Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

W owym czasie tramwaj składał się z dwóch oddzielnych wagonów, każdy z dwoma odkrytymi pomostami na końcach i częścią środkową zamykaną przez dwoje przesuwnych drzwi i wyposażoną w mało komfortowe, ale stylowe drewniane ławki. Wagony, które dożywały ostatnich lat długotrwałej służby, zachowały urokliwy styl XIX wieku w konstrukcji i w wystroju wnętrza. Nawet pan motorniczy, podparty jednonożnym taboretem, doskonale pasował do zabytkowej całości ze swoim umundurowaniem, które w sezonie letnim składało się z ciemnego flanelowego kostiumu ze złotymi insygniami tkwiącymi w wyłogach kołnierzyka oraz z czapki w stylu tej, która zdobiła głowę „wielkiego Włodzia”, z widocznym nad daszkiem złotym herbem warszawskich tramwajów. W okresie zimowym czapka pozostawała na swoim miejscu, ale mundur znikał pod bezimiennym, długim kożuchem chroniącym motorniczego od zimna i może trochę od przeciągów.

Wystrój przedniego pomostu uzupełniała mosiężna „wajcha” typu młynka do kawy, przemieszczająca się nad równie mosiężnym pulpitem z wypukłymi cyframi. Oba te elementy błyszczące jak 18-karatowe złoto, w ręku pana motorniczego przeradzały się w precyzyjny zespół sterowniczy, powodujący w zależności od kierunku obrotu wajchy bądź jazdę, bądź hamowanie tramwaju. Pan motorniczy wypełniał jeszcze jedną ważną funkcję, a mianowicie wybierał kierunek jazdy. Tam, gdzie na skrzyżowaniu ulic szyny tramwajowe rozwidlały się w różne kierunki, motorniczy po zatrzymaniu tramwaju i zdjęciu wajchy napędowej przez zwykłą ostrożność wysiadał, by za pomocą długiego metalowego drążka ze spłaszczonym końcem ustawić ruchome rozwidlenie szyn w dobrym kierunku. Jazda w takim stylowym wagonie i z taką kompetentną załogą była prawdziwą przyjemnością pod warunkiem, że było to latem i bez pasażerów.

Ten zabytkowy środek transportu do złudzenia przypominał tramwaje znane z niemego kina lat dwudziestych, z jednym zasadniczym wyjątkiem. Tramwaje z filmów nie dzwoniły, natomiast te z ulicy umilały jazdę dźwiękami dzwonka, który pan motorniczy uruchamiał nogą przy każdej okazji, a czasem i bez okazji, chyba tylko po to, by zaznaczyć takt gwizdanych przez siebie półgłosem melodii.

Trudno nie wspomnieć też o konduktorach, którzy odpowiadali za bezawaryjne napełnianie i opróżnianie swoich wagonów, zaopatrywanie pasażerów w bilety i sprawdzanie ważności biletów miesięcznych. W zasadzie byli oni „ruchomi”, ale praktycznie, w związku z ciągłym tłokiem panującym w wagonach, zajmowali miejsce na tylnym pomoście przewidzianym dla wsiadających. Konduktor informował motorniczego o zakończeniu procesu wymiany pasażerów w wagonie, pociągając za linkę przeciągniętą nad głowami, która z kolei kolebała dzwonkiem na przednim pomoście. Jeden dzwonek oznaczał gotowość wagonu do odjazdu, dwa dzwonki mobilizowały uwagę motorniczego, zobowiązując go do oczekiwania kolejnego pojedynczego sygnału, tego do odjazdu. Niemniej ważną funkcją konduktora było manewrowanie taśmowym ruchem pasażerów przesuwających się do przodu. Wszystko to miało funkcjonować zgodnie z regulaminem publicznych środków transportu, zatwierdzonym przez odpowiednie władze.

Ach, jak przyjemnie było wtedy podróżować! Jak w piosence:

   W tramwaju, w tramwaju przyjemnie płynie czas,

   Kultura jest dźwignią narodu!

   W tramwaju, w tramwaju jej głos poucza nas,

   „Proszę państwa przesuwać się do przodu!”

Tak było przewidziane, ale ten idealny regulamin funkcjonował prawidłowo tylko w nielicznych momentach, ponieważ podczas szczytu transportowego, trwającego od 7 rano do 20, w wagonach panował trudny do opanowania tłok, a poza szczytem zmniejszenie liczby pasażerów było automatycznie kompensowane zmniejszeniem ilości pojazdów. Dzięki temu prostemu zabiegowi poziom zatłoczenia w wagonach utrzymywał się, w pełni demokratycznie, stale na tym samym poziomie, a winogrona pasażerów, zwisających na zewnątrz, dodawały niezmiennie uroku pędzącym tramwajom. Dla usprawiedliwienia administracji tramwajów muszę przyznać, że część winogron była złożona z pasażerów, którzy nie mieli wcale zamiaru wejść do środka. Pozostawanie na zewnątrz pozwalało łatwiej wysiąść, nie być ściśniętym we wnętrzu wagonu i co było motywacją dla większości wiszących, nie płacić za bilet. Przyznam ze wstydem, że ja również należałem do tej kategorii złych płatników. Ale, by połączyć przyjemne z pożytecznym, to już najbardziej lubiłem podróżować na tak zwanym „cycku” lub inaczej „dyszlu”, wystającym na końcu każdego wagonu, skąd miałem piękny, panoramiczny widok na przesuwające się z obu stron uliczne pejzaże. Wymieniony „cycek” był niczym innym, jak tylko łącznikiem z kutego żelaza, dzięki któremu dwa wagony były nierozerwalnie złączone, ale nieużywany mógł zapewnić komfortowe miejsca dla kilku osób.

Mimo wszystko ówczesny transport tramwajowy był nieporównywalnie wygodniejszy niż ten z lat 1946–1949. Wtedy jazda z Pragi do centrum Warszawy była prawdziwą wyprawą w nieznane. Jeździło się albo „na łebka” ciężarówkami wożącymi pasażerów przez most pontonowy, albo z ryzykiem długiego oczekiwania na pętli przy ulicy Zielenieckiej, tramwajem numer 25, który przewoził szczęśliwych, że udało się im wsiąść, na drugą stronę Wisły i dalej, aż do Dworca Głównego.

Permanentny tłok w tramwajach był częścią składową folkloru warszawskiego. Ten problem znajdował swój wydźwięk nawet w anegdotach, jak w tej poniższej, przeznaczonej dla „dojrzałych”:

W zatłoczonym do niemożliwości wagonie, w letni gorący dzień, gdzie mimo lekkiej odzieży pasażerowie „sklejeni” między sobą z trudem oddychali, słychać oburzony głos jakiejś pani: „Panie starszy, proszę natychmiast zdjąć rękę z mojej piersi!” Chwilę później ten sam głos, tym razem w brzmieniu łagodnym i zachęcającym: „Nie, nie, młody człowieku, pana to nie dotyczy, pan może trzymać swoją rękę jak poprzednio!”

Czekając na placu Narutowicza, nie zwracaliśmy uwagi na zabytkowe i artystyczne walory środka lokomocji, a raczej na jego pojemność, ponieważ tłum na przystanku w godzinach porannych przewyższał znacznie „chłonność” obu wagonów. Po „nafaszerowaniu” wnętrza tymi, co zdołali się tam dostać, reszta oczekujących miała do wyboru: czekać dalej na następny tramwaj, zaczepić się, gdzie się dało na zewnątrz wagonu lub pomaszerować pieszo. Wybór był prosty, ponieważ czas pilił każdego, więc ruszający z przystanku wagon był oblepiony winogronami wiszących studentów. Nie było to bezpieczne i wypadki zdarzały się często. Ale cóż, nie zawsze można było wstać wcześniej.