Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Drugi rok studiów zaczął się dla mnie pod szczęśliwą gwiazdą. Oswobodzony od problemów materialnych mogłem nareszcie poświęcić się całkowicie moim dwóm pasjom: nauce i siatkówce, a może, jeśli mam być szczery, to odwrotnie: siatkówce i nauce. Po zakończeniu spartakiady moja gra stała się na tyle dobra, że zostałem powołany do reprezentacji młodzieżowej Warszawy, która miała pod koniec roku wyjechać do Moskwy na spotkania z reprezentacją młodzieżową tego miasta. Powołani zawodnicy przygotowywali się do wyjazdu w swoich klubach i tylko raz w tygodniu mieliśmy wspaniały trening w sali budynku YMCA, przy ulicy Konopnickiej. Liczyłem, że może zostanę zakwalifikowany do małej grupy siatkarzy, którzy będą mieć szczęście pojechać do Moskwy. Byłby to mój pierwszy wyjazd za granicę, ale to było naprawdę mało prawdopodobne, gdyż powołanych do zgrupowania było dużo, a miejsc dla wybranych do wyjazdu w najlepszym wypadku mogło być tylko 12.

W trakcie wzmożonych dawek treningowych związanych z przewidywanym wyjazdem, gdzieś na początku nowego roku akademickiego, pojawił się dla mnie bardzo nieprzyjemny problem z prawą nogą. A wszystko to zaczęło się podczas spartakiady. Przeskakując obok boiska przez jakąś barierkę, uderzyłem nogą w stojącą tam, lecz niewidoczną dla mnie ławkę. Uderzenie było na tyle silne, że w miejscu stłuczenia pojawił się na nodze dosyć duży guz, który znikł po kilku dniach, zostawiając uczucie lekkiego bólu przy dotknięciu tego miejsca. Nie zwracałem na to uwagi, gdyż chodząc nie odczuwałem żadnego bólu i wszystko było jak najbardziej normalne. Przez przypadek przeczytałem artykuł w jakimś miesięczniku, który mówił o niebezpieczeństwie próchnicy kości, której jednym z powodów mogą być następstwa silnego stłuczenia. Przypomniałem sobie o moim wypadku, a po kilkudniowej obserwacji stwierdziłem, że ból w nodze pojawiał się nie tylko w momencie, gdy naciskałem to miejsce, ale również i bez dotyku. W ciągu następnych kilkunastu dni ból stał się ciągły i silny do tego stopnia, że przeszkadzał mi nie tylko w chodzeniu, ale i w spaniu. Przeraziłem się wtedy poważnie. Historia z początkami próchnicy nie była wymysłem redaktora artykułu, a ja mam wszystkie jej oznaki! Mimo to wahałem się jeszcze z pójściem do lekarza, bo a nuż mi potwierdzi tę straszną nowinę? Kupiłem jedną maść, drugą, ale żadna mimo wcierania, mimo długiego masowania bolącego miejsca, nie pomagała, a wręcz przeciwnie. Niedługo potem doszło do tego, że nie mogłem już stać na prawej nodze; przenikliwy, pulsujący ból zmuszał mnie do ciągłej zmiany jej pozycji, i co było najgorsze, nie pozwalał mi trenować. Ciągle myśląc, że choroba mojej nogi zmusi mnie do opuszczenia na zawsze siatkówki, nie mogłem spać nocami, nie mogłem się skupić w ciągu dnia. W końcu, nie widząc innego wyjścia zmuszony byłem pójść do lekarza.

Jako sportowcy mieliśmy do opieki nad nami centrum badań lekarskich („Cebula”), mieszczący się w suterenie budynku YMCA. Poszedłem tam, a raczej pokuśtykałem do odpowiedniego specjalisty. Ten po szczegółowym obejrzeniu wykonanych zdjęć rentgenowskich bolącego miejsca, kiwając nad nimi głową oświadczył:

- Nie widzę w pana nodze śladów żadnej kontuzji, a przeciwnie wszystko wskazuje na to, że jest pan zdrów jak ryba.

- Ależ panie doktorze, to nie jest możliwe! Ból w nodze jest tak silny, że mam wrażenie, jakby mnie przypiekano ogniem.

Lekarz wstał i podając powiększającą silnie lupę, kazał mi obejrzeć samemu, ujęte pod różnymi kątami zdjęcia rentgenowskie mojej bolącej kości. Mimo starannego przeglądania zdjęć, nie mogłem się w nich doszukać bolącego miejsca. A przecież mój ból był fizyczny i musiał od czegoś pochodzić. Zrobiłem w tym sensie uwagę lekarzowi. To go widocznie nie zdziwiło, ale pokazując na moją, obfitą w tym czasie czuprynę, wyjaśnił:

- Pana ból pochodzi z tego miejsca, a nie z nogi. To pana umysł, a raczej pan sam myśląc ciągle o tym, stworzył ten ból i usadowił go w nodze, choć równie dobrze mógłby być w ręku, czy gdzie indziej. Proszę wrócić do domu z silnym przekonaniem, że nic panu nie jest, a wszystko to przeminie bez śladu!

To, co mi powiedział było dla mnie tak przyjemne i tak radosne, że wychodząc z centrum miałem wrażenie, że ból już się trochę zmniejszył, a po powrocie do akademika wbiegłem jak kangur na ósme piętro, i przenikliwy ból, który tak mnie do tej pory męczył, przepadł na zawsze bez śladu.

Opowiadam o tym, by pokazać, jak ogromna może być siła autosugestii, jak każdy może stać się jej ofiarą niezależnie od swej odporności psychicznej. Spotkałem się później z przypadkami, gdzie osoby, które, jak się potem okazało, będąc zupełnie zdrowe, poddawały się leczeniom trudnym do zniesienia i zostawiającym już realne skutki w organizmie. A poddawały się tylko dlatego, bo myśląc, że są chore, powodowały pojawienie się prawdziwych efektów urojonej choroby. Niestety, nie zawsze taka osoba ma szczęście spotkać lekarza, który rozpozna chorobę urojoną mimo wszystkich jej prawdziwych symptomów. To, że mogłem się oswobodzić od mojej autosugestii zawdzięczam chyba dwóm zjawiskom. Po pierwsze mogłem sam stwierdzić, że kość była nieuszkodzona, po drugie lekarz swoją uczciwą postawą, pomógł mi uświadomić sobie to urojenie. Siła umysłu jest niesłychana! Powrócę jeszcze do tego tematu przy innej historii.