Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Rok 1953, poza śmiercią Stalina, zostawił dla mnie jeszcze jedno pamiętne wydarzenie, a mianowicie I Ogólnopolską Spartakiadę. Byłem od kilku miesięcy członkiem kadry CRZZ w siatkówce i powołano mnie razem z innymi na kilkudniowy obóz przygotowawczy przed tym ważnym dla sportowców wydarzeniem. Ostatecznie wybrano na obozie dziesięciu najbardziej obiecujących i po przywiezieniu nas do Warszawy zostaliśmy zakwaterowani w mizernym hoteliku przy ulicy Widok. Jedyną jego zaletą było to, że był 20 metrów od Marszałkowskiej i 50 metrów od Alei Jerozolimskich, ulic częściowo odbudowanych w przeciwieństwie do ich zaplecza, jak Chmielna, Złota, Krucza i inne, gdzie większość domów przedstawiała sobą stojące, wypalone do wysokości pierwszego piętra mury z otworami w miejscu dawnych okien i pustymi wnętrzami pozbawionymi stropów. W nielicznych odbudowanych domach mieściły się na parterze rzadkie sklepy, jakieś punkty usługowe i może kilka restauracji podrzędnej raczej kategorii.

W tym to otoczeniu na owe czasy wcale nie dziwnym, ja i moi koledzy klubowi spędzaliśmy wieczory i ranki, gdyż resztę dnia mieliśmy zajęte przez mecze siatkówki lub kibicowanie kolegom i koleżankom w innych dyscyplinach sportowych. Nastrój mój był bardzo dobry, wśród beztroskiej młodzieży miałem sympatycznych kolegów i żadnych problemów, gdyż moje poprzednie niepokoje na uczelni, i nie tylko, należały już do zapomnianej przeszłości.

Tak się złożyło, że duże wrażenie wywarła na mnie jedna z siatkarek, Halina, będzie to jej pseudonim, bo przede wszystkim grała w siatkówkę, jak bogini czegoś tam, a poza tym była niezwykle sympatyczna. Była ode mnie o kilka lat starsza, ale to nie miało dla mnie żadnego znaczenia, gdyż wydawało mi się, że przychodziła na nasze mecze jedynie po to, by mi zawzięcie kibicować. Toteż, gdy ośmieliłem się ją zaprosić po raz pierwszy na kawę, po meczu, gdzie naprawdę zagrała bardzo dobrze, było mi przyjemnie usłyszeć w odpowiedzi, że poszłaby ze mną naprawdę z wielką ochotą, ale niestety ciężki mecz ją czekał następnego dnia. Oddany myślami mojej Dulcynei, jak Don Kichot, postanowiłem spędzić wieczór sam bez kolegów, na rozmyślaniu i odpoczynku.

Jakież było moje zdziwienie, gdy powracając z samotnego spaceru w zapadającym zmierzchu, ujrzałem Halinę wychodzącą razem z koleżanką spiesznym krokiem z hotelu. Popchnięty przemocą przez budzącą się chyba zazdrość, „podryblowałem” za nimi, by ujrzeć dwie ulice dalej, jak dwóch znanych mi działaczy, trener i kierownik warszawskiego klubu sportowego, witają nadchodzące panienki i już razem kierują swoje kroki w stronę Nowego Światu. Chcąc wypić do dna mój kielich goryczy, powlokłem się za nimi w bezpiecznej odległości i … o zgrozo! Ujrzałem to, co było dla mnie bez wątpienia najgorsze, a mianowicie, cała czwórka w wesołej konwersacji zagłębiła się w mroczny otwór drzwi wejściowych restauracji dziennej „Kameralna” przy ulicy Foksal!

Sama restauracja mieściła się na półpiętrze, a wchodziło się do niej z bramy po kilku schodkach, natomiast knajpa nocna o tej samej nazwie, której gwoździem programu była działalność muzyczna, otwierała swoje podwoje w godzinach regulaminowych, to jest od 19 do 23 (z wyjątkiem poniedziałków!). Bywalcy tego miejsca nazywali go „piekiełkiem” może dlatego, że wystrój miejsca był w dominującym kolorze karmazynu i oświetlenie nie pozwalało na dobre odcyfrowanie twarzy przy sąsiednich stolikach. O ile restauracja była odwiedzana przez dobrze sytuowanych członków intelektualnych zawodów, jak dziennikarze, adwokaci, artyści lub ludzi mających pieniądze, o tyle „piekiełko” było miejscem, niestety, mającym złą reputację.

Mój dylemat był prosty: albo poszli do dziennej, by się najeść i po wyjściu powrócą do hotelu, w takim wypadku mój zachwyt dla Dulcynei pozostanie nienaruszony; albo wejdą do „piekiełka” i w takim rozpaczliwym wypadku będę odtąd zmuszony bojkotować jej mecze. Żeby być pewnym, czy to było „żarcie”, czy „ubaw” musiałem czekać przy wyjściu na ich pojawienie się. Nie odważyłem się bowiem wejść do restauracji, gdyż byłem łatwo rozpoznawalny po moim eleganckim klubowym dresie z odpowiednim napisem na plecach i który dumnie nosiłem na sobie. Jednak po godzinie przestępowania z nogi na nogę w pobliskiej bramie, gdyż nic się nie działo, zadecydowałem, że pora wracać do hotelu.

Było już późno. Idąc w górę ulicą Chmielną, skąpo oświetloną kilkoma lampami zawieszonymi na latarniach i drewnianych słupach, spostrzegłem w świetle jednej z nich samotną, dosyć otyłą panią, niedbale opartą o poszczerbiony mur. By uniknąć konieczności powiedzenia jej: „Dobry wieczór pani”, jak moja mama mnie napominała, gdy przechodziłem obok starszej, poważnej osoby, przeszedłem na drugą stronę ulicy. Pani z naprzeciwka, zobaczywszy mój wymijający manewr, a nie chcąc widocznie stracić okazji do konwersacji na bezludnej o tej porze ulicy, zwróciła się do mnie lekko ochrypłym, zapraszającym głosem: „Chodź tu bliżej, kochasiu!”. Wymowny ruch prawej ręki podkreślał kierunek, jaki powinienem „obrać”, by zbliżyć się do niej na drugą stronę ulicy. Byłem nieśmiały, ale dobrze wychowany, toteż zatrzymałem się i bez przechodzenia ulicy objaśniłem jej wzmacniając trochę głos, że się spieszę, że jutro rano mam bardzo ważny mecz i przyspieszając kroku, ruszyłem w kierunku hotelu. Zrobiłem zaledwie kilka kroków, gdy nagle przede mną z otworu dawnego okna wystawowego, wyszła w roboczym odzieniu trójka „węglarzy”.

Ach, słynni warszawscy węglarze! To oni w długie lata po wojnie, a szczególnie w mroźne wtedy zimy, zaopatrywali warszawiaków w węgiel, używany wtedy przez wszystkich do opalania mieszkań w tradycyjnych piecach kaflowych i do gotowania w kuchniach z fajerkami.

Dostawa węgla na miejsce jego spalania, zapewniona była przez ruchome „zestawy” dostawcze i funkcjonowała od rana do zmroku. Taka samodzielna jednostka działająca w określonej strefie, składała się z ogromnej platformy na „gumach” zdjętych ze starej ciężarówki i dwóch przysadzistych koni typu „percheron” ciągnących zestaw od bramy do bramy. Całość była uzupełniona trzema arcyważnymi elementami zgrupowanymi na wierzchu platformy: leżącej kupy węgla, precyzyjnej wagi i wyspecjalizowanej w obsłudze klienta słynnej trójki węglarzy. Jeden z nich, „negocjator”, odwiedzał każde podwórko, każdy dom i zachwalając nieporównywalnie korzystny stosunek ceny do jakości ich węgla usiłował „wtrynić” swój towar jak można najdrożej. Po ustaleniu ilości i ceny za towar, na platformie czekającej przed bramą odbywała się procedura komisyjnego ważenia i napełniania worków, które natychmiast dwóch „nosicieli” transportowało na plecach do wskazanej przez klienta piwnicy. Było to miłe do oglądania, szczególnie że nosiciele pokrywali głowę i plecy specjalnie złożonym pustym workiem w formie kapy pątnika z kapturem. Praca była ciężka i odpowiedzialna, nic więc dziwnego, że cała trójka w chwilach przerwy często gasiła pragnienie płynem prosto z butelki, a pod koniec roboczego dnia, zmęczona miała lekkie trudności z przesuwaniem się po liniach prostych i z zachowaniem tak ważnej w ich zawodzie równowagi. Węglarze byli nieodłącznym, malowniczym elementem krajobrazu ówczesnej Warszawy i byli godni naszej wdzięczności.

Widząc więc przed sobą, sympatyczną skądinąd trójkę wychodzącą chwiejnym krokiem, domyśliłem się, że mieli ciężki dzień i grzecznie powiedziałem im: „Dobry wieczór”. Lecz mało przyjacielska odpowiedź jednego z trójki trzymającego w ręku butelkę, zmieniła moją ku nim sympatię w lekki, o bardzo lekki przestrach. „A ty co, s….. synu! Mamusi nie słuchasz!” Widocznie, jak moje, tak i ich wychowanie nakazywało szacunek dla dam i mój brak entuzjazmu do wypełnienia propozycji mamusi, wyraźnie nie uzyskał ich aprobaty. Poczułem się całkiem nieswojo. Zacząłem się tłumaczyć tak samo jak przed damą, że się spieszę, że mam jutro bardzo ważny mecz, myśląc, że skoro mecz był ważny dla mnie, był on też ważny dla nich, bo przecież sport to zdrowie.

– Nic to mnie nie obchodzi – powiedział „prowodyr” – obraziłeś mamusię, a to kosztuje. Ile masz pieniędzy?

Głos, mimo lekkiej czkawki, nie znosił sprzeciwu, wobec tego wyjąłem trochę pieniędzy, które miałem w kieszeni. Przeliczył.

– Więcej nie masz?

– Nie, to wszystko.

–Dobra, skwitował, Franek, przygotuj towar dla klienta.

Franek z miejsca, gdzie stał, odwrócił się w stronę muru, wziął leżącą tam cegłę i obok niej starą gazetę, zawinął cegłę i mi ją podał. Wziąłem. Cegła była w dobrym stanie, lecz opakowana była niedbale, poprawiłem je, podziękowałem trójce i z już cegłą pod pachą ruszyłem w stronę hotelu.

Po kilku metrach, sądząc, że się oddaliłem wystarczająco daleko, rzuciłem cegłę i „dałem gazu”. Usłyszałem za sobą gwizd, a przed sobą ujrzałem drugą „węglopodobną” trójkę wybiegającą tym razem z bramy. Komunikat w „eterze”, nadany przez znajomych mamusi był lakoniczny i łatwy do odcyfrowania: „Złap tego s….. syna! Wyrzucił towar!” Szybka ocena rozmieszczenia strategicznych sił przeciwnika była na moją niekorzyść, więc zgodnie z formułą „Nec Herkules contra plures”, stanąłem. Dwie grupy tworzyły tym razem wokół mnie już jedną. Prowodyr wydawał się być obrażony moim gestem. „Nasz towar ci się nie spodobał? Pokaż kieszenie!” Zapewniłem, że towar był dobry, tylko wyślizgnął się z opakowania. Portmonetkę pokazałem, była prawie pusta, ale to jeszcze gorzej nastroiło do mnie grupę. Zabierając resztki pieniędzy szef grupy dorzucił: „Zabierz swoją cegłę!” Podniosłem ją szybko, wygładziłem gazetę i opakowałem w nią cegłę na nowo, nie zapominając przeprosić grupę za mój nietakt. Na magiczne słowo szefa: „A teraz spieprzaj!” ruszyłem „z kopyta”, starając się siatkarskimi zwodami ciała uniknąć kopniaków wymierzonych mi na pożegnanie. Dopiero przed wejściem do hotelu położyłem nabytą cegłę starannie na chodniku. Nie była ciężka do niesienia i mogła komuś się jeszcze przydać.

Z tego wydarzenia sentymentalno-handlowego zapamiętałem kilka bezspornych prawd: że zazdrość do niczego dobrego nie prowadzi, że nic nie daje „wybrzydzać się” nad zakupionym towarem, że w handlu trzeba być stanowczym i ostatnia z serii: że posiadanie dobrego środka perswazji skraca czas negocjacji i pozwala „wywindować” cenę. Muszę jeszcze podkreślić, że węglarze nic mi nie zabrali, sprzedali mi uczciwie towar, który mieli do dyspozycji pod ręką. I jak tu można było ich nie lubić? Ktoś napisał w późniejszym okresie książkę beletrystyczną, której niestety nie przeczytałem, opisującą podobno temat sprzedaży cegieł. Mogę tu tylko potwierdzić, że opisana tam historia, może fikcyjna, miała swój realny odpowiednik w ówczesnej warszawskiej rzeczywistości.

Kiedyś po wielu, wielu latach w Paryżu, wspominając wspólny okres spartakiady, mój wielki przyjaciel Jurek Kafarski przypomniał mi fragment jednego z naszych „breefingów” pomeczowych. Oto jego słowa: „Rysiu, widzę cię siedzącego na łóżku i uważnie wysłuchującego kolegów, omawiających rozegrane mecze. Słuchając ich miało się wrażenie, że byli tu zebrani najlepsi z najlepszych. W pewnym momencie ty zabrałeś głos, by powiedzieć – „Koledzy, wcale nie jestem przekonany, że jesteśmy lepsi od tych, co nie są tutaj z nami, ale czego jestem pewien to, że byliśmy od nich bardziej „cwani”, a może bardziej inteligentni, bo zdobyliśmy sobie miejsce, by przyjechać na spartakiadę, podczas gdy oni zostali w domu!”

Czy miałem rację tak powiedzieć? Uogólniając, to stwierdzenie można go ująć inaczej: być jednym z najlepszych w jakiejś dziedzinie, nie wystarcza, by znaleźć się na „szczycie”. Do tego trzeba mieć jeszcze albo dużo szczęścia, albo tupetu, a już najpewniej to być inteligentnym-cwaniakiem.

Przykład? Popatrzmy z bliska i trochę od „spodu” na tych, co „siedzą” w polityce. Polityk to chyba jedyny prestiżowy zawód, który nie wymaga żadnego dyplomu. Co nie przeszkadza uprawiającemu ten zawód, wspinać się na szczyt i często do niego dotrzeć. Oczywiście, nie samemu o swoich siłach, ale z pomocą mniej cwanych polityków, których celem było zostać sherpem tego, co dochodzi pierwszy.

Ze względu na respekt, jaki mam do funkcji, wyłączę z tej kategorii tych, co noszą dumnie głowę państwa.