Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Przerwy w wykładach czy ćwiczeniach pozwalały nam korzystać z dobrze zasłużonego obiadu w pobliskiej stołówce przy ulicy Koszykowej, róg Niepodległości. Obiady, składające się nieubłagalnie i niezmiennie z zupy, kawałka mięsa lub ryby z ziemniakami oraz szklanki kompotu, smakowo były nie do przełknięcia, ale miały zaletę zaspakajania głodu, toteż każdy połykał je szybko, by skrócić czas rozkoszowania się złym smakiem. Potem biegiem, bo czas naglił, na zajęcia przewidziane w programie i powrót już bez pośpiechu tramwajem do akademika, zwykle w warunkach lekko zmniejszającego się tłoku. Po wnikliwym sprawdzeniu przez dyżurnych portierów przy wejściu do budynku legitymacji mieszkańca wbiegało się do holu, któremu nieustanne ruchy „bractwa” studentów, nadawały nieodparty wygląd ogromnego „ula”.

Dwie windy, chyba 12-osobowe, obsługiwały niekończące się wjazdy grup studentów do góry. Ale tylko do góry i począwszy od drugiego piętra, „s’il vous plait”. W każdej kabinie emerytowany windziarz, zgorzkniały życiem i monotonią ściennego krajobrazu, przesuwającego mu się przed oczami, siedząc na krzesełku ospale manipulował korbą rozrusznika, pozwalającą z większą lub mniejszą precyzją zatrzymać kabinę na odpowiednim piętrze, naprzeciw otworu wyjściowego. Nie zawsze mu się to udawało od pierwszego razu i drobne poprawki w dół lub górę były czasem niezbędne. Pan windziarz zdecydowanie nie był zadowolony ze swej pracy i dawał to do zrozumienia pasażerom, gdy okazja ku temu się nadarzała. Nigdy nie odjeżdżał z jednym czy dwoma pasażerami i niekiedy trzeba było czekać cierpliwie wiele minut, aż niezbędne do jazdy „quorum” napełniło kabinę. W wypadku jakiejś uwagi, którą pan windziarz uważał za niestosowną, wstawał z krzesła, zdejmował korbę i pokazując na winnego, stanowczo oświadczał: „Pan zachował się grubiańsko, proszę wyjść, gdyż z panem nie pojadę!”. Winny student pod presją opinii tych, którzy się spieszyli, rad nie rad, musiał wyjść i próbować szczęścia w windzie naprzeciwko lub „dymać” do góry schodami.

W akademiku wieczorny rytm zajęć był już znacznie swobodniejszy. Nauka w pokojach czy w salkach do tego przeznaczonych na każdym piętrze, kolacja w jadalni na dole odbywały się według potrzeby lub gustu każdego, samodzielnie lub w małych zestawach. Po powrocie do akademika większość z nas zatrzymywała się w małym sklepiku na dole, który dysponował minimalnym zestawem produktów do jedzenia i do codziennej toalety. Czasami, ale bardzo rzadko, z okazji jakichś świąt można tam było kupić atrakcyjne towary, które „rzucano” na rynek, jak pomarańcze czy cytryny. Alkoholu nie sprzedawano tam pod żadną postacią, zresztą picie trunków w pokojach było surowo zabronione i winowajca „nakryty” mógł się pożegnać z mieszkaniem w akademiku. Rozrywek na miejscu było mało i ograniczały się one do spotkań w pokojach poświęconych na dyskusje, do gry w szachy, do wspaniałych śpiewów, jeśli jakiś kolega muzykant wspomagał nas jakimś instrumentem muzycznym. Ping-pong na korytarzach, siatkówka lub koszykówka w sali sportowej zajmującej cały dół podwórka budynku, jeśli była dostępna, kończyły sportową stronę naszych możliwych rozrywek. Ostatnim etapem dnia była wieczorna toaleta i nareszcie zasłużone łóżeczko we wspaniałym pokoju, na parterze lub na pięterku, w zależności od wzrostu delikwenta.

A propos towarów przeznaczonych dla zaopatrzenia ludności. Jak nam wyjaśniano ciągle i wszędzie, były dwie główne przyczyny ich permanentnego braku na rynku. Głównym powodem, według modnego wtedy określenia było, że rozwój „podaży” nie nadążał za wzrostem „popytu”, co było następstwem wyłącznie przyczyn obiektywnych i niezależnych zupełnie, ale to zupełnie, od naszej koncepcji ekonomii, opartej na naukowym, planowym rozwoju rynku. Również osoby odpowiedzialne za błędy popełniane przy określeniu planu lub przy jego wykonaniu na średnich szczeblach „aparatu dystrybucji”, były szybko napiętnowane w ramach dobrze dotartego systemu krytyki i samokrytyki. Forma jej była zawsze podobna: „Niestety towarzysze, brak czujności z naszej strony (samokrytyka!) spowodował, że uchwały kongresu partii, o prawidłowym zaspakajaniu potrzeb mas pracujących, nie zostały należycie wypełnione. Winni zostaną ukarani (krytyka!), a błędy będą naprawione! Zwiększenie podaży brakujących w sklepach produktów będzie zapewnione odpowiednim zwiększeniem planów produkcyjnych (zlikwidowanie problemu)”.

To nie zawsze tłumaczyło wszystkim, dlaczego już niezależnie od braków w podaży, w jednym rejonie kraju pojawiał się nadmiar ziemniaków, podczas gdy brakowało ich w dwóch innych, które z kolei miały nadmiar cukru kosztem czterech regionów, gdzie go brakowało od miesięcy. Po tej szczypcie samokrytyki, dobrej garści konstruktywnej krytyki i małej lub dużej „czystce” w aparacie, problem uzdrawiania wydawał się być czasowo zakończony.

Nieuświadomieni dobrze obywatele mieli tendencje określać to krótko: system planowania jest „do bani”, system dystrybucji jest „do bani”, produkcja towarów jest niewystarczająca i nie taka, jak potrzeba, a więc również „do bani”. Niestety, bania nie rozwiązywała niczego, tym bardziej, że mówiono o tym tylko w gronie przyjaciół i wtedy, jak dzieci poszły spać. Tak więc wszystko toczyło się po staremu.

Co robił w tej sytuacji pracujący ludek? Organizował swój system zaopatrzenia tak dobrze, że nikt nie cierpiał głodu i każdy miał odpowiednie zapasy niezbędnych produktów. W tym systemie nie szło się do sklepu, aby kupić kilogram mięsa, co mogło się nie udać, lecz wracało się z kilogramem „zdobytego” mięsa w podręcznej siatce. Inaczej sprawy się przedstawiały, gdy chodziło o atrakcyjne produkty, przeważnie pochodzące z importu. Niezależnie od tego, czy to były pomarańcze, cytryny, wino francuskie, czy też rajstopy, kosmetyki czy maszyny do szycia, te towary nie były sprzedawane normalnie, lecz okresowo „rzucano” je na rynek i obywatel, który był „w kursie”, rzucał się z kolei do długich kolejek, aby zdążyć zdobyć coś dla siebie, zanim rzucony towar się nie wyczerpał. Okresy „rzutów” były wybierane według kalendarza dat związanych tradycyjnie ze świętami obchodzonymi uroczyście, czy też z jakimiś ważnymi wydarzeniami w życiu kraju, jak na przykład kongresy partii czy obchody święta pierwszomajowego.