Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

I znów nadszedł okres zimowej, trzeciej sesji egzaminacyjnej z jej momentami wzmożonej pracy i niepokoju przed egzaminami, satysfakcji i odpoczynku po jej więcej niż dobrym dla mnie zakończeniu. Czwarty semestr nauki i letnia sesja egzaminacyjna wieńcząca koniec drugiego roku studiów była kropla w kroplę podobna do poprzedniej, bez znaczących wydarzeń, które miałbym do opowiedzenia. Podobnie jak w historii narodów, brak wydarzeń do zapisania w księgach, w okresach, gdy się nic nie działo, nie tworzy historii. Przepraszam, wydarzeniem godnym do zanotowania była moja długo oczekiwana promocja z pokoju czteroosobowego do dwuosobowego. Dzięki Kaziowi, Wackowi i ich „chodom” zamieszkaliśmy razem z Kaziem, i tylko we dwójkę, w pokoju nr 205 przy ulicy Mochnackiego, w części rezerwowanej dla „wpływowych” studentów i ich podopiecznych. A poza tym wszystko inne płynęło spokojnym strumieniem czasu, jak w tej piosence pełnej nastrojowej nostalgii:

Dzień jak co dzień, zwykły dzień jak co dzień,

Drzwi skrzypnęły, przeleciał ptak w ogrodzie.

Dzień jak co dzień, zwykły dzień jak co dzień,

Sąsiad z góry na pianinie gra!

   Krople deszczu wciąż w rynnach dzwonią,

   Serce kołysz najmilsza ma symfonio.

   Dzień jak co dzień, zwykły dzień jak co dzień,

   Jakże smutna jest piosenka ta!

Rozrywki miały się zacząć wkrótce w czasie wakacji, w okresie przewidzianego jednomiesięcznego wyjazdu na szkolenie wojskowe. Miał to być dla naszego roku pierwszy kontakt z prawdziwym wojskiem, w prawdziwych namiotach i z prawdziwym uzbrojeniem. Byłem tego bardzo ciekaw, bo mimo rozczarowań, jakie mi dały dwa lata szkolenia w ramach studium wojskowego, wspomnienia z dzieciństwa w Modlinie zostawiły raczej miły obraz wojska, które tam widziałem. Poza kilkoma kolegami, którzy odbyli już swoją służbę wojskową, dla mnie i dla reszty miało to być odkrycie innego świata, którego istnienie podejrzewałem, ale nigdy nie miałem okazji poznać jego wnętrza.

W określony dzień mieliśmy się stawić my, to znaczy cały nasz rok, ale bez koleżanek, na Dworcu Gdańskim, gdzie miały czekać wagony, by nas dowieźć do jednostki wojskowej w miejscowości m.Czarne. Kazano nam zaopatrzyć się w żywność i napoje na 24 godziny, czyli chyba na przewidywany czas trwania naszej podroży. Na dworcu, po formalności zarejestrowania przez podoficerów zawodowych, którzy mieli nas dostarczyć do miejsca przeznaczenia, zostaliśmy „upchani” w kilku wagonach towarowych wyposażonych każdy w małą wiązkę słomy. Nie trudno było się domyślić, że spanie na słomie będzie bardziej komfortowe niż na gołych deskach, co zresztą szybko się potwierdziło. Nie pamiętam czasu trwania podróży, ale wagony dowiozły nas aż na bocznicę kolejową jednostki, przesiedlonej na okres letni do obozowiska zagubionego gdzieś w lasach na Pomorzu. Byliśmy wreszcie w wojsku! Ustawieni w dwuszeregu na placu apelowym wysłuchaliśmy w głębokiej ciszy i skupieniu słowa przywitania dowódcy, który obiecał nam, że nasze szkolenie to nie będzie zabawa w wojsko i że zwyczaje z życia cywilów nie będą tu tolerowane. Na dany znak przez kogoś, pobiegliśmy jak charty spuszczone ze smyczy do magazynu mundurowego, gdzie w twardej, lecz mimo to przyjacielskiej walce, udało mi się zdobyć między innymi, wierzchni komplet odzieniowy i parę sznurowanych kamaszy, mniej więcej moich wymiarów.

Potem cały nasz kolorowy tłumek, po „przedzierzgnięciu” się w bezimienną rzeszę szarych mundurów, ustawił się na nowo w podwójnym szpalerze w oczekiwaniu dalszych instrukcji organizacyjnych. Były one liczne i nie będę ich wymieniał, by nie naruszyć może jakiegoś sekretu, ciągle obowiązującego mimo lat, które upłynęły. Zostaliśmy podzieleni na drużyny, plutony i kompanie sposobem skutecznym, bo matematycznym i zbliżonym do ciągu Eulera. A mianowicie: pierwsze pięć par odliczone ze szpaleru ustawionego według wzrostu stało się pierwszą drużyną i objęło w posiadanie namiot n°1, drugie pięć par – druga drużyna i namiot n°2, itd., itd. Dzięki temu stałem się szefem pierwszej drużyny, bo byłem najwyższy i pierwszy w szeregu, i zamieszkałem, razem z mymi podopiecznymi oczywiście, w namiocie n°1. Cóż powiedzieć o zajęciach? Niewiele, bo to sekret. O uzbrojeniu? To samo. O naszej sile? To nie był sekret, była ona ogromna, a najlepszy tego dowód, że na zajęciach z taktyki ćwiczyliśmy tylko „nasze siły w ataku”, lecz nigdy w obronie czy w odwrocie. Pozostają mi więc do swobodnych wspomnień z życia na tym obozie tylko dwa wdzięczne tematy: poranna gimnastyka i całodzienna gastronomia.

Pierwsza zaczynała się o godzinie 6.15 na placu apelowym i trwała równo pół godziny. Była ona powszechna, jak szkoła, dla całej jednostki. Zespół pułkowej orkiestry dętej w symfonicznym „wydaniu” nadawał rytm wdzięcznym figurom gimnastycznym wykonywanym zgodnie z odpowiednim regulaminem i prawie jednocześnie przez wszystkich tam obecnych, pół-rozebranych, przepraszam, pół-ubranych pół-artystów, to znaczy nas. Układ figur i towarzyszącą mu muzykę wykonywałem i słyszałem 30 razy w ciągu miesiąca, były one ciągle te same i w tym samym regulaminowym porządku. Jeszcze dzisiaj jestem w stanie odmruczeć niektóre urywki bardziej melodyjne tej muzyki, niestety z egzekucją towarzyszących im figur miałbym na pewno kilka problemów. Na zakończenie orkiestra, która w czasie półgodzinnego grania przestawiała rytmicznie nogi, aby chociaż w ten sposób uczestniczyć w fizyczno-kulturalnym poranku, ruszyła „dziarsko” krokiem w stronę pola namiotowego, a w jej ślad, we wcześniej ustalonym porządku i w takt granego marsza, równie dziarsko poszły wszystkie kompanie. Przechodząc przed zespołem dowodzącym jednostką i całkowicie ubranym dla zaakcentowania swej pełnej gotowości, na daną komendę „Baaaaczność!”, każda przechodząca kompania „trzepała” krokiem defiladowym piaszczystą ziemię, wzniecając nieuniknione obłoki kurzu, który osiadając na spoconych nagich torsach, nadawał im uszlachetniający złotawy odcień.

A więc słynna gastronomia wojskowa! A więc słynne z filmów z okresu kinematografu kuchnie polowe z dymiącymi kominami, z roześmianymi wąsatymi kucharzami opartymi na stosach mięsa i warzyw leżących obok i z niewielkimi kolejkami podchodzących po nową smaczną porcję, równie roześmianych i równie wąsatych wiarusów! Otóż potwierdzam, nic podobnego nie zachowało się w miejscowości m.Czarne z tamtych roześmianych czasów. Kuchnia? Był to niewielki budynek mocno sfatygowany z zewnątrz, a wewnątrz zawierający kilka dużych kuchennych palenisk opalanych drzewem lub węglem, ze stojącymi na ich wierzchu aluminiowymi kotłami. Kucharze? Byli to ogoleni i wcale nie roześmiani studenci-żołnierze z jakiejś drużyny, którzy na okres jednego dnia przekształcali się, zakładając białe fartuchy, w pełnosprawnych doświadczonych kucharzy. Pół-produkty? W tym był właśnie „sęk”, albowiem było widoczne, że służba zaopatrzeniowa tego okręgu wojskowego „straciła” od dawna kontakt z naszą jednostką, zbyt dobrze „zakamuflowaną” w pomorskich lasach. W wyniku czego nasze menu, niezmienne jak twarz księżyca, przedstawiało w trzech posiłkach w kantynie następujące pozycje:

> Śniadanie – kromka czarnego chleba; 0,5 pokrywki menażki kawy z palonego zboża,

> Obiad w dni parzyste – menażka grochówki, 2 śledzie solone na trzech, kartofle,            herbata,

> Obiad w dni nieparzyste – menażka kapuśniaku, 100 g boczku, kartofle, herbata,

> Kolacja w dni parzyste – menażka kapuśniaku, kromka czarnego chleba, herbata,

> Kolacja w dni nieparzyste – menażka grochówki, kromka czarnego chleba, herbata.

Nazwy zup były zresztą umowne, albowiem w wyniku braku wąsatego doświadczonego kucharza, nowo mianowani jego zastępcy napełniali duży kocioł wodą, wkładając tam zgodnie z odpowiednim regulaminem to, co mieli pod ręką, z przewagą grochu albo kapusty, w zależności od dnia i jego pory. Ponieważ kotłów nie myło się w ciągu dnia tylko wieczorem, więc to, co zostało z grochówki na obiad po dodaniu kapusty przybierało nazwę kapuśniaku na kolację i odwrotnie. Poza tym produkty takie jak jajka, sery, wędliny oraz dodatki, jak cukier, masło, marmolada nie były nawet znane w spiżarnianej nomenklaturze. Jadło się te wszystkie cuda w bardzo polowej kantynie, czyli w miejscu, gdzie rzędy stołów z rzędami ławek po obu stronach zabezpieczone były od opadów, ale tylko od tych padających pionowo, drewnianym dachem podpartym na równie drewnianych słupach. Ścian bocznych nie było, dzięki czemu nasze posiłki miały sympatyczny wygląd niedzielnego pikniku w podwarszawskim lesie, a orzeźwiającą wentylację zapewniał wiatr swymi podmuchami. Posiłki były roznoszone i serwowane przez trzyosobowe zespoły z kucharskiej drużyny: dwóch nosicieli targających „baniak” zupy czy garnek „chabaniny” i „fasownik”, który w zależności od potrzeby trzymał w ręku „chochlę” lub wielki widelec.

Cały nasz wygłodniały rocznik spożywał to, co bym nazwał dzisiaj darami Bożymi, w milczeniu i pod ścisłym nadzorem mistrza ceremonii w osobie zawodowego sierżanta. W początkowe dni „maminsynki” mieli wyraźne trudności z przełknięciem podawanych im darów, tak z przyczyn węchowych, jak i smakowych i obywatel sierżant musiał często interweniować. W przypadkach, gdy porcje nie znikały wystarczająco szybko jak na jego gust, podawał rytm, w jakim należało je konsumować. Rytm był dwufazowy: „na raz” łyżka nabierała zupę z menażki i wędrowała z nią do ust, gdzie wylewała swą zawartość, „na dwa” łyżka robiła drogę powrotną i zanurzała się w zupie. Dzięki temu po kilku dniach rytm jedzeniowy u wszystkich wystarczająco się ujednorodnił i dania bez względu na smak i zapach znikały „piorunem”. Nawet u maminsynków menażki pozostawały puste, ale czy tylko rytmiczność była jedynym tego powodem?

Epilogiem każdego posiłku było, jak wszędzie, zbieranie i zmywania naczyń po jedzeniu. Było to ważne z punktu widzenia higieny, lecz stało się to również przyczyną moich obozowych utrapień. Zaczęło się to niewinnie. Po kolacji czas zmywania był znacznie dłuższy z powodu konieczności czyszczenia urządzeń kuchennych. Umyte menażki i sztućce były przynoszone i wysypywane do składowania na rozpostartych na ziemi „pałatkach” i składowane między posiłkami w namiocie n°1, który geograficznie znajdował się najbliżej kuchni. O ile po śniadaniu i obiedzie hałas, jaki towarzyszył temu składowaniu nie przeszkadzał nikomu, o tyle był on nie do zniesienia w późne godziny wieczorne i wczesne rano, kiedy zabierano cały ten „bazar” z powrotem. Po kilku dniach takiego nocnego szurgotania” nie wytrzymałem dłużej. Jako szef, chociaż maleńki, ale szef, zdecydowałem się pójść gdzie trzeba, aby spowodować zaprzestanie tych torturujących nasz namiot „przywyczek”. I tak w czasie wolnym od zajęć znalazłem się w pomieszczeniach dowództwa, gdzie przypadkowo wpadłem na nieznanego mi z funkcji oficera. Na jego zapytanie co tu robię, odpowiedziałem, że przyszedłem powiedzieć, że nasz namiot nie był odpowiednim miejscem na składowanie menażek nocą, że hałas nam bardzo przeszkadza i że trzeba znaleźć skład bardziej odpowiedni do tego celu. Oficer zapytał mnie o nazwisko i kazał odejść, nie dając żadnej odpowiedzi na moje orędzie. Byłem z siebie zadowolony, że sam spontanicznie stanąłem w obronie spokoju moich podopiecznych.

Gdy im opowiedziałem o mojej rozmowie i gdy doszliśmy do wniosku, że wpadłem na jednego z zastępców dowódcy pułku zrozumiałem, że popełniłem „piramidalne” głupstwo. Niestety, było już za późno. Nie znając bowiem dobrze ważności procedur w życiu wojskowym, krokiem tym popełniłem wiele „grzechów głównych”. Reakcja na mój, społecznie uzasadniony krok, nie dała na siebie długo czekać. Zostałem wezwany do raportu. Ubrany dostojnie w to, co miałem najlepszego, z paskiem od czapki zapiętym pod brodą i z wypchanym plecakiem na plecach, jak tego wymagał regulamin, stawiłem się w dowództwie. W sali, naprzeciwko siedzącej trójki „sprawiedliwych”, z której jeden chyba żebym go nie rozumiał, wyrażał się w języku Puszkina, stojąc „na baczność”, wyciągnięty jak struna, czułem się przeraźliwie sam. Jak w tej piosence z filmu:

I choć miał szeryf, przyjaciół szczerych,

Gdy przyszła bieda, został sam.

Posiedzenie było krótkie i wyrok bardzo jasny. Jeśli jakiś akt nieprzestrzegania regulaminu, jak ten którego dokonałem, nie zachowując obowiązkowej drogi służbowej, lub jakiś akt niesubordynacji powtórzą się raz jeszcze, zostanę ukarany odpowiednio długim aresztem, który odsiedzę po zakończeniu okresu obozu. „Spocznij! Odmaszerować!”. Koledzy z namiotu patrzyli na mnie z dozą politowania, gdyż dla wszystkich było jasne, że teraz zacznie się dla mnie ciężki okres obozowego życia i że dobrze „dadzą mi w kość”. Ale cóż mogłem zrobić innego, niż starać się nie dać im powodu do wypełnienia danego mi ostrzeżenia. A było to dla mnie tym bardziej ważne, gdyż na następny miesiąc miałem już powołanie na obóz siatkarski w Wałczu, na który absolutnie chciałem wyjechać.

I rzeczywiście byłem głównym bohaterem większości codziennych felietonów życia obozowego, które nieodmiennie zaczynały się od słów: „Szeregowiec Pytlak …” i tu następował odpowiedni kuplet nakazujący mi: „Oczyścić…, Pójść…, Przynieść…, Wykonać…”. Zaczynało się to od obozowej latryny, a kończyło się na gazetce ściennej. O ile do pierwszej miałem rodzaj uprzedzenia, o tyle do ostatniej zabierałem się z przyjemnością. Ponieważ rozkazy otrzymywałem przy różnych okazjach, jak ćwiczenia, sprzątanie, pranie itp., więc przypuszczałem, że moja nowa obozowa „kartoteka” została zakomunikowana na różnych szczeblach lokalnego dowodzenia. Z czasem mój „zapał” do prac dodatkowych zaczął jakby wygasać, być może okres „czyśćca” dobiegał końca. A nawet dostałem ustną pochwałę wyrażoną przez kogoś z dowództwa, gdy przechodząc obok naszego namiotu zobaczył wiszący przed wejściem mój barometr pogody. Był prosty, a więc … (Einstein!) i składał się z kilogramowego kamienia podwieszonego na sznurku do dwumetrowej szubieniczki, na której starannie wykaligrafowany napis podawał metodę odczytywania jego wskazań:

Kamień mokry – deszcz. Kamień mokry z kałużą wody – ulewa, kamień bujający się lekko – wiaterek, silnie – wiatr, kamień i zadaszenie kantyny zniesione – huragan. Kamień suchy zwisający nieruchomo – pogoda, nagrzany z jednej strony – słońce.

Dzięki temu barometrowi, konsultowanemu przed wyjściem z namiotu, wiedzieliśmy wcześniej, jak by się należało ubrać, gdybyśmy mieli jakiś element odzieży w dwóch egzemplarzach, co teoretycznie było możliwe, gdyby nie służba zaopatrzeniowa. Przyczyna, patrz wyżej. Życia w areszcie nie opiszę na szczęście, gdyż mimo wszystko nie miałem tej przyjemności, aby się z nim bezpośrednio zapoznać. Za co „Deo Gratias!”

Wyjeżdżając z obozu, przyrzekałem sobie uroczyście, że wywieszę ogłoszenie na tablicy wydziałowej (nie, nie tej głównej na Politechnice), że: „Jestem skończony frajer! Podpisane RP”. Jeśli raz jeszcze dam się złapać w podobną pułapkę. Słowo zetempowca!

Pozwolę sobie wtrącić tu stwierdzenie, że pewne postawy życiowe drzemiące w nas i wynikające chyba z instynktu samozachowawczego nabierają szczególnej ostrości w warunkach życia wojskowego. Postawy te można nazwać jako „przykazania dla przetrwania”, zawierające reguły, może trochę banalne, ale pozwalające optymalnie przeżyć okres wojskowy. Podaję kilka z nich, na wszelki wypadek, dla nowicjuszy. Zapamiętajcie: unikaj zawsze swoich przełożonych. Nie rób czegoś sam, co może zrobić ktoś inny. Nie rób czegoś dziś, co możesz zrobić jutro, a jeszcze lepiej pojutrze lub nigdy. Zawsze znajdziesz wykonawcę twego zadania, postaraj się go odszukać i odpowiednio „nastroić”. I nie mniej ważne dla twojej kariery: pokaż, że zawsze jesteś gotów do akcji, ale daj innym szansę wyprzedzić cię w niej. To są prawdy uniwersalne i wielką ich przydatność odkryłem w różnych okresach mojego życia, ale szczególnie i to bardzo skrupulatnie stosowałem je w dalszych okresach mojej edukacji wojskowej.

Na pewno nie jestem antywojskowy, gdyż uważam ten zawód za absolutnie potrzebny, ale również na pewno nie miałem umysłu skonstruowanego do wykonywania tego zawodu. Nie mógłbym nie tworzyć dla siebie, dla innych; dla mnie regulamin określał tylko kadr możliwego działania, a nie szczegóły jego zawartości. Sama idea wojska na to nie pozwała, a przyczyna tego była (prawie) naukowo uzasadniona. Wojsko, w okresie pokoju jest zorganizowane, by być w ciągłym ruchu, w działalności, gdzie każdy i na każdym szczeblu jest stale zajęty. Ale jednocześnie, ten samowystarczalny i żyjący w obiegu zamkniętym organizm, którego entropia i entalpia, widziane spoza systemu nie zmieniają się na jotę, co mu uniemożliwia, zgodnie z zasadami termodynamiki, wydanie z siebie jakiejkolwiek pracy na zewnątrz. I nic tu nie da się zmienić, gdyż prawa termodynamiki są niepodważalne!

Ale każdemu z nas, cywilom, serce rosło i skrzydła wyrastały, gdy słyszał śpiew:

Raduje się serce, raduje się dusza,

Gdy Pierwsza Kadrowa na wojenkę rusza!

Aha! Dla ciekawych wyjaśnię, co oznacza m. przed nazwą Czarne. Otóż w regulaminie, który przypomnę, jest dla żołnierza tym, czym Tora dla pobożnego Izraelity czyli świętością, było napisane „m.” jako skrót słowa „miejscowość”. Otóż jeden z oficerów wykładający nam zawiłości przemieszczania się czołgów w terenie, a nie ośmielając się zmienić istniejącego tam określenia, nadawał przez radio: „Tu Jastrząb do Gołębia: ruszyć gęsiego z miejscowości m. Czarne w kierunku miejscowości m. Białe” i tak to określenie przyjęło się na naszym roku.