Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Wykłady z wyższej matematyki prowadził profesor Czyżykowski, który niewątpliwie był dobrym pedagogiem, a na pierwszym roku spełniał jeszcze trudną funkcję opiekuna roku. Z tego tytułu odpowiadał również za dyscyplinę studiów i między innymi za obecność na wykładach. Wprowadził prosty, lecz bardzo skuteczny sposób kontroli obecności na swych zajęcia z matematyki. W audytorium, gdzie cały rocznik miał wspólne wykłady, było 215 miejsc siedzących. Wystarczyło więc policzyć ilość niezajętych miejsc na sali i skonfrontować to ze stanem obecności dostarczanym przez starostów grup, by wykryć wypadki fałszywej obecności i niesumienności starostów. Fizycznie przedstawiał sobą ogromne chłopisko z imponującymi gęstymi, długimi brwiami, które w czasie jego „skoków” przy tablicy żyły własnym życiem. Tanto w górze (siadałem zwykle w pierwszym rzędzie ławek), tanto w dole, brwi w nieustannym ruchu koncentrowały czasami moją uwagę bardziej niż równania na tablicy. Prowadził on wykłady na bazie metody opracowanej jeszcze przez swego poprzednika profesora Pogorzelskiego, którego konspekty przynosił zawsze ze sobą.

Niestety, nie zawsze całki i różniczki pisane z rozmachem na tablicy dawały oczekiwany końcowy rezultat. Znaleźć pomyłkę w gąszczu następujących po sobie równań, na kilkumetrowej tablicy nie było łatwo, a zajrzeć do konspektów Pogorzelskiego, honor widocznie mu nie pozwalał. Biedny Czyżyk, bo tak go nazywaliśmy zdrobniale, miotał się, rysował, kreślił, wycierał, łączył strzałkami przez całą tablicę elementy z różnych równań. Na koniec, zdyszany od nieustannego sprintu wzdłuż tablicy, z brwiami w ruchu posuwisto-zwrotnym jak wycieraczki samochodowe w czasie ulewnego deszczu i gdy już nikt nie mógł się „rozebrać” w dżungli równań na tablicy, zwalniał, by na końcu stanąć i już bardzo spokojnie ogłosić „urbi et orbi”, że ostatnia formuła, którą napisał wynika jasno z poprzednich równań i potwierdza tezę, którą należało dowieść! Opuszczałem audytorium z przekonaniem, że jeśli matematyka jest wiedzą ścisłą, to dowiedzenie tego przeciętnemu studentowi może okazać się bardzo zagmatwane.

Profesora Pogorzelskiego nie miałem przyjemności poznać, podobno wykłady jego były interesujące. Tym niemniej warto przytoczyć następującą historyjkę.

Miał zwyczaj przyjmować jak większość profesorów na egzamin w katedrze po dwie osoby, ale to nie dotyczyło studentek. Te przyjmował pojedynczo i z zasady większość z nich, wychodząc z bardzo dobrą oceną, opowiadała, że poza pytaniem dziecinnie prostym z matematyki, reszta czasu była poświęcona, obowiązkowo przy kawie, na rozmowę nie mającą nic wspólnego z matematyką. Podobno jego dewizą było, że nie ma znaczenia, czy studentka zna matematykę czy nie, bo jest mało prawdopodobne, że skończy politechnikę, więc po co obciążać jej umysł rzeczami niepotrzebnymi. A stopień, który otrzymywała był proporcjonalny do jej urody i umiejętności prowadzenia konwersacji. Może to było trochę „macho”, ale niewątpliwie był to człowiek z zasadami.

Nasz rok był zresztą pierwszym na wydziale, który miał honor gościć w swych szeregach przedstawicielki płci pięknej. Nie było ich dużo, ale na pewno ich obecność łagodziła w jakimś stopniu nie zawsze salonowe zachowanie się w czasie wspólnych zajęć przedstawicieli płci brzydkiej. Niestety, dziesięć z nich „zagubiło się” po drodze i tylko dwie, nazwijmy je Wiesia i Danusia, ukończyły studia.

A może było to nieuniknione, zgodnie z teorią Pogorzela?