Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

W pewien chłodny wieczór, wracając późno z treningu w sali YMCA, ujrzeliśmy niezwyczajny jak dla nas widok obok restauracji o wymownej nazwie „Paradis”, rozwijającej ożywioną działalność taneczno-gastronomiczną na Nowym Świecie tuż obok placu Trzech Krzyży. Chyba na początku latach 60-tych została ona przemianowana na „Melodie”, gdyż naprzeciwko Centralnego Domu Partii istnienie innego „Raju” było nie do zaakceptowania.

W owym czasie, zgodnie z obowiązującymi zarządzeniami wszystkie lokale były otwarte tylko do godziny 22, co usprawiedliwiano troską o higienę zdrowia świata pracy, który nieświadomie mógłby zapomnieć, że powinien być dobrze wypoczętym do obowiązków następnego dnia. W lokalach z działalnością muzyczną, personel zazwyczaj przedłużał prace jeszcze o godzinę. To pozwalało gościom zamawiać u szefa orkiestry, w ramach dobrze płatnego koncertu życzeń, dodatkowe zestawy taneczne ilustrujące głębię uczuć zamawiającego. Co sam szef, po uregulowaniu delikatnej kwestii pieniężnej ze zleceniodawcą, odmalowywał na swój sposób jego stan sentymentalny słowami, jak w znanej piosence:

- Dla niezwykle czarującej pani Zosi, od sympatycznego jej wielbiciela pana Wojtusia, tango „Ugryź mnie mała w ucho!”

Ale o godzinie 23, która była godziną milicyjną systemu restauracyjnego, obsługa żegnała się ostatecznie z resztką opieszałych gości. Ci, którzy byli w stanie iść o własnych siłach, opuszczali lokal sami. W wypadku, gdy jakiś gość „zaniemógł” i nogi odmawiały mu posłuszeństwa do służby, dla której zostały stworzone, personel delikatnie, ale stanowczo, brał klienta pod pachy, wyprowadzał na ulicę i tam „podczepiał” go na stojąco do najbliżej latarni. Taki gość, obejmując dwoma ramionami latarnię miał do wyboru: albo wytrzeźwieć szybko i krokiem marynarza w czasie sztormowej pogody, „pobujać” się w stronę domu, albo stać i czekać, aż rzadki o tej porze przejazdowy patrol milicyjny odstawiłby go do czynnej całą dobę izby wytrzeźwień, albo też mieć szczęście do ludzi i napotkać takich, którzy odczepiliby go od latarni i pomogli znaleźć drogę do rodzinnego domu.

To, co ujrzeliśmy przy rajskim „Paradis”, było właśnie rezultatem ostatecznego opróżnienia sali restauracyjnej, a stojący na chodniku i obejmujący czule słupek drogowy „facet”, pewnie nieświadomie, ale chyba liczył na swe szczęście do ludzi. Było nas czterech: Julo, Jurek, Mundek i ja, i byliśmy gotowi pomóc rodakowi w biedzie. Mundek, najstarszy w grupie, po pobieżnym „przewąchaniu” faceta zadeklarował:

- Pachnie dobrym koniakiem, to chyba cudzoziemiec!

Podeszliśmy do kiwającego się, lecz milczącego uparcie gościa.

- Gdzie pan mieszka? – zapytał Julo, pomagając odczepić chwiejącego się gościa od słupka. Ten zamruczał coś, ale ciągle bez słów. Wobec braku informacji korowód nasz, podtrzymując wyślizgującego się nam z rak bezdomnego, ruszył w stronę placu Trzech Krzyży, licząc, że ruch odblokuje struny głosowe oniemiałego. I rzeczywiście, przy jakimś kolejnym potknięciu usłyszeliśmy coś jak „pardon”. Co słysząc, Julo ogłosił bez wahania:

- To Francuz, trzeba go chyba odstawić do ambasady!

- Coś ty? Do ambasady o tej porze? - oburzył się jeden z nas.

- A może do nich zadzwonić? – Julo nie dawał za wygrana. A ponieważ zetknął się już z językiem dyplomatów, indagował dalej Francuza w kwestii adresu, usiłując używać jego piękny język. Bez skutku.

Staliśmy już moment na Placu Trzech Krzyży, nie wiedząc bardzo co robić dalej, gdy nagle, opadająca wciąż głowa, podniosła się i zapytała w nienagannej polszczyźnie:

-                       A gdzie panowie mnie ciągną? Jestem … !

Słysząc wymówione imię i nazwisko, dosłownie zdębieliśmy. Okazało się, że nasz rzekomy Francuz był znanym ówczesnym Poetą, bardzo modnym i nawet popieranym przez władzę ludową, a mieszkał tuż obok, przy alei Róż, gdzie żył i pracował ówczesny „high life” intelektualny i prawowładny. Nasze zachowanie podyktowane dotąd zwykłym współczuciem dla nieznanego w biedzie po tym oświadczeniu przerodziło się w rodzaj dumy, że mieliśmy szczęście poznać i oddać przysługę komuś sławnemu. Teraz nasze ramiona nie ciągnęły już, lecz podtrzymywały delikatnie ciągle lekko zwiotczałą postać Poety. Po minięciu milicjanta, strzegącego przy wejściu do tego „ogródka jordanowskiego” spokoju jego mieszkańców, Julo z Mundziem poszli „dostawić” poetę w ręce jego najbliższych. Wrócili szybko trochę markotni, bo wzięto ich za współwinnych stanu „zamroczenia” Mistrza i potraktowano stosownie do rzekomej ich winy.

Ale to nie było ważne, gdyż zgodnie z powiedzeniem, że „nieznane są drogi natchnienia poetów” zostaliśmy nagrodzeni tym, że mieliśmy zaszczyt towarzyszyć Mistrzowi choć na maleńkim odcinku jego osobistej drogi, pełnej twórczych natchnień.