Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Sesja egzaminacyjna dobiegła końca i moje poprzednie emocje związane z pierwszymi egzaminami na politechnice przeminęły, nie zostawiając nawet dużo śladów. Ponieważ wszystko zakończyło się dla mnie pomyślnie, bo egzaminy zdałem, stypendium i akademik otrzymałem bez jakiejkolwiek pomocy, więc nic już nie stało mi na przeszkodzie, bym również spróbował dostać się na zimowe wczasy studenckie.

Wczasy! Magiczne słowo w tamtych czasach, dla biednych, mniej biednych, dla studentów i całej rzeszy pracujących, czyli praktycznie dla wszystkich w PRL-u. Bo bogatych już nie było lub udawali, że byli mniej biedni; bezrobotni z przyczyn ideologicznych nie mieli prawa istnieć, a o emerytach, wychowanych jeszcze za sanacji i nie bardzo kochających nową rzeczywistość, prawie się nie mówiło. Wyjazdów na wypoczynek na Zachód nie było, a w wyjątkowych wypadkach jak wyjazd do rodziny, należało mieć deklarację zapraszającego o pokryciu wszystkich kosztów osoby zapraszanej i otrzymać paszport, co było wtedy wysokim wyczynem sportowym. Wyjazdy do innych KDL-ów (krajów demokracji ludowej), jak się potocznie pisało, nie były jeszcze znane, gdyż ta moda i możliwości przyszły znacznie później. Każdy więc miał prawo do otrzymania raz na rok skierowania na dwutygodniowe wczasy nad morzem, w górach, w sanatoriach czy w uzdrowiskach. Za wyjątkiem „zawodowych” wczasowiczów szare masy otrzymywały skierowanie na wczasy rzadziej, raz na kilka lat, co nie przeszkadzało, że o wczasach się marzyło, opowiadało i przede wszystkim walczyło się, by je zdobyć. Śpiewało się też o nich w wesołych piosenkach:

Jeśli chcesz wypocząć gdzieś w górach czy nad morzem,

Umówić się ze słońcem na kilkanaście dni,

Postaraj się o wczasy, a potem pędź na dworzec,

A kiedy pociąg ruszy, zaśpiewaj razem z nim,

Gna wesoły pociąg , że aż lecą skry

Miasta, rzeki szybko suną przed oczami,

Kiedy wspólnie wyruszamy na spotkanie nowych dni,

Ta piosenka jak przyjaciel jedzie z nami.

Wrócisz opalony i pełen sił do pracy,

W pociągu roześmianym, spotkamy się za rok.

Wczasy ci pomogą ojczysty kraj zobaczyć,

Co zmienia się na co dzień i cieszy, cieszy wzrok!…

Albo ta inna, już z okresu późnego socjalizmu:

            Jesteśmy na wczasach w tych góralskich lasach,

W promieniach słonecznych opalamy się.

Orkiestra przygrywa skocznego begina

To nie twoja wina, że podrywam cię!…

W języku potocznym rzadko się mówiło:

- Gdzie będziesz na urlopie? Tylko: Gdzie jedziesz na wczasy?

A już podczas spotkania w dobrym towarzystwie przy kawce w kawiarni u byłego Bliklego rozmowy na początku lata zawsze zaczynały się podobnie:

- Agna, czy wiesz już gdzie wczasujesz?

- Wyobraź sobie, że proponowano mi Krynicę albo Zakopane, ale ja wolałam morze, więc znów mi dali do wyboru Międzyzdroje lub Sopot. Ale ty mnie znasz, unikam tłumów, więc wybrałam wczasy spokojne, w Pcimiu Dużym i wszyscy tym byli zdziwieni!

Co koleżanka zarejestrowała w wersji bardziej prawdopodobnej:

- Dali mi i to jak z łaski, miejsce w Pcimiu Małym, więc musiałam je wziąć.

- A ty Basieńko, gdzie ty się wybierasz?

- Och, ja! Jeszcze się zastanawiam, czy pojechać do Szklarskiej, czy do Kudowy, ale góry mnie trochę przerażają.

Co Agna z kolei, odebrała na swoim ekranie myślowym:

- Nic mi nie dali, bo nie mam żadnych „chodów” w związkach.

Opłaty za wczasy były symboliczne i bilety kolejowe prawie bezpłatne, a wszystko to było „rozprowadzane” przez związki zawodowe, jedyną, więc wszechwładną organizację mas pracujących. Wczasy były jednym z wielu „przydziałów”, którymi władały związki. Przydział mieszkania, ogródka działkowego, kupno pralki, motocykla, mebli, wszystko to „załatwiało się” szybciej i lepiej, jeśli się miało chody w związkach. Jest ewidentne, że kto nie pracował, nie mógł należeć do związków i automatycznie wypadał z ogromnej rzeszy mających prawo do przydziału „czegoś tam”.

Na pewno mój projekt był zgodny z linią czasu, ale spóźniony, gdyż wczasy studenckie były również bardzo poszukiwane, a ilość kandydatów przewyższała, i to znacznie, ilość miejsc przyznanych dla każdego wydziału. Ale kto wie, zdecydowałem się, a więc próbuję, może się uda? Poszedłem do ZSP (Związek Studentów Polskich), który był uczelnianym odpowiednikiem związków zawodowych dla pracujących, by usłyszeć, że: „Miejsc wolnych nie ma, bo wszystko zostało rozprowadzone zgodnie z dyrektywą numer 378 łamane przez 52 prorektora do spraw studenckich, z którą, jeśli kolega chce, może się zapoznać…, itd., itd”. Niezrażony tym co usłyszałem, powiedziałem o moim trochę utopijnym projekcie jedynej osobie na wydziale, która mogła coś z tym zrobić.

Bardzo rzadko, ale zdarzają się ludzie z prawdziwymi pasjami, pasjami bezinteresownymi, które są dla nich koniecznością życiową i jednocześnie źródłem zadowolenia. I u nas na roku znalazł się właśnie jeden taki kolega, a jego pasją była praca społeczna. Miał to już we krwi i żaden trud nie był mu straszny, jeśli w jego wyniku mógł nam pomóc w rozwiązaniu naszych codziennych problemów. Akademik, stypendium, wczasy lub inne, w tych sprawach był rzecznikiem i obrońcą naszych interesów w wyższych instancjach politechniki. Nigdy nie obiecywał, że coś załatwi, ale widać było już po jego minie, że sprawiało mu zadowolenie, gdy ktoś go prosił o pomoc lub powierzał mu jakiś problem do rozwiązania. Tak było i ze mną. Wiedziałem, że muszę tylko trochę „połaskotać” jego dumę własną, aby mieć pewność, że polowanie na wolne miejsce rozpocznie się natychmiast. Toteż, gdy w pewnym momencie naszej rozmowy rzuciłem:

- Nie widzę mocnego, który mógłby mi załatwić łóżko w Karkonoszach. Nawet sam dziekan by tu nic nie zrobił!

Wacek, bo tak go będę nazywał dla nierozpoznania, uzewnętrznił na swym obszernym licu wieloznaczny, pół ironiczny uśmieszek:

- Rysiu, nie denerwuj się, zobaczymy co można zrobić!

I pogalopował w nieznane mi knieje. Byłem już prawie spokojny o wynik jego łowów. I faktycznie, dwa dni później znalazłem się na dworcu głównym z biletem kolejowym do Szklarskiej Poręby, z pustą torbą w ręku imitującą bagaż, bo nie wypadało nie mieć drugiego odpowiedniego ubrania i bez nart oczywiście, skoro nigdy ich jeszcze nie widziałem z bliska. Okazało się, że Wacek był w komisji rozdzielającej wczasy i przechwycił przytomnie miejsce oswobodzone przez jakiegoś „oblanego” studenta, zanim wyższy szczebel zdążył się na nie rzucić.

Wiele lat później, opowiedział mi obrazek z pracy komisji, rozdzielającej miejsca na zimowe wczasy. Komisja składała się z przedstawicieli każdego roku, ze wszystkich wydziałów. Dawało to pokaźny tłumek, z którego każdy uczestnik miał przede wszystkim szczerą chęć przyznać samemu sobie miejsca na wczasy, na które złożył wcześniej podanie, niż bić się o wczasy dla innych. Wacek, będąc nowym członkiem tego zgromadzenia wzajemnej samopomocy, postanowił dać szansę nieobecnym kandydatom. Po otwarciu narady poprosił o chwilę uwagi, wziął ogromny stos podań piętrzący się na stole i grzebiąc w nim wyciągnął swoje własne podanie. Podniósł je tryumfalnie w górę i… po prostu je podarł, oświadczając spokojnie zaskoczonym współzebranym:

- Koledzy, teraz jestem gotów do obiektywnego rozpatrzenia podań kandydatów, których interesy reprezentuję. Myślę, że wszyscy tu obecni są tego samego zdania.

 Podobno w mroźnej, jakby to już na omawianych wczasach, ciszy nikt mu nie bił brawo, lecz nikt też nie miał już śmiałości uzasadniać przed wszystkimi swojej własnej kandydatury. Tak, Wacek był bezinteresowny! Ale nie był wcale altruistą, bowiem w momencie tego szlachetnego skądinąd gestu, wiedział, że miał już miejsce na wczasach, przyznane mu przez zarząd uczelniany ZSP, za zasługi w pracy społecznej.

Moja wczasowa podróż do Szklarskiej nie przypominała w niczym, ale to absolutnie w niczym, mojej wyprawy z tego samego dworca, która miała miejsce zaledwie 4 lata wcześniej. Pobyt w pięknym pensjonacie, otoczonym ośnieżonymi drzewami, a wszystko to położone w błyszczących od śniegu i słońca górach, był dla mnie niezapomniany. Komfortowa bezczynność, pożywienie wykwintne, łóżko wygodne, czysta pościel, gry i zabawy wieczorem na wspólnej sali, nawet nie musiałem się szczypać, by stwierdzić, że to nie był sen. A może był to naprawdę przedsmak tej „świetlanej”, która miała przyjść i o którą walczył niestrudzenie nasz rząd ludowy, pod kierownictwem partii i genialnego „ojca narodów”?

Ach! Kalinka, Kalinka, Kalinka maja!