Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Przeludnienie w pokojach stawiało czasami – trudny do znalezienia kompromisu – problem momentu zaśnięcia. Nie każdy z nas i nie każdego dnia miał jednakowy program nauki i wynikający z tego moment ułożenia się do snu, ponieważ nasza czwórka była zdecydowanie bezkonfliktowa, każdy starał się dobrowolnie dostosować do zwyczajów większości. Ale były wypadki, gdy nie było to możliwe. Wyczytałem gdzieś, że niektórzy mogą zasnąć w obojętnych warunkach, na stojąco, na leżąco, w hałasie i to w bardzo krótkim czasie. Postanowiłem, że muszę przyswoić sobie tę umiejętność dla mojego i moich kolegów komfortu. Niestety, nie znając metody musiałem ją na nowo odkryć. Przypuszczam, że trwało to wiele dni, a raczej nocy, wymagało dużo wysiłku psychicznego i intensywnego treningu, ale wyniki okazały się zdumiewające. W rezultacie tych ćwiczeń praktycznych mogłem zasnąć twardym snem w czasie nie dłuższym niż 90 sekund, niezależnie od oświetlenia i głośnych rozmów w pokoju. Stan letargu poprzedzający głęboki sen, brał kontrolę nad moim organizmem tak szybko, że czułem jeszcze przed zaśnięciem, jak mój oddech i puls serca zwalniały rytm i lekkie, niezwykle lekkie pochrapywanie dawało znać o sobie (zasypiałem na plecach). Byłem chyba jedynym wśród kolegów, który mógł usnąć „na zawołanie” bez zwracania uwagi na to, co się działo dookoła. Ale jeszcze w innym wyczynie byłem również jedyny i nie do pobicia, lecz tym razem był to wyczyn sportowy.

Otóż jak powiedziałem poprzednio, odległość między piętrowymi łóżkami w pokoju była mniejsza niż metr, a wysokość od podłogi do materaca mojego łóżka na piętrze była około 1,5 metra. To nie było dużo, aby na nim usiąść z podskoku i położyć się spać. Ale to było bardzo wysoko, by wskoczyć na górny materac, odbijając się od podłogi między łóżkami, tak by postawić tam równocześnie dwie stopy i dalej, bez dotykania rękami czegokolwiek, stanąć na nim wyprostowany. Tego już nikt nie umiał zrobić i nie tylko zrobić, ale i nikt nie wierzył, po obejrzeniu miejsca, że w ogóle taki wyczyn jest możliwy do zrealizowania. Byłem wtedy w dobrej „skocznej” formie, a i w akademiku dla treningu, często wskakiwałem „na jednej nodze” po schodach na ósme piętro, zmieniając nogę co piętro i przeskakując po dwa stopnie. Zrobiłem nawet z tej mojej specjalności „kameralnego skoczka” przedmiot zakładów między kolegami.

A wyglądało to tak. Bookmacher znający mój sekret wprowadzał do pokoju nowo znalezionego „jelenia”, proponując mu zakład, w którym ja, aby go wygrać, musiałem na trzy próby skoków choć jeden raz stanąć wyprostowany na piętrze. W przeciwnym wypadku „jeleń” inkasował całość zakładu. Stawką zakładu, obowiązkowo, była ilość obiadów (zupa i drugie danie), jakie przegrywający miał opłacić w pobliskiej restauracji na placu Narutowicza. „Jeleń” po obejrzeniu mnie, łóżka i pokoju prosił zwykle o wyjaśnienie mu kilku szczegółów technicznych:

- Czy będzie rozbieg?

- Nie, skok tylko z miejsca miedzy łóżkami, dwie stopy na podłodze.

- Czy skok będzie zaliczony, jeśli po postawieniu stóp na materacu skoczek zeskoczy do tyłu bez wyprostowania się, lub podeprze się rękami?

- Nie, taki skok nie będzie zaliczony.

- Kiedy będzie konsumpcja obiadów?

- Zaraz po skokach.

Zwykle taka wizja lokalna miejsca dawała już „jeleniowi” dobrą nadzieję wygrania, która szybko zamieniała się w pewność po moim pierwszym, z reguły nieudanym skoku. Bookmacher proponował wtedy podwyższenie ilości obiadów w zakładzie, a jeśli to nie było uwieńczone jeszcze zgodą „jelenia”, oddawałem drugi skok, również spalony, bo podparty ręką o materac. Tu już żaden z „jeleni” nie wytrzymywał dłużej. Ilość obiadów rosła. A ja, by ułatwić pracę bookmachera, niby ze zdenerwowania ćwiczyłem na boku przysiady, sugerowałem nieśmiało „jeleniowi”, że podparcie ręką mogłoby być akceptowane, bo widocznie nie byłem w dobrej formie. „Jeleń” zdecydowanie odrzucał moje sugestie, dorzucając jednak kilka obiadów do zakładu. Emocje rosły, ja przechodziłem do ćwiczenia pompek obok na podłodze, aby wyrównać mój rytm oddechowy przed wysiłkiem, bookmacher zapisywał starannie ostatnią ilość obiadów; „jeleń”, jak ten prawdziwy na rykowisku, rozglądał się z dumą po zebranych, biorąc ich za świadków mojej naiwnej wiary w siebie.

Moment krytyczny zakładu nadchodził szybko. Ostatni skok! Wszyscy wstrzymywali oddech, by broń Boże nie zdekoncentrować zawodnika na starcie. Ja po trzech przysiadach z towarzyszącymi im wymachami ramion, sprężystym wybiciem od podłogi wskakiwałem na górny materac, mając jeszcze dobry zapas w wysokości. Widok stojącego mnie na materacu, wywierał głęboko deprymujący efekt na „jeleniu”, który robiąc dobrą minę do złej gry, ustalał już z bookmacherem warunki realizacji zakładu. Oczywiście zakład był konsumowany w restauracji przy udziale wszystkich uczestniczących w pokazie. Zwykle potem proponowałem „jeleniowi”, dla osłodzenia mu goryczy porażki, aby znalazł i przyprowadził nowego „jelenia”, a po wygraniu z nim zakładu otrzyma prawo do połowy obiadów dla swoich zaproszonych. Ten system funkcjonował jakiś czas dobrze, lecz liczba „jeleni” malała nieubłaganie w miarę, jak wiadomość o mojej specjalności szerzyła się wśród kolegów.