Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Na temat partii, której obecność we wszystkich przejawach życia społecznego stawała się coraz bardziej widoczna, chciałbym przedstawić mój punkt widzenia, wynikający z moich obserwacji i analizy tego, co widziałem w latach, kiedy żyłem w Polsce. Według mnie partia, mimo swych nienaruszalnych dogmatów i zasad, w swojej organizacji i funkcjonowaniu zmieniała się z biegiem lat, podobnie jak polski socjalizm.

W początkowym, prymitywnym okresie polskiego socjalizmu, „kadrowych” członków partii było niewielu, a ci, którzy zajmowali odpowiedzialne stanowiska w aparacie władzy czy w administracji państwa, w większości zostali przywiezieni ze Związku Radzieckiego. Mówiono wtedy o kimś takim, w gronie dobrych znajomych i odpowiednio ściszając głos: „To można załatwić tylko przez Iksińskiego, on jest w partii, on ma „chody” i wszystko może!”. Pod koniec tego okresu partia rekrutowała już głównie krajowców wybierając tych, którzy manifestowali ostentacyjnie swoje poglądy marksistowsko-leninowskie. Mimo to myślę, że celem partii jeszcze wtedy była nie ilość członków, lecz zapewnienie jej politycznie solidnego kośćca, niezbędnego do realizowania bez oporów poleceń otrzymywanych od „wielkiego brata” ze Wschodu.

Zmiana tej tendencji zaczęła się w 1956 roku, od momentu mianowania Gomółki pierwszym sekretarzem. Wydaje mi się, że on pierwszy zrozumiał, że dla poparcia jego tendencji politycznych nastawionych na zachowanie polskiej specyfiki i lekko odchylających się od twardej linii Związku Rad, potrzebował partii mniej kadrowej, lecz bardziej masowej. Drugi okres socjalizmu, a szczególnie okres Gierka jako pierwszego sekretarza, „zdemokratyzował” partię jeszcze bardziej, robiąc ją dostępną praktycznie dla wszystkich. Tym bardziej, że ludzie zrozumieli, widząc to na co dzień, że nie można było liczyć na żadną karierę zawodową, naukową, nie mówiąc już o wojskowej czy ministerialnej, jeśli się nie było w partii. I nie tylko. Otrzymanie mieszkania, elementu arcyważnego w życiu tego okresu, było praktycznie niemożliwe bez oficjalnego poparcia partii, czyli bez należenia do niej.

W takich wypadkach do partii zapisywali się ludzie z konieczności życiowej i ci, którzy z marksizmem mieli tyle wspólnego, co miał wspólnego słynny filozof Kant ze zwykłymi „kanciarzami”, czyli nic. Tacy „praktyczni” członkowie partii przyjmowali z honorami u siebie księdza „po kolędzie”, posyłali swe dzieci na katechezy, organizowali śluby kościelne, krótko mówiąc, byli i żyli jak przeciętni obywatele PRL-u. Dla nich posiadanie legitymacji partyjnej było rodzajem zastrzyku przeciw ospie, który musieli zrobić, aby móc żyć i pracować normalnie w systemie przewidzianym do trwania wiekami. Ale była również i inna kategoria członków partii. Bezwzględnych w stosunku do innych w swych ideologicznych wymaganiach, afiszujących wszędzie, a przede wszystkim głośno, swoje oddanie sprawie socjalizmu, nieubłaganych inkwizytorów gotowych palić na stosach niewiernych „sprawie”. Ci ludzie byli i są dla mnie szczególnie nie do zniesienia, tym bardziej, że 99% z nich robiło to nie z prawdziwego przekonania, lecz z dobrze pojętego osobistego interesu. Ich dewizą było „po trupach do celu” i czasami to się im udawało nawet w dosłownym tego słowa znaczeniu. Widać było później, po upadku „muru”, z jaką łatwością i szybkością nadziali na swe znoszone odzienie „prawdziwego komunisty” nowe żakiety o liberalnych kolorach. Pod różnymi szyldami demokraty, liberała, biznesmena realizowali nowymi środkami stary swój cel: zostać przy władzy.

Zdobycie władzy i utrzymanie jej w rękach na zawsze było głównym celem pierwszych ideologów partii, której organizacja i zasady funkcjonowania były skopiowane i przystosowane do osiągnięcia tego celu. Co przypominała ta organizacja? Pierwszy sekretarz, „skazany” przez biuro polityczne na piastowanie dożywotnie tej funkcji, jeśli się nie dał „wyślizgać” w międzyczasie komu innemu, był nieomylnym i wszechwładnym, przynajmniej za czasu swego życia sekretarza, jedynym twórcą dogmatów i praw. A biuro polityczne, ten „komitet asystentów” dla pierwszego sekretarza, niewybieralne przez nikogo a kompletowane tylko przez swoich członków, spełniało rolę „klubu wzajemnej adoracji”. A komitet centralny, wybieralny i mający reprezentować rzesze członkowską, był naznaczany subtelnie przez biuro polityczne i sekretarza tak, aby w czasie swoich kongresów, zatwierdzać przez aklamację i brawa ich wcześniejsze decyzje. A sam wynalazek „centralizmu demokratycznego”, w którym decyzje objawione na górze, schodziły po „szczeblach” w dół, otrzymując na każdym z nich demokratyczny aplauz, spełniał skutecznie rolę zaworu z jednostronnym przepływem. Dzięki temu jakaś inicjatywa z dołu, jeśli taka się pojawiła, musiała najpierw być skonsultowana „po cichu” z górą, która suwerennie decydowała, czy włożyć ją do kosza na śmieci, czy ją zaadoptować i spuścić po szczeblach w dół, zgodnie z zasadą centralizmu. Dopiero po akceptacji na górze wyjaśniano jej historyczne znaczenie na wszystkich niższych szczeblach drabiny partyjnej, gdzie była przyjmowana demokratyczną większością głosów, czyli w rzeczywistości jednogłośnie.

Opozycja mienszewicka na tych szczeblach nie istniała. Kontestowanie decyzji zaopatrzonej przez górę w stempel „Imprimatur”, w najlepszym wypadku groziło wydaleniem z partii, co kończyło bezpowrotnie karierę „odważniaków”, a w najgorszym przypadku oskarżeniem o zdradę, co mogło zaprowadzić „kontrrewolucjonistów” do więzienia lub nawet na miejsce wiecznego odpoczynku. Teokracje były zawsze, i są ciągle, nieszczęściem dla żyjących pod nią narodów, bez względu na stopień rozwoju takiego społeczeństwa. A sam komunizm typu sowieckiego, był szczególnym tworem, w którym organizacja materialistycznej „religii” i organizacja państwa tworzyły jeden organizm dysponujący nieograniczoną niczym władzą i ogromnymi siłami zbrojnymi.

Byłem absolutnie przekonany, że jeśli system sowiecki nie był wieczysty, to z pewnością nie za mego życia będę świadkiem jego „wywrotki”, ani przez siły zewnętrzne, ani wewnętrzne. Jedynym według mnie, który mógłby zmienić istniejący stan rzeczy był sekretarz partii, ponieważ był wszechwładny i jego decyzje były ostateczne. Ale to było niemożliwe, bo który z nich byłby na tyle naiwny, by nie powiedzieć głupi, aby zrezygnować z władzy i z korzyści, które ona dawała. A korzyści było wiele i w zależności od wysokości szczebla i zajmowanego stanowiska, każdy działacz miał dostęp do jakiejś części przywilejów. Zaczynało się to od lepszej pracy, lepszego stanowiska czy zarobku, pierwszeństwa w przydziałach, wyjazdach na wczasy, możliwości zakupu w specjalnych sklepach towarów importowych czy trudnych do zdobycia, zamkniętych ośrodków wakacyjnych, mieszkań w wydzielonych strefach, domów, will. Ten różaniec przywilejów dla „wybranych” z samych wysokich szczebli był nieograniczony, a ich kontakt z masami ograniczał się jedynie do wieców, akademii czy defilad pierwszomajowych, na których z wysokiej trybuny pozdrawiali zebranych ruchem „wycieraczkowym” jednej ręki, w zamian za co otrzymywali burzę oklasków, realizowanych tym razem za pomocą dwóch rąk, jak przystało masom pracującym. Z pewnością ci „urodzeni w niedzielę” już wtedy żyli w komunizmie, który sami i na swój użytek stworzyli.

U nas na roku byli również partyjni. Ci ortodoksyjni, na szczęście nieliczni, którzy „wstąpili” do partii z przekonania, zawsze gotowi napiętnować, oskarżyć, usunąć kogoś, kto im się naraził, świadomi swej władzy nad innymi i zawsze pewni rezultatów swoich egzaminów. Byli i inni, normalni, którzy tylko „zapisali się” do partii. Ich członkostwo było merkantylne, a nie ideologiczne, spowodowane przeważnie jakąś koniecznością i nie miało żadnego wpływu na stosunki koleżeńskie, byli partyjnymi na okres zebrań, i tylko.

To wszystko, co się działo na roku w tej dziedzinie mnie zupełnie, ale to zupełnie, nie interesowało. Moja aktywna rola sportowca była znana i uznana, i stąd miałem anielski spokój od innego obowiązkowego uczestnictwa w różnych politykujących manifestacjach. A w najgorszym wypadku, gdy nie mogłem się „wywinąć” od tego obowiązku, skracałem jak mogłem moją tam obecność, tłumacząc to bardzo ważnym treningiem lub meczem. Ostatecznie sport był uznany za manifestację pracy społecznej, może trochę na wyższym poziomie i sportowcy na defiladach szli zawsze w drugim szeregu po przodownikach pracy. A ja w dodatku miałem złotą odznakę SPO (sprawny do pracy i obrony), a to wtedy też się liczyło.