Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Co było zdumiewające w czasach socjalizmu, to miejsce, jakie było rezerwowane dla wyrażenia radości w oficjalnej nomenklaturze. Plakaty, fotografie, gazety, kronika filmowa pokazywały zawsze roześmiane twarze i mówiono tylko o rzeczach radosnych. Jedynym momentem, gdzie za manifestację radości można było się znaleźć w rozpaczliwie odosobnionym miejscu, były uroczystości pogrzebowe przejmujące w swym bólu, które godnym i dostojnym obrządkiem żegnały zmarłych przywódców. Socjalistyczna rzeczywistość była radosna na okrągło, a przyszłość komunistyczna musiała być promienista! Dlatego też wczasy, które przedstawiano jako jeden z pierwszych realizacji zapowiedzianej szczęśliwej epoki, musiały być siłą rzeczy radosne.

Nie mogło być też inaczej z uczuciami, które terminologia ówczesna oficjalnie „upaństwowiła”. Kochało się partię, kraj, ojczyznę, oddawało się swoje serce sprawie socjalizmu, komunizmu, a miłowało się całym sercem naszych przywódców, którzy w zamian dla sprawy i dla nas poświęcali całe swe życie. Miłość tradycyjna, ta ludzka, istniała oczywiście, ale ograniczała się do miłości między narzeczonymi, do małżeństwa i zawsze musiała być miłością czystą i konstruktywną. Pamiętam z jednego radzieckiego filmu scenę wyznania miłości przez bohatera, stachanowca Saszę, przodowniczce pracy z żeńskiego kolektywu, gdy jej „wypalił” zew swego serca: „Tania, ja lubliu maju maszynu i tebja, Tania, toże”. Nawet nie znający języka rosyjskiego, odczuje niezwykle silny ładunek ideologiczno-sentymentalny zawarty w tej krótkiej deklaracji.

A już miłość według „Trędowatej”, książki raczej literacko ubogiej, była synonimem uczuć niegodnych wielkiej epoki, w której żyliśmy. Nie mogę sobie odmówić przyjemności, by nie przytoczyć tutaj w całości wierszyka, napisanego przez jednego z ówczesnych satyryków, który tak streścił z humorem i ironią dramat miłosny opisany w tej książce:

           Dawno temu przed laty pewien magnat bogaty,

           Nie chciał kochać w swej sferze kobiety.

           Przegnał wszystkie kochanki, baronówny, hrabianki,

           Plunął na nie i na ich zalety.

                        Chciał się kochać w biedulce, nawet w jednej koszulce,

                        Szukał tylko tkliwego serduszka.

                        Chciał jak ten to królewicz, który z grona swych dziewic,

                        Wybrał sobie skromnego Kopciuszka.

            Trzeba trafu, że w zamku, w zaciemnionym krużganku,

            Spotkał dziewczę o kruczych warkoczach,

            „Ktoś ty, ktoś ty, aniele”, magnat do niej rzekł śmiele,

            I iskierki zabłysły mu w oczach.

                        Panieneczka spłonęła, potem grzecznie dygnęła,

                        Gdyż wyczuła gwałtowny zew chuci.

                        „Jam Stefania Rudecka, właśnie idę do dziecka,

                        Ja przepraszam, lecz idę do Luci”.

            Potrząsnęła lokami i zniknęła za drzwiami,

            A ordynat stał niemy i głupi,

            Bo miał wielką ochotę spenetrować jej cnotę,

            Uszczknąć pierwszym, nim inny ją złupi.

                        Tak mijały tygodnie, gdy znów w parku przygodnie,

                        Spotkał dziewczę w cienistej altanie,

                        „O najdroższa, o miła, tyś mi serce zraniła,

                        Żyć bez ciebie nie mogę, kochanie”.

            Schwycił Stefcię w ramiona, ona cała spłoniona,

            Z namiętności i strachu drży cała.

            On drżącymi rękoma już, już sięga do łona

            Lecz się szybko mu z ramion wyrwała.

                        „Ach paniczu mój złoty, nie dotykaj mej cnoty,

                        Do tych figli hrabianek masz wiele.

                        Cnota to mój majątek, ale zrobię wyjątek,

                        Gdy poślubisz mnie luby w kościele”.

            Namiętnością targany, wiedząc, że jest kochany,

            Chce czym prędzej ją pojąć za żonę.

            Ona trochę ma stracha, lecz się dłużej nie waha

            I podaje mu usta spragnione.

                        Już magnacka rodzina w kątach szemrać poczyna,

                        Że ich magnat wielkiego ma fioła.

                        „Czy naprawdę za żonę, pojąć musi tę wronę,

                        Gdy ma pełno hrabianek dokoła?”

            „Ona za to zapłaci” szepczą skrycie magnaci,

            „Tu nie znajdzie ni siostry, ni brata,

            Krew błękitną chce chłeptać, więc gadzinę rozdeptać,

            Bowiem dla nas już jest trędowata!”

                        Stefcia wszystko słyszała, więc z rozpaczy szalała,

            Bo jej miłość to zamek na lodzie.

                        „Żegnaj miły” wyrzekła i z pałacu uciekła,

                        By popłakać samotnie w ogrodzie.

            Kiedy skrycie płakała, silnych dreszczy dostała,

            Bo się chłodno robiło na dworze.

            Nim do domu wróciła, już ją grypa dusiła

            I umarła upadła na łoże!

                        Tak to dawniej bywało, kiedy dziewczę kochało,

                        To do grobu, na wieki, do tchnienia!

                        Dziś gdy babkę ktoś rzuci, ta się wcale nie smuci,

                        Tylko szuka drugiego jelenia.

            A ordynat, ten panek wrócił do swych Bachanek

            I lamparcił się w blasku księżyca.

            Tylko nocą ktoś stęka, gdzie krużganek i wnęka.

            Tam straszyła nietknięta dziewica.