Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Wykładami z podstaw mechaniki teoretycznej był obarczony prof. Kazimierz Wolski lub Kazio, jak go wszyscy studenci żartobliwie nazywali. Kazio miał chyba wtedy lat około osiemdziesięciu, toteż na wykładach siedział spokojnie w krześle przy katedrze, nadzorując uwijającego się z zapałem przy tablicy, by zyskać aprobatę Kazia, adiunkta. Na podręcznikach opracowanych przez Kazia wychowały się całe generacje inżynierów, profesorów, a szacunek, jakim się cieszył, nie pozwalał chyba nowym władzom odesłać go na zasłużoną emeryturę. Jak wspomniałem, normalnie egzaminy były dwustopniowe – ustne z teorii przedmiotu i pisemne z ćwiczeń. Egzamin u Kazia był trochę inny. Niewielka grupa studentów z zaliczonymi ćwiczeniami zgromadzona była w małej salce, gdzie Kazio siedzący przy biurku, z dwoma stojącymi obok asystentami, zapraszał po dwóch studentów do odpowiedzi przy tablicy. Co dodawało szczególnego smaku egzaminom u Kazia, to jego „archaiczny” sposób zapisywania ocen w indeksie i na liście do dziekanatu. Kazio, profesor z XIX wieku, używał tylko gęsiego pióra, które – zaostrzane okresowo przez asystenta – maczał w odkrytym inkauście stojącym obok na biurku.

Pary studenckie dobierały się dobrowolnie przed egzaminami. Na letnią sesję jeden z kolegów, nazwijmy go dla niepoznaki Jasio, poprosił mnie, by być ze mną w takiej właśnie parze. Zgodziłem się tym łatwiej, że w poprzednim semestrze, dla mnie bardzo dietetycznym, Jasio podtrzymywał moją spiżarenkę produktami dobrej jakości, które jego rolnicza rodzina przesyłała szczodrze do Warszawy. Zaproszeni przez profesora, staliśmy więc z Jasiem przy tablicy i na zmianę odpowiadaliśmy na zadane nam pytania. Mimo czasu, jaki poświęcał Jasio na „wkuwanie” tematu, rezultaty nie były proporcjonalne do włożonej pracy. Odpowiedzi skończone, Kazio zabierał się powoli do wstawienia ocen. Zaczął ode mnie, bez problemów, wpisany w indeks stopień nie zagrażał naukowemu stypendium. U Jasia trochę gorzej, a nawet całkiem „kiepsko”. Kazio jakby się usprawiedliwiał:

- Panie Jasiu, egzamin ech…, będę musiał panu wstawić dwójkę. Jasio wcale tym niezaskoczony, postanowił interweniować.

- Panie profesorze, ja dużo się uczyłem! Proszę zadać mi jeszcze jakieś pytanie! Kazio nie mógł odmówić jednego pytania więcej. Dał Jasiowi szansę.

- Dobrze. Proszę wobec tego narysować wszystkie siły działające na ciało G spoczywające na idealnej równi pochyłej ze wzorami zależności między nimi.

Jasio podszedł do tablicy, wziął kredę, rysunek pochylni – dobrze, ciało G – dobrze, reszty początek – dobry, wynik ostateczny – zupełna „klapa”.

Mimo rozpaczliwej mimiki o pomoc, wymalowanej na połowie twarzy Jasia wychodzącej w moją stronę, nic nie mogłem zrobić „zablokowany” przez asystentów obserwujących nas uważnie. Kazio znów wziął pióro z pierzami, a po nasyceniu go inkaustem przybliżył do siebie indeks Jasia. Ten widząc nieodwołalną dwójkę grożącą jego indeksowi, chwycił profesora za rękę i łzawym głosem wyszeptał:

-                                        Panie profesorze, niech mnie pan nie zabija!

Kazio na pewno na zabójcę nie wyglądał:

- Panie Jasiu, jak to? Ja pana zabijam? Jasio ciągle w półszepcie:

- Pan nie, panie profesorze, ale mój ojciec na wsi. Jak się dowie że wyrzucili mnie z politechniki, a on jest bardzo gwałtowny, to mnie zabije! Proszę!

Ziemska droga Kazia nie pozwalała mu już widocznie na robienie złych uczynków. Po krótkim wahaniu wpisał więc Jasiowi do listy trójkę z dwoma minusami, ocenę raczej rzadką, co dawało pełną trójkę w indeksie i „kleks”, spowodowany trzęsącą się chyba z przejęcia ręką profesora.