Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Pierwsza sesja egzaminacyjna zaczęła się w połowie stycznia i miała trwać około dwóch tygodni. Normalnie egzamin z jakiegoś przedmiotu składał się z dwóch części, egzaminu z teorii, zwykle ustnego i zdawanego przed profesorem, oraz zaliczenia z ćwiczeń, które było pisemne i zdawane przed asystentami. Z egzaminu pisemnego byli zwalniani z reguły studenci, których średnia ocena z ćwiczeń w ciągu semestru była powyżej czwórki. Niezaliczenie ćwiczeń nie pozwalało na zdawanie egzaminu ustnego z teorii. Oceny otrzymane na egzaminie wpisywane były przez egzaminatora do książeczki studenta, zwanej indeksem, i równolegle, do listy egzaminacyjnej odsyłanej bezpośrednio do dziekanatu. Indeks z ocenami, złożony po zakończeniu sesji egzaminacyjnej również w dziekanacie, był podstawą do otrzymania zaliczenia semestru czy roku. W jednej sesji jednak można było „oblać”, czyli nie zaliczyć, maksymalnie dwa przedmioty. Ale jeśli w dodatkowym terminie, generalnie jednego miesiąca, choć jeden z nich nie został zaliczony, student automatycznie „wylatywał” ze studiów. Przypominam te zasady jedynie dla lepszego zrozumienia dalszego ciągu moich opowieści.

Oczywiście, w gorącym okresie przed sesją i w czasie egzaminów, nie było mowy bym mógł się zajmować sportem czy korepetycjami. Cała moja uwaga i pracowitość skupiona była na nauce. Naprawdę chciałem osiągnąć dobre rezultaty z egzaminów, tym bardziej, że miałem ku temu dwa ważne powody. Zdanie wszystkich egzaminów i zaliczenie ćwiczeń na czwórkę lub piątkę dawało ich posiadaczowi prawo do otrzymania tak zwanego stypendium naukowego i, jeśli nie pochodził z Warszawy, do priorytetowego zakwaterowania w akademiku. To był mój cel do osiągnięcia w pierwszej sesji egzaminacyjnej i nie chciałem marzyć o niczym więcej! Ta perspektywa była dla mnie tak przyciągająca, że mogłem jej poświęcić, bez żalu, moje ulubione przyjemności czy mniej ulubione obowiązki.

Pierwszy warunek mieć na koniec sesji w indeksie tylko oceny dobre i bardzo dobre, dopełniłem bez „wpadki”. Spełnienie drugiego warunku, przyznanie rekompensaty nie zależało już ode mnie, ale od dziekanatu. Toteż składając indeks, wyobrażałem sobie panią Elwirę jak przy jego zwrocie po wpisaniu w nim zaliczenia semestru, powie mi z uśmiechem: „Gratuluję stypendium naukowego i akademika. Brawo!”, tak jak kiedyś, przy składaniu moich dokumentów na przyjęcie na studia. Oczekiwanie moje nie było długie, gdyż rzeczywiście zostałem wezwany do dziekanatu, ale nie po odbiór indeksu tylko na rozmowę z dziekanem, profesorem Rytlem. Tym bardziej byłem dumny, że sam dziekan zaanonsuje mi obie tak ważne nowiny i na wszelki wypadek, przemyślałem sobie jakiej formuły użyć, by mu za nie podziękować. Co tu mówić, byłem bardzo zadowolony, że mimo przeciwieństw znów dopiąłem swego!

Stawiłem się więc w dziekanacie na spotkanie o oznaczonej porze i ze zrozumiałą emocją czekałem by przekroczyć próg pokoju dziekana. Nic dziwnego, to po raz pierwszy spotykał mnie taki zaszczyt. Profesor Rytel odprowadzał do drzwi swojego gościa, a widząc mnie stojącego i kłaniającego mu się w pas, powiedział:

- Chyba się nie mylę, pewnie pan Pytlak

- Tak jest, panie profesorze, jestem Pytlak.

- Tak, to proszę do mnie.

Dziekan usiadł, wziął jakiś dokument i patrząc na mnie spod oka powiedział:

- No cóż, panie Pytlak, muszę przekazać panu złą wiadomość. Musimy skreślić pana z listy naszych studentów.

Nie wiem, jaki widok zamienił żonę Lota w słup kamiennej soli, ale wiem, że ja słysząc jego słowa, dosłownie skamieniałem. Boże! Moja kartoteka! – przemknęło mi przez głowę. Z kamiennej soli kolana zamieniły się nagle w miękki zginający się kauczuk. Oparłem się dwiema rękami o stół, usiłując zapanować nad moim przerażeniem.

- Panie profesorze, Jak to…, Dlaczego…, Przecież ja… Nie mogłem sklecić nawet jednego zdania.

- No, panie Pytlak, pan jeszcze mnie pyta, dlaczego? Przecież to oczywiste, z pięcioma dwójkami jest pan skreślony z listy!

Świat, który się kręcił wokół mnie nagle powrócił do normalnego położenia. To nie kartoteka! Powoli przytomniałem.

- Panie profesorze, zaszła tu jakaś pomyłka, przecież ja mam w indeksie tylko czwórki i piątki!

Tym razem profesor wydał się zaskoczony.

- Jak to, przecież ja mam listę z ocenami przed oczami i tu jest wyraźnie napisane –Pytlak Zdzisław, pięć dwójek!

Uff, odetchnąłem ostatecznie.

- Moje imię jest Ryszard, a nie Zdzisław, panie profesorze! To nie ten Pytlak. Rzeczywiście, na wydziale było nas dwóch Pytlaków, a Zdzisław był w innej grupie. Widocznie pani Elwira podświadomie zapamiętała sobie moją osobę i widząc nazwisko do wezwania, wezwała po prostu mnie. Po wyjaśnieniu powstałego „qui pro quo”, dziekan trochę zażenowany przeprosił mnie za chwilę emocji, którą niechcący mi zgotował. Od tej pory odnosił się do mnie bardzo serdecznie i jeśli przy jakiejś okazji mnie spotykał, zawsze miał dla mnie kilka miłych słów.

I znów szczęście, a może Fortuna, ta przez duże F, uśmiechnęła się do mnie. Tym razem nie był to półuśmiech politowania, lecz szczery, szeroki, rozjaśniający wszystko dookoła. Mój indeks był nieskażony żadną trójką i piątki były tam w większości. Toteż zgodnie z obowiązującym regulaminem, a może i tradycją, na następny semestr zostało mi przyznane stypendium naukowe i miejsce na 8 piętrze akademika przy ulicy Akademickiej, w pokoju numer 819! Nareszcie będę mógł się uczyć normalnie, kłaść się spać i wstawać w normalnych warunkach higieny. Dzięki również bogini Fortunie moja sytuacja finansowa poprawiała się z dnia na dzień.

Wkrótce bowiem, na wiosnę 1953 roku zostałem powołany do kadry siatkarskiej przy Centralnej Radzie Związków Zawodowych. I ten zaszczyt sportowy miał również swoją wymowę pieniężną w postaci „kadrowego”, wypłacanego mi regularnie co miesiąc. Nawet i kierownictwo „Spójni”, mając prawdopodobnie dosyć widoku szkieletu obciągniętego skórą i miotającego się po boisku lub padającego z hukiem kości w czasie meczu, doszło do wniosku, że należy mnie „umięśnić” i wydzielało mi szczodrze co miesięczną sumę na tak zwane dożywianie. Z biedaka uczęszczającego do barów mlecznych, przedzierzgnąłem się nagle w „nababa”, który już nie będzie szukał wybiegów, by nie pójść z kolegami do kawiarni na wspaniały torcik Marcello (a może dwa) z galaretką owocową, lodami i szklanką herbaty – „Tylko z podwójną porcją cytryny, proszę pani”. Dodam, że cytryny były nieosiągalne w sklepach, a te dodawane do herbaty zwiększały jej cenę chyba dwa razy.

Zrobiłem bilans moich dochodów. Był naprawdę imponujący! Stypendium naukowe wynosiło 570 złotych i było dwa razy wyższe niż stypendium normalne. Kadrowe ze związków – 400, dożywianie ze „Spójni” – 250. Razem otrzymywałem więc miesiąc w miesiąc 1220 złotych, więcej niż zarabiał mój ojciec, dużo więcej niż asystent na uczelni, który musiał zadowolić się maksymalnym zarobkiem 960 złotych. Koniec z korepetycjami i więcej czasu na treningi! Dziękuję bardzo pani Fortuno, za taką szczodrość!! Mimo że ta sytuacja nie trwała długo, na razie byłem „u góry”. Chyba od tej pory, z wyjątkiem bardzo krótkiego okresu na początku mojego pobytu we Francji, i biorąc pod uwagę moje potrzeby, nie miałem już więcej problemu pieniężnego.