewkami na sznurowadła miałem własne, wystarczyło je doprowadzić tylko do używalności, gdyż bardzo ucierpiały w czasie zajęć w terenie w studium wojskowym.

Pozostała sprawa, którą do tej pory ignorowałem świadomie, a mianowicie sztuka jazdy na nartach. Nie wydawało mi się jednak, abym miał z nią jakieś kłopoty, jeździłem przecież dobrze na łyżwach, a narty są dużo dłuższe i można się podeprzeć kijkami w wypadku chwilowej utraty równowagi. Byłem w drużynie jedyny, który w życiu nie widział Tatr w „naturze”, ale je znałem z kronik filmowych i wiedziałem, że nie były wcale takie straszne, gdyż narciarze w reportażach byli zawsze uśmiechnięci i w pełni zadowoleni z ich tamtejszych wyczynów. Wiedziałem z opowiadań bywalców, że nowicjusze jeżdżą głównie „pługiem”, natomiast zaawansowani „szatkują” zbocza „krystianią”, a ci najlepsi jeżdżą wyłącznie „podwójną krystianią”, ale nie wypadało mi się pytać, jak się ją uprawia, choćby tę pojedynczą.

Kiedy pojawiłem się na dworcu przed odjazdem pociągu ekspresowego do Zakopanego, niosąc dumnie na ramieniu mój cenny sprzęt narciarski, początkowo nie rozumiałem, dlaczego mój widok wywołał salwy śmiechu kolegów i kpiące komentarze na temat nart i mojej sztuki narciarskiej. Dopiero po zainstalowaniu się w przedziale sprawa się wyjaśniła. Narty, z których byłem tak dumny to były narty wojskowe, przeznaczone jedynie do marszu po kopiastym śniegu, jak również ich system wiązania do butów w postaci prostego paska skórzanego był przeznaczony tylko do tego celu, pozwalając pięcie stopy podnosić się swobodnie. Całość absolutnie nie nadawała się do wyczynów narciarskich w górach tym bardziej, że same narty były wykonane z drewnianej deski, bez metalowych okantowań i bez wiązań pozwalających na jazdę po stokach. Rozumiejąc, że moje deski nie były nartami i że me zdolności narciarskie wyuczone na podstawie kronik filmowych stały się przedmiotem komentarzy nie zawsze „fair play”, postanowiłem zagrać „odważniaka”. Ponieważ z rozmów między bywalcami naszych gór wynikało, że zjazd do „kotła” z Kasprowego Wierchu i dalej przez Murowaniec do Zakopanego był najtrudniejszą trasą zjazdową, rzuciłem więc wyzwanie, że byłem gotów założyć się z każdym, że zjadę tą trasą na moich „dechach”, bez zdjęcia ich z nóg i bez maszerowania pieszo. By dodać znaczenia mojemu wyzwaniu określiłem sumę zakładu w wysokości normalnego stypendium. Jeden siatkarz z drużyny, nie nazwę go moim kolegą, bo dla mnie nigdy nim nie był, podjął zakład. Ustaliliśmy, że sędzią będzie jeden z dobrze jeżdżących na nartach, który miał mi towarzyszyć na trasie, a jego zdanie miało być ostateczne dla określenia, czy zakład przegrałem, czy wygrałem.

Jedynym środkiem transportu narciarzy na Kasprowy z Kuźnic, do których dojeżdżało się z Zakopanego autobusem, taksówką lub saniami, była dwuetapowa, kabinowa kolejka linowa Kuźnice – Myślenickie Turnie – Kasprowy. Kolejka linowa na Kasprowy i kolejka na szynach na Gubałówkę były zresztą jedynymi mechanicznymi urządzeniami do transportu osób w polskich Tatrach i nikt wtedy nie marzył nawet o wyciągach krzesełkowych, linowych, orczykowych, które nastały znacznie później. Toteż kolejki do kolejki w Kuźnicach były niesamowite i wjechać na górę nie zawsze się udawało. Zapaleni narciarze, gotowi na każdy trud byleby móc pojeździć, jechali saniami, jeśli warunki śnieżne na to pozwalały, do Murowańca, na Halę Gąsienicową lub do Doliny Goryczkowej, a stamtąd po kilkugodzinnej wspinaczce osiągali stację na Kasprowym, wystającym nad poziom morza ponad 1900 metrów. Nagromadzona w nich w ten sposób energia potencjalna była zużywana całkowicie w czasie swobodnego zjazdu po trasach narciarskich z „Kasprusia do Zakopca”. Całość operacji przedstawiała sobą sportowy wyczyn, którego można było dokonać, chociaż z wielkim trudem, w ciągu jednego dnia pod warunkiem opuszczenia Zakopanego jeszcze przed świtem.

Po kilkudniowym zaaklimatyzowaniu się w pensjonacie, włóczęgach po Krupówkach, wjeździe tramwajowym wyciągiem na Gubałówkę, próbach jazdy na łączkach śnieżnych dla dzieci, cała nasza ekipa znalazła się raniutko pewnego dnia w Kuźnicach, z realną szansą wjazdu na Kasprowy. Nasi specjaliści od zjazdów, którzy, jak wynikało z ich opowiadań czy komentarzy, mieli opanowaną trudną sztukę narciarską, już w Kuźnicach zaczęli narzekać na fatalną jakość śniegu, na trudne warunki atmosferyczne panujące na trasie, przejściowy brak formy i temu podobne przeszkody. Natomiast mój stan fizyczny czy duchowy przed zjazdem nikogo naprawdę nie interesował, bo wiadomo było wszystkim, że nic w tej dziedzinie nie miałem do powiedzenia i że naiwny zakład przegrałem. Bo co do rezultatu zakładu, nikt nie miał najmniejszej wątpliwości, a jedynie czego nie znano, to gdzie ja się „złamię”, gdzie dam za wygraną; przed startem w Kuźnicach, na starcie na Kasprowym czy też przy zjeździe w dół. Ale mój problem był na razie innego rodzaju, co zrobić, by w czasie jakiegoś upadku deski nie odpadły od nóg i nie poleciały sobie po stoku, jak w znanej piosence „o kochasiu, co poleciał w siną dal”. Taka utrata desek była równoznaczna z dalszym schodzeniem z góry na piechotę i oznaczała automatycznie przegranie zakładu. Rozwiązałem ten problem jak mogłem najlepiej, a raczej zawiązałem go jak się dało, bo zmajstrowałem jeszcze w pensjonacie za pomocą wytrzymałego szpagatu, rodzaj „super wiązadła” buta z deską, dzięki któremu łatwiej było mi „wyskoczyć” z kamasza niż oderwać deskę od buta.

Na startowym polu Kasprowego wiał lekko szczypiący w policzki mroźny wiatr, ale słońce mimo niewielkich obłoków, oświetlało pięknie kocioł i widoczna w słońcu panorama pokrytych śniegiem gór i dolin była dla mnie, mieszkańca płaskiego Mazowsza, rewelacyjnym odkryciem! Kasprowicz, oczarowany Tatrami, tak widział jako poeta, jedną z piękniejszych tatrzańskich dolin:

Przepiękna, jedyna Kościeliska Dolina,

Od całych Tatrów zaklęta,

Lecz lasy i skały w krąg ją opasały,

I brama z głazów zamknięta!

Po napatrzeniu się na piękno otaczających nas gór podszedłem na kraniec pola startowego, by rzucić okiem na słynny, tylekroć omawiany, zjazd do kotła. Widząc go wreszcie w trójwymiarowym wydaniu, z maleńkimi postaciami poruszającymi się w głębi przepaści, serce mi załomotało i czułem, jak emocja ściskała mi gardło. Niestety, nie z powodu piękna, które zobaczyłem i nie ze wzruszenia, że miałem szczęście tu się znaleźć, ale po prostu ze strachu, zwykłego ordynarnego strachu. Z naszej ekipy, która wspięła się „po linach” na Kasprowy nie wszyscy mieli wyposażenie narciarskie i część kolegów przyjechała tylko po to, aby nasycić się widokami ośnieżonych szczytów górskich, a potem powrócić do Kuźnic tą samą kolejką. Ale chyba wszyscy byli ciekawi wyniku zakładu i czekali, co zrobię po obejrzeniu tej ogromnej areny dla lwów. Scena była jak w antycznej tragedii, w głębi chór kolegów recytował okolicznościowo przygotowane komentarze: „Rysiu, a nie zapomnij po starcie zamknąć oczu, one ci i tak nie będą potrzebne, a będziesz się mniej bał!”, „Gdy wypadniesz z trasy to idź zawsze w dół, wtedy łatwiej, i na pewno dojdziesz do jakiejś drogi!”

Lecz ja, przyszła ofiara sakralna zakładu, na pierwszym planie przygotowywałem się do nadejścia nieuchronnego momentu. Przyklęknąwszy, starannie i bez pośpiechu zamotałem szpagatem moje super wiązadła, wstałem, wciągnąłem rękawice, zgrałem wysokość kijków z długością rąk i przesuwając na zmianę deski do przodu, zacząłem przemieszczać się w stronę mojej Tarpejskiej skały. Idąc, rozważałem po raz ostatni, co zrobić dalej. Nie mogłem zrezygnować przed startem, bo stałbym się pośmiewiskiem kolegów, mogłem natomiast upaść tuż po starcie i udawać, że skręciłem nogę w kostce czy w kolanie. Zakład przegrywałem, ale honor byłby uratowany. Tak, to było na pewno jedyne dobre wyjście! Szybki upadek, kilka kozłów i grymas bólu na twarzy leżącego, widoczne z daleka. Dla bezpieczniejszej realizacji tego planu moim zamiarem było, tuż po starcie zastosować słynny pług, który powinien zmniejszyć szybkość zjazdu, a więc doprowadzić do mniej groźnego upadku. Zauważyłem również wcześniej, że większość narciarzy objeżdżała ścianę kotła z małą szybkością, wykorzystując istniejące na niej koleiny nart o małym nachyleniu. Nieliczni tylko wybierali kierunek w dół kotła, jadąc zygzakami chyba arcytrudną podwójną „krystianią”, ale ich prędkość była nieporównywalnie większa.

„OK, w pieriod!” W myślach zrobiłem znak krzyża, bo kto wie, i przełamując uczucie strachu przesunąłem buty z deskami na drugą stronę progu zjazdowego. Rozstawione szeroko nogi i ramiona, jak również złamana na pół sylwetka pozwalały mi chwilowo utrzymać równowagę. Po przejechaniu kilkunastu metrów po trasie wzdłuż ściany przeszedłem do wykonania fazy pługa jako wstępu do kozła, starając się utrzymać deski w pozycji leżącej jodełki. Nie wiem dlaczego, ale pług przejął inicjatywę zjazdu i wykierował moje deski w stronę dna kotła. Szybkość jazdy zaczęła gwałtownie rosnąć, jodełka pługu zamieniła się w niekontrolowany zupełnie „szus”, a ja ze strachu, pragnąc go zatrzymać za wszelką cenę, usiadłem, na nieszczęście na własnych deskach. Cały ten niepanujący już nad niczym zestaw, jak bobslejowy bolid, który wypadł z toru, podbijany na kolejnych muldach, fruwał dosłownie w powietrzu. Z opowiadań kolegi-sędziego, przypominało to zjazd Marusarza na wielkiej skoczni tuż przed kontrolowanym wybiciem się na jej progu. Wreszcie, po kolejnym niekontrolowanym wybiciu na muldzie przy szybkości nie do pobicia nawet przez najlepszych zjazdowców, wylądowałem rozpaczliwe na plecach. To chyba mnie uratowało od poważnych obrażeń cielesnych, gdyż pamiętając podświadomie by nie zgubić desek, trzymałem je nad sobą, kontynuując w ten sposób ześlizg na plecach aż do całkowitego wytrącenia szybkości.

Gdy przestraszony kolega odnalazł mnie leżącego bez ruchu, zasypanego w śniegu w dolnej części kotła myślał, że połamany straciłem przytomność. Na szczęście dla mnie nic nie złamałem, przytomności nie straciłem, a leżąc starałem się tylko „złapać oddech” i przyjść do siebie po tym piekielnym szusie i obijaniu się na muldach. Ale desek nie zgubiłem, moje super wiązadła trzymały! Pomógł mi się podnieść, otrzepać i poradził, że dla zatrzymania się przy moich umiejętnościach, lepiej było padać już przy małej szybkości na bok, nie do tyłu, co też skrupulatnie stosowałem na pozostałej do pokonania, pełnej dla mnie kalwaryjskich cierpień, drodze do Kuźnic. Do końca pobytu więcej nie próbowałem zjazdów z Kasprowego, ale to mnie nie uchroniło przed kontuzją. Zjeżdżając bowiem moim chłopskim stylem, po stosunkowo łatwej trasie z Gubałówki, zaczepiłem kółkiem kijka o sztachetę wystającą z ogrodzenia. W efekcie tego gwałtownego zatrzymania zjazdu, naderwałem sobie ścięgno barkowe u prawej ręki. Sprawiło mi to potem dużo, naprawdę dużo problemów w grze w siatkówkę. No cóż, każdy sport ma swoje niebezpieczne momenty i z tym trzeba się jakoś pogodzić.