Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Było nas czterech, mieszkających razem we wspólnym pokoju w ciągu dwóch semestrów. Jeden z nas, nazwę go wdzięcznym imieniem Kazio, był ciekawą postacią. Niewysoki, lecz bardzo ruchliwy, lubił być obecny przy wszystkim, co się działo. Nie znosił prawdopodobnie samotności i czuł się w swoim żywiole dopiero wtedy, gdy mógł z kolegami coś omówić, zorganizować, czy po prostu spędzić wspólnie czas. Nauka nie była jego pasją, ale dawał sobie z nią jakoś radę, aż do momentu, gdy „podpadł” profesorowi Łysakowskiemu, wykładowcy przedmiotu ukrytego pod wdzięczną nazwą: elementy maszyn i mechanizmów. Po „spalonym” drugim podejściu do egzaminu, musiał niestety opuścić wydział. Żałowałem, że mu się nie powiodło, gdyż naprawdę był dobrym i bardzo uczynnym kolegą.

Drugi z naszego grona, nazwę go Władek, był przeciwieństwem ruchliwego jak bączek Kazia. Został przyjęty na politechnikę, podobnie jak ja, na podstawie dyplomu przodownika nauki i pracy społecznej. W czasie studiów miał doskonałe wyniki w nauce i zrobił dyplom w przewidzianym terminie. Tym niemniej miał również problem z profesorem Łysakowskim. Otóż w czasie ćwiczeń z tego przedmiotu często mieliśmy do zaprojektowania i narysowania jakiś składowy element maszyny czy urządzenia. Rysunki były wykonywane obowiązkowo na grubym brystolu, najpierw ołówkiem, a po sprawdzeniu przez profesora, „wyciągane na czysto” w tuszu. W czasie korekty rysunku Władka, na którym powierzchnia elementu projektowanego, obrabiana maszynowo, przechodziła płynnie, co było błędem, w powierzchnię z odlewu, profesor pokazując na odcinek powierzchni obrobionej, zapytał:

- Ta cześć powierzchni jest obrobiona maszynowo?

- Tak – odpowiadał bez wahania Władek.

- A ta? Profesor przybliżał się do powierzchni odlewu.

- Tak, ta również – kontynuował śmiało Władek.

- A ta? Profesor wskazywał teraz na powierzchnię z odlewu.

- Nie jestem pewien, ale chyba nie – odparł Władek z niepokojem.

Profesor, pokazując mu na oczekującego na rozmowę z nim podporucznika w mundurze, dorzucił jeszcze odchodząc od rysunku:

-Ten pan też nie był pewien swojej odpowiedzi i dlatego musiał opuścić studia, niech pan o tym pamięta.

Specjalnością profesora, a raczej jego hobby, było robienie w czasie korekty z rysunku rodzaju maski teatralnej, gdy z jakiejś przyczyny student mu „nie leżał”. Kiedyś, na skutek wypadku, stracił cztery palce u prawej ręki, wobec czego ołówek korekcyjny trzymał między kciukiem a dłonią, co nadawało wielkiej siły jego poprawkom. Ślad, zostawiany na brystolu przez ołówek kreślący kółka wokół miejsc do poprawienia, był tak głęboki, że wystarczyło lekko puknąć palcem, by kółka wypadały. Widocznie jego zdaniem zrobienie na nowo rysunku pozostawiało ślady bardziej trwałe w pamięci studenta. Lubiłem Władka za jego niezwykłą lojalność względem kolegów i gotowość pomocy, gdy ktoś z nas jej potrzebował. Utrzymujemy ze sobą, sporadyczne co prawda, kontakty do dnia dzisiejszego.

Nasz czwarty kolega nie został w moich wspomnieniach, z wyjątkiem imienia, które nosił i które w owych czasach było zupełnie nie w modzie, gdyż przypominało czasy okupacji. Dla mnie przeszedł przez studia niepostrzeżenie. Dodam jeszcze, że Kazio, Władek i Wacek-społecznik byli pierwszymi, którzy przyjęli mnie życzliwie jako waleciarza do spania nocą w ich pokoju, w trudnym dla mnie pierwszym semestrze. Dzięki wam za to koledzy, dzięki!