Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Dwa przedmioty na politechnice, a więc i na naszym roku, odbiegały zdecydowanie od tradycyjnego schematu wykładów. Były to katedry studium wojskowego i marksizmu-leninizmu, obsługujące wszystkie wydziały na politechnice, mające swoje specjalne prawa i wtedy arcyważne dla losów studenta w czasie jego studiów.

W Polsce powojennej lata 1948–1955 były na pewno latami najtrudniejszymi. Był to okres nazywany później stalinowskim, gdzie pod pretekstem walki klasowej, umocnienia zrębów socjalizmu i nieustannego zagrożenia obozu socjalistycznego przez imperializm, prześladowano, a czasami i eliminowano ludzi niewygodnych, których często jedynym błędem było, że nie „przedzierzgnęli” się wcześniej w komunistów. W tych warunkach przygotowanie wojskowe i praca ideologiczna wśród młodzieży były kamieniem węgielnym nowego systemu i ich wypełnienie w czasie studiów nabierało niezwykle ważnego znaczenia. W owej więc epoce wszyscy studenci politechniki przechodzili obowiązkowe szkolenie wojskowe w czasie studiów, a na ich zakończenie otrzymywali stopień podporucznika. W następnych latach obowiązani byli spędzić dodatkowe trzy miesiące w szkole oficerskiej i następnie trzy miesiące na poligonie we wskazanej jednostce wojskowej. W wyniku tej edukacji otrzymywali stopień porucznika i kariera wojskowa rezerwisty stawała przed nimi otworem.

Jak wszyscy wiedzą, lub się dowiedzą teraz, studium wojskowe na wydziale miało miejsce raz na dwa tygodnie i trwało od godziny 7 rano do 19 wieczorem, czyli 12 godzin z przerwą godzinną na obiad. I tak przez trzy i pół roku, czyli praktycznie przez prawie całe studia. Żadne zwolnienia lekarskie z przyczyn niedyspozycji studenta nie były honorowane, jeśli nie były wystawione przez lekarza uznanego przez wydział wojskowy. Nie muszę dodawać, że kolejki w poczekalni u dyżurnego lekarza w suterenie politechniki były bardzo długie, ale sama wizyta była odwrotnie proporcjonalnie – krótka. Poniżej 37,5° a nawet 38° nie było mowy o niedyspozycji zdrowotnej. Natomiast nieprzyjście na zajęcia mogło być potraktowane jako próba osłabienia naszej gotowości do obrony osiągnięć socjalizmu i tu na nowo pojawiała się realna groźba przesłania opornego studenta „manu militari” do służby wojskowej normalnej, trwającej od dwóch do trzech lat. To było oczywiście paradoksalne, ale studium wojskowe było bardzo, bardzo ważną katedrą. Nawet oficjalnie mówiło się, że nie studium jest przy politechnice, ale politechnika jest przy studium wojskowym.

Jeden z kolegów, rodzaj majsterklepki, wymyślił mały przyrząd, który pozwoliłby mu w czasie wizyty u lekarza uznanego przez studium wojskowe, „dobić” na termometrze swoją temperaturę ciała do niezbędnego minimum zwolnieniowego. Przyrząd był bardzo prosty, bateryjka zasilała mały opornik w postaci gilzy, który po włączeniu w obwód podgrzewał otwór przewidziany na włożenie końcówki termometru z rtęcią. Gilza była umieszczona pod pachą kandydata do zwolnienia. Wystarczyło tylko skalibrować precyzyjnie czas grzania termometru tak, aby wskaźnik doszedł do niezbędnej temperatury 37,5 °C. Proste jak koło, wystarczyło o tym pomyśleć. Mimo że Einstein udowodnił, że genialne odkrycie musi być proste, rozumowanie przeciwne, że rzecz prosta siłą rzeczy ma być genialna, nie zawsze było oczywiste. To też sprawa się „rypła”, gdy pewnego razu „chory” student nie zdążył przed oddaniem zweryfikować „nabitej” temperatury na termometrze, który nadmiernie podgrzany przekroczył 42°C, uważane generalnie za początek śmierci klinicznej.

Zajęcia w dniach wojskowych były dwóch typów, albo teoretyczne w salach politechniki, albo w terenie na Polach Mokotowskich, przy Czerniakowskiej lub na Młocinach. Przerabianie w terenie tematu „drużyna w różnych fazach walki” było niezwykle uciążliwe w przypadku złej pogody szczególnie dla mnie. Zmoczony, zmarznięty, nie mając innego ubrania do zmiany, przedstawiałem sobą „obraz nędzy i rozpaczy” wracając o 19 do któregoś z moich prowizorycznych mieszkań. Mimo to nie przypominam sobie bym kiedykolwiek chorował, czasami jakiś katar bez znaczenia i to wszystko. Widocznie, jak lubiła powtarzać moja babcia: „Złego diabli nie wezmą, bo go mają w opiece”. Może.

Katedra marksizmu-leninizmu nie przetrwała polskiej odmiany „odwilży” roku 1956, sprowokowanej niechcąco przez towarzysza Chruszczowa, w momencie gdy chciał on jedynie zastąpić portrety zmarłego generalissimusa przez swoje własne, mniej wojskowe. Ale w roku 1953 zlodowaciały system nazwany komunizmem był w pełnym rozkwicie. Byliśmy szczęśliwi, że dane nam było żyć w systemie wymyślonym przez „genialnych myślicieli” Engelsa, Marksa, Lenina i który generalissimus Stalin nie tylko genialnie uzupełniał swymi ideami, ale również przetwarzał stalową swoją wolą w promienistą rzeczywistość. Dowodem prawdy, że to, co głosiły ogromne transparenty zawieszone na frontonach domów: „Genialne myśli towarzysza Stalina żyć będą wiecznie!”, niech będą dwa przykłady. Pojęcie „narodu” towarzysz Stalin określił: „Jest to grupa ludzi żyjąca na tym samym terytorium, mówiąca tym samym językiem i posługująca się tymi samymi środkami produkcji”, nie trzeba tu nic wyjaśniać, wszystko jest proste i zrozumiale. A określenie pojęcia „wolności” według towarzysza Stalina, o zdumiewająco prostej syntezie tego skądinąd trudnego problemu: „Wolność, jest to uświadomiona konieczność”. Tu wyjaśnię na przykładzie wziętym z życia codziennego: „Facet”, który „zamroczony” wychodząc z „Kameralnej” pogroził pięścią wiszącemu na Domu Partii transparentowi, budząc się rankiem w areszcie, mimo bolącej głowy uświadamiał sobie, że jego niezbędna izolacja była tylko uświadomioną formą jego wolności, poczuł się już znacznie lepiej. Ośmielę się tu dorzucić moje własne spostrzeżenie: materializm socjalistyczny uczył nas jak ulepszyć idee życia, podczas kiedy ideą kapitalizmu było jak ulepszyć życie materialnie.

Kusi mnie również myśl, by zróżnicować w moich opowieściach 50-letni okres polskiego socjalizmu. Wbrew pozorom nie był on monolitem, rozwijającym się stosownie do schematu teoretycznego, wydedukowanego przez zarośniętego Karola w mglistym spleenie londyńskich dni i nocy. Nie miał też surowej wyrazistości socjalizmu sowieckiego, mimo deklarowanych przy każdej oficjalnej okazji, że: „Nasza partia idzie wiernie śladami wielkiej leninowsko-stalinowskiej partii ZSRR”. W moim pojęciu polski socjalizm odróżniał się bardzo od tych dwóch protoplastów, a w czasie swojego istnienia przeszedł przez trzy okresy różniące się znacznie między sobą. Pierwszy okres – „prymitywy” od 1947 do 1955 roku, kiedy importowana doktryna była jedyną siłą i żaden inny sposób myślenia był nie do pomyślenia. Drugi okres – „tłustych krów” trwający od 1956 do 1976, gdzie idea marksizmu rygorystycznego współistniała i akceptowała formy ekonomiczne przenikające z Zachodu. Trzeci okres – „głodu i bezładu” od roku 1977 aż do wywrotki statuetki „krwawego Feliksa”, gdy barka socjalizmu z ostatnim szwadronem wiernych, zapinających na wszelki wypadek pasy ratunkowe z napisem „liberalny demokrata”, walcząc z burzącym się żywiołem, nabierała ze wszystkich stron wody, mimo rozpaczliwych wysiłków, by zatkać cieknące dziury.

Ale w roku akademickim 1952/53 katedra marksizmu-leninizmu była u szczytu swojego rozwoju i swego znaczenia. Dowodził nią sprężyście kierownik katedry towarzysz profesor Berler, otoczony gronem profesorów, doktorów i asystentów. Na pewno była to najliczniejsza ekipa wykładowców na politechnice. Na naszym wydziale trudna praca ideologiczna była prowadzona przez dwóch profesorów Kaca i Szuberta, którzy z całą niezbędną surowością wymagali obecności na wykładach, na ćwiczeniach i oryginalności w komentowaniu tez wybranych z dzieł wielkiego Lenina i jemu podobnych. Teorie budowy socjalizmu i przekształcenie go w komunizm znałem jak palce u moich rąk. I nie tylko. Nie była mi obca żadna ze sprzeczności kapitalizmu ani imperializmu, który jak nam dowiedli wielcy myśliciele, był ostatnią i najgorszą, bo „gnijącą” jego formą. Znałem na pamięć ilości bezrobotnych w krajach kapitalistycznych i walkę o godność czarnych w Ameryce. Pamiętałem cyfry, ale nie mogłem sobie wyobrazić ich realnego znaczenia, przedstawiające miliardy majątku banku watykańskiego, które nie służyły żadną pomocą klasie robotniczej. Wiedziałem, że mieliśmy okresowe przemijające trudności, lecz że w perspektywie, niedalekiej zresztą, świetlana przyszłość będzie nas czekała. A w ogóle to miałem z tego przedmiotu piątkę i na pewno na nią zasługiwałem.

Dodam, wyprzedzając trochę zdarzenia, by skompletować obraz tych ideologicznie ważnych czasów, że podczas akademii poświęconej świetlanej pamięci towarzysza Stalina, która miała miejsce tuż po jego śmierci w auli gmachu głównego, katedra marksizmu nadawała ton całej tej żałobnej uroczystości. Aula i krużganki na piętrach były przepełnione. Z pewnością wszyscy studenci byli tam obecni, a ja między nimi ściśnięty przez milczący ze wzruszenia tłum osób, wpatrywałem się z nabożeństwem w grupę zebraną na dobrze widocznym ze wszystkich miejsc podium. Katedralny zespół stał tam w komplecie. Przy mównicy towarzysz profesor Berler odczytywał pogrzebowe orędzie, bardzo dobrze ujęte. Niestety, zrozumiałe wzruszenie i momenty szczerego płaczu przerywały mu często lekturę i jasność odbieranego przez słuchających tekstu wiele na tym cierpiała. Za nim w głębi, profesorowie w szeregu, z rozwiniętymi na skrzydłach podium asystentami, wszyscy ubrani w czarne kostiumy z czerwonymi krawatami, z trudem wstrzymywali się od łez. Tylko od czasu do czasu jakaś ręka z chusteczką, podniesioną dyskretnie do oczu świadczyła o dramatycznej emocji w gromadce. Byłem przerażony, gdy ktoś obok mnie szepnął: „Jednego sukinsyna mniej!” Ale widocznie, też sam się przestraszył tego, co usłyszał od siebie, bo szybko „wyparował”, znikając w tłumie.

Później, podczas letniej sesji w 1956 roku nasz wydział odmówił zdawania egzaminu z marksizmu-leninizmu, a wkrótce potem pan, były towarzysz, profesor zwyczajny Berler wyjechał do Kanady, poprosił tam o azyl i otworzył kapitalistyczne przedsiębiorstwo handlu futrami. Tak przynajmniej o tym mówiono na politechnice.