Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Bardzo szybko, bo już na początku roku akademickiego pojawiły się u mnie znowu problemy finansowe. Studia na politechnice były oczywiście bezpłatne, ale w moim wypadku na wszystko pozostałe musiałem mieć pieniądze. Na jedzenie nie wydawałem dużo, gdyż żyłem bardzo ekonomicznie, korzystając najczęściej z barów mlecznych dla zjedzenia czegoś gorącego, a resztę pożywienia „opędzałem” chlebem, masłem, kiełbasą lub kaszanką i owocami. Trochę to było monotonne, ale też nigdy nie byłem głodny. Natomiast wydatki na podręczniki, pomoce do nauki, przejazdy i inne niezbędne zakupy były nie zawsze możliwe w moich warunkach do zrealizowania.

Dawanie korepetycji w ciągu dnia dla uczniów jak dawniej w szkole było praktycznie niemożliwe, a poza tym straciłem z nimi kontakt. Uczelnia wymagała teraz dużo czasu. W pierwszym semestrze mieliśmy 49 godzin zajęć programowych na wykłady i ćwiczenia, rozłożonych w 6 dniach tygodnia. Dodając do tego czas poświęcony na własną naukę, przejazdy i treningi, które stały się dla mnie nieodzowne, nie miałem już dużo wolnych okienek na pracę zarobkową. Wszystkie zajęcia były obowiązkowe, a listy obecnych były składane do dziekanatu, który w przypadku dwóch nieusprawiedliwionych nieobecności wzywał delikwenta na poważną rozmowę. Będąc starostą grupy, codziennie po wykładach byłem obowiązany zanieść listy obecności do dziekanatu, co zresztą wypełniałem skrupulatnie. Brak dokumentu usprawiedliwiającego mógł się skończyć „wylaniem” ze studiów. Przypadki absencji na wykładach były zaliczane do szkodliwego ze wszech miar „bumelanctwa” w pracy, bowiem oficjalnym zadaniem uczelni było nie tylko uczyć, ale również wychować nowy typ specjalisty, z wpojoną mu socjalistyczną dyscypliną.

Mimo tych obowiązków trudnych do „przeskoczenia” było dla mnie oczywiste, że bez korepetycji długo „nie pociągnę”. Korzystając, że kilku moich kolegów ze szkoły pracowało na Żeraniu, poprosiłem ich o wywieszenie w fabryce, na tablicach ogłoszeniowych, że: „Student Politechniki Warszawskiej udzieli pomocy z matematyki, fizyki, mechaniki i chemii w przygotowaniu do egzaminów inżynierskich. Praca tylko w godzinach wieczornych”.

Była wtedy prowadzona w fabrykach akcja awansu dla tych z kadry technicznej, którzy z jakichś przyczyn nie mieli ukończonych studiów inżynierskich. Polegało to na tym, że osoby zainteresowane otrzymywały program nauki do przerobienia w domu i na koniec każdego roku szkolnego mogły zdawać specjalny egzamin, a przy pozytywnym jego wyniku, wręczano im dyplom inżyniera produkcji. To nie miało nic wspólnego z wieczorowymi, wieloletnimi studiami, w wyniku których absolwent otrzymywał normalny tytuł inżyniera, taki jak po ukończeniu studiów dziennych. Dla wielu osób pracujących, które dawno już opuściły ławy szkolne, była to jedyna i niezbyt trudna droga do otrzymania wymarzonego tytułu inżyniera. Ja właśnie adresowałem moją ofertę do tych kandydatów, którym przygotowanie się samemu do egzaminu, bez kompetentnej pomocy, nie zawsze było możliwe.

W połowie listopada miałem już dwóch „produkcyjniaków” gotowych płacić mi za pomoc w przyswojeniu im magicznych formuł i sposobów ich użycia do odpowiedzi na trudne pytania, jak na przykład takie: „Jedna cegła waży kilo i pól cegły. Ile kilo ważą dwie cegły?” Danie dobrej odpowiedzi w ciągu 30 sekund stawało się dla niektórych rozwiązaniem poważnego problemu matematycznego. Nie mówiąc już o problemie ślimaka, który w dzień wspinał się na drzewo z jakąś tam szybkością, po to, aby nocą schodzić, nie wiadomo po co z mniejszą i tak w kółko Macieju, aż do osiągnięcia wierzchołka drzewa. Obliczenie tego czasu, nie mającego absolutnie żadnego znaczenia dla ślimaka, nie zawsze było uwieńczone pozytywnym rezultatem. To mi wcale nie przeszkadzało po dwóch godzinach cierpliwych wyjaśnień, zainkasować od mego studenta niewielki, ale bardzo mi potrzebny materialny ekwiwalent mojego umysłowego wysiłku. Chciałbym tu tylko podkreślić, że wysoki poziom nauczania, a szczególnie matematyki, jaki mieliśmy w liceum pozwalał mi, mimo że to były początki wyższej matematyki, dawać sobie doskonale radę z problemami moich, znacznie starszych ode mnie uczniów.

Z codziennych rzeczy, z którymi miałem kłopoty był jeszcze problem ubraniowy. Brak stałej kwatery nie był elementem sprzyjającym do posiadania własnej szafy, gdzie mógłbym zgromadzić minimum niezbędnej garderoby na różne pory roku, nie mówiąc już o porach dnia. Ponieważ dysponowałem tylko pojedynczymi egzemplarzami noszonymi na sobie lub w teczce, więc prawie każdy dzień miałem pranie bielizny, która nie zawsze była już sucha w momencie, gdy musiałem ją ubrać. Obie koszule były z nylonu, bardzo wtedy w modzie, a ich największą zaletą było, że schły szybko i zawsze były jak świeżo prasowane. Dodawało to schludności mojemu zewnętrznemu wyglądowi. Bluzę i spodnie zmieniałem rzadko, tylko przy okazji wizyty u cioci, gdyż tam trzymałem moją walizkę, co pozwalało niektórym łatwiej mnie rozpoznać, wśród masy bezimiennych studentów.

Koniec roku kalendarzowego zbliżał się szybko, a z nim okres wzmożonego przygotowania do zaczynającej się w styczniu pierwszej sesji egzaminacyjnej. W odróżnieniu od szkoły, gdzie egzaminy końcowe dotyczyły tylko materiałów przerabianych na lekcjach, wykłady na studiach przekazywały bazę tematu z niezbędną ilością szczegółów, którą należało rozwinąć w czasie ćwiczeń i uzupełnić swoją pracą na podstawie książek podawanych w bibliografii wykładu. Wymagało to nie tylko pracy w domu, ale i częstych posiedzeń w bibliotece, gdyż wiele z wymienionych dzieł można było znaleźć i studiować jedynie tam, na miejscu.