Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Gdzieś we wrześniu 1953 roku trener naszego zgrupowania reprezentacji młodzieżowej Warszawy odczytał podczas treningu listę zawodników wybranych na wyjazd do Moskwy, na spotkanie w siatkówce między reprezentacjami młodzieżowymi obu stolic. Zawody te były organizowane z okazji święta rewolucji październikowej, które jak wszystkim wiadomo, było obchodzone w Kraju Rad bardzo uroczyście i zawsze na początku listopada. O dziwo, ostatnim wyczytanym z listy było moje nazwisko. Mimo iż zdawałem sobie sprawę, że w wybranej grupie byłem jednym z słabiej grających, radość moja była szczera. Mój pierwszy wyjazd za granicę i w dodatku do kraju, który uważałem w tym czasie jako przykład do naśladowania dla nas młodych! Pełna „frajda”!

Formalności paszportowe i wizowe przy tego typu wyjazdach nie trwały długo i pewnego dnia znaleźliśmy się na Dworcu Gdańskim w komplecie, w wagonie rosyjskiego pociągu kursującego na trasie przyjaźni Moskwa-Berlin-Moskwa. Podróż trwała ponad dobę i mimo że w każdym przedziale było nas sześciu wyciągniętych na schludnych kuszetkach, wysiedliśmy w Moskwie wypoczęci i uśmiechnięci, aby przywitać się z delegacją, która wyszła na dworzec kolejowy, by nas spotkać. Nie zostało mi dużo wspomnień z tego pierwszego pobytu w Moskwie, gdyż wytarte zostały późniejszymi i bardzo licznymi moimi podróżami do tego kraju, w okresie ponad 30 lat. Tym niemniej dwa wspomnienia przetrwały do teraz.

Pierwsze to ogrom miasta i różnorodność w jego architekturze. Byłem oszołomiony widokiem ogromnych nowo budowanych osiedli mieszkaniowych, wysokich domów jak pałace nowego stylu, które miały zaćmić swoim pięknem i przewyższyć swoją techniką podobne budowle na Zachodzie. Ja, nie znając nic z Zachodu, byłem przekonany, że tak jest naprawdę i to mi się naprawdę podobało.

Zwiedzając miasto, byłem również zaskoczony niewiarygodną ilością małych domów jedno- i dwupiętrowych, zbudowanych całkowicie z drewna i mających wygląd bardzo starych, a może tylko źle utrzymanych. Nareszcie zrozumiałem, dlaczego w 1812 roku cała Moskwa spłonęła jak pudełko zapałek. Czasami miałem wrażenie, że opuściłem miasto i znalazłem się na wsi podmoskiewskiej. Ale obecność trolejbusów i nasi opiekunowie zapewniało nas, że jesteśmy niedaleko od centrum Moskwy. Pamiętam też duże ilości cerkwi w centrum miasta. Budowli małych, przysadzistych, mogących pomieścić tylko niewielką liczbę wiernych. A może to właśnie dlatego, że było ich tak dużo? Mówiono nam, że do rewolucji w Moskwie było ponad 800 cerkwi, ale ze względu na symbol, jaki przedstawia Moskwa dla świata jako stolica komunizmu, będą one likwidowane, gdyż religia czy wiara w siłę nadprzyrodzoną, nie były godne materialistycznego umysłu prawdziwego komunisty.

Drugim wspomnieniem, które mi się utrwaliło w pamięci, to ciągła obecność przy nas młodych komsomolców, łatwo rozpoznawalnych po noszonym w klapie marynarki znaczku, przedstawiającym głowę młodego Lenina. Każdy z nas miał swego opiekuna, który towarzyszył nam wszędzie, od wyjścia rano z pokoju, aż do powrotu do niego wieczorem. Z pewnością było to sympatyczne widzieć, z jaką troską odnoszono się do naszej ekipy, ale z drugiej strony obecność przy boku młodego „komisarza politycznego”, który nieustannie nas informował o osiągnięciach Związku Radzieckiego, o jego wielkich przywódcach, o złym Zachodzie, o naszym braterstwie i co robi Związek, aby nam było lepiej, stawało się w końcu uciążliwe. Ich obecność była krępująca jeszcze z innego powodu, trochę mniej szlachetnego. Otóż jak wszyscy sportowcy wyjeżdżający w tym czasie, nie mieliśmy żadnych pieniędzy. Pobyt nic nas nie kosztował, to prawda, ale każdy chciał sobie kupić jakąś pamiątkę, jakiś aparat fotograficzny, radio, zegarek, pióro, sto rzeczy, które w kraju były drogie i często niedostępne. A tu były dużo tańsze i było ich dużo. Ja byłem na tym wyjeździe nowicjuszem, ale koledzy „objeżdżeni” znali jeden „kruczek”, który mógł zapewnić zdobycie środków płatniczych.

Ten kruczek był zarówno prosty, jak i odwieczny, aby kupić trzeba sprzedać. Ponieważ złoty był niewymienialny, ponieważ żadnych pieniędzy kieszonkowych nikt nam nie dał, jedynym sposobem otrzymania rubli była sprzedaż naszych rzeczy osobistych, przynajmniej taka była jedyna możliwość, w moim wypadku. Z uwagi, że na czas meczów nasi opiekunowie zostawiali nas samych, więc nic nie stało mi na przeszkodzie, by dogadać się z jednym zawodnikiem z przeciwka, Borysem, który manifestował gorąco chęć zakupu mojego sportowego dobytku i nie tyko, a mianowicie: eleganckich dresów, koszulki, trampek, torby na rzeczy i, co zaakceptowałem trochę z żalem, mojego kostiumu wyjściowego. Jakość towaru, który Boria obejrzał dyskretnie, bardzo mu odpowiadał, a mnie z kolei proponowana cena wydawała się tak wysoka, że się natychmiast na nią zgodziłem. Pozostał delikatny problem, jak dokonać przekazania zakupionego towaru, bez zwrócenia na to czyjejkolwiek uwagi.

Kierownictwo bowiem nas uprzedziło. Reprezentujemy Polskę i nie możemy zrobić czegoś, co by źle o nas świadczyło, a szczególnie nie powinniśmy ani handlować, ani nie krytykować Związku pod żadnym pozorem. Za nieprzestrzeganie tych zaleceń, będą po powrocie do kraju wyciągane surowe sankcje dyscyplinarne. Nie chcąc więc narazić ani reputacji naszej drużyny, ani moich przyszłych wyjazdów za granicę musiałem znaleźć szybko zadawalające i bezpieczne rozwiązanie moich układów z Borią. By najpierw uspokoić moje sumienie, co wydawało mi się moralnie niezbędne, zdecydowałem jednogłośnie, że nie był to handel, bo nie było w nim zarobku, a była to tylko wymiana prezentów. Z mojej strony ja ofiarowałem Borii prezenty ubraniowe, a on w zamian ofiarował mi artykuły, które ja miałem wybrać sobie w jego imieniu i kupić za jego pieniądze. Moralnie więc byłem uspokojony, pozostało mi tylko rozwiązać sposób wymiany tych prezentów. Ale tu przeznaczenie samo podsunęło mi rozwiązanie. Program naszego pobytu przygotowany przez organizatorów zawierał wycieczki po mieście, zwiedzanie wystaw i muzeów, pamiątek architektury i wspaniałych realizacji socjalizmu. Ale „gwoździem” tego programu miało być oddanie milczącego hołdu śpiącemu w szklanej trumnie W. Leninowi i zwiedzanie pamiątek z nim związanych w muzeum jego imienia. O ile oddanie czci wykluczało noszenie z sobą jakichś pakunków, o tyle w muzeum obszerna szatnia była przewidziana na obowiązkowe zostawienie w niej wierzchnich okryć, aparatów fotograficznych czy jakichś pakunków. Postanowiłem, że dokonanie wymiany prezentów między mną a Borią odbędzie się tam, w tym niecodziennym kadrze wzruszających pamiątek. W tym celu, po meczu, dałem w szatni Borii moją pustą torbę sportową, by ją włożył dyskretnie do swojej i przekazałem mu następującą instrukcję:

> Grupa P będzie pielgrzymować w muzeum Lenina jutro od 16 do 17.30,

> B przychodzi tam o 17, oddaje pustą torbę w szatni i zwiedza muzeum, jak wszyscy,       udając, że nie zna grupy P,

> R przyniósł wcześniej i oddał do szatni torbę identyczną, lecz wypełnioną prezentami,

> 17.30 B i R odbierają torby z szatni, a zakładając palta stawiają je obok,

> Odchodząc z muzeum, R bierze pomyłkowo torbę B i zostawia swoją,

> B zabiera torbę R i opuszcza muzeum po wyjściu grupy P.

Oczywiście zastosowałem tu klasyczny system podmiany dokumentów, znany mi z nienajlepszych filmów szpiegowskich. Ale muszę oświadczyć, że ten sposób zastosowany do wymiany prezentów w miejscu materialistycznego kultu potwierdził jego, realną tym razem, niezawodność. Może dlatego, że był realizowany pod dostojnym patronatem pana z bródką spoczywającego w pobliżu, kto wie? A może dlatego, że sale muzealne były pełne ludzi przesuwających się w ciszy i w rytm wyjaśnień przewodników i nikt nie zwracał uwagi na to, co się działo w szatni.

Dodam, że zwiedzanie świętych miejsc „materialistycznego kultu” było nie tylko obowiązkiem obywatela sowieckiego, ale i rytuałem pewnych rodzinnych ceremonii, jak na przykład zaślubin. Również dzieci, pod opieką rodziców lub w kolumienkach „pionierów” wyróżniających się czerwonymi chustami zawiązanymi dookoła szyi, były aktywnie wdrażane do takiego pielgrzymowania. Przypominam sobie taki okolicznościowy wierszyk:

W subotni dien, z siestroj majej,

Ja wyszol iz doma,

Pawiedu tiebia w Lenina muziej,

Skazała mienia siestra!

Wniosek wynikający z tego zdarzenia jest oczywisty, aby móc zrealizować jakąś umowę nie wystarczy się zgodzić na towar i jego cenę, ale jeszcze trzeba być pewnym zrealizowania w optymalnych warunkach dostawy towaru i przekazania za niego pieniędzy.

Cóż dodać więcej? Chyba to, że ta wymiana prezentów oparta na równowadze ich realnych wartości, była debiutem, bardzo skromnym zresztą, mojej przyszłej działalności dostarczania dóbr materialnych dla „URSS”, w ramach kontraktów opiewających na setki i setki milionów dolarów.