Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Wykłady dla nowo przyjętych studentów miały rozpocząć się nietypowo pierwszego września, podczas gdy normalny rok akademicki na politechnice zaczynał się miesiąc później. Toteż w końcu lipca, gdy tylko w holu wejściowym budynku głównego wywieszono tablice z nazwiskami, byłem jednym z wielu przepychających się w tłumie do ich lektury.

Listy były trzy. Na pierwszej, zawierającej nazwiska przyjętych na studia, odnalazłem się bardzo łatwo, gdyż jako jeden z nielicznych zostałem przyjęty na Wydział Mechaniczno-Konstrukcyjny bez egzaminów. Druga lista zawierała nazwiska tych, którym przyznano stypendia na pierwszy semestr nauki. Mimo kilkakrotnego jej przeglądu, a była ona długa i niemal taka jak lista przyjętych, nie doszukałem się swojego nazwiska. Nie odnalazłem również siebie na trzeciej liście, z nazwiskami tych, którym przyznano miejsca w akademiku. Zdziwiło mnie to, ale specjalnie nie zaniepokoiło, gdyż w moim przekonaniu dyplom przodownika był tak ważny, że zapewniał również prawo do stypendium i akademika. Tym bardziej, że zarobek mojego ojca rozdzielony na cztery osoby był niższy od maksymalnej sumy uprawniającej do otrzymania stypendium, a fakt, że rodzice mieszkali daleko od Warszawy, sam w sobie dawał bezsporne prawo do miejsca w akademiku.

Mając nadzieję, że zaszła tu jakaś pomyłka, ponownie poszedłem do dziekanatu, tym razem już jako student. Pani Elwira, wysłuchawszy mnie uważnie, odesłała do biura spraw studenckich, radząc wyjaśnić tę pomyłkę bezpośrednio z nimi, jako że oni przygotowywali „in fine” listy „obdarowanych” studentów. Odpowiedź, jaką tam usłyszałem od sekretarki po krótkiej konsultacji mojej „teczki”, była jednoznaczna i nadal nieprzyjemna.

- Żałuję, ale nazwiska kolegi nie ma na listach stypendystów i „zasiedlonych”. Widocznie komisja uznała, że kolega nie spełnił wymaganych kryteriów dla ich otrzymania.

Koniec, kropka. Mój sen o ludziach szczęśliwych zakończył się przeraźliwie szybko. Nie miałem już wątpliwości, dziedziczna choroba opisana w mojej kartotece językiem dostępnym tylko dla wtajemniczonych, znów dała znać o sobie! Byłem naprawdę wstrząśnięty tym, co mnie spotykało. Dlaczego ja? Dlaczego znowu ja? Usiadłem w pobliskim nowym i bardzo uczęszczanym barze mlecznym przy Marszałkowskiej, obok równie nowego placu Konstytucji, aby już na spokojnie przemyśleć również moją nową sytuację.

Pierwszy problem, pieniądze. Byłem absolutnie zdecydowany nie korzystać z żadnej pomocy pieniężnej z domu, mimo że rodzice z pewnością podzieliliby się ze mną tym, co mieli. Nie, ambicja nakazywała mi zostać samowystarczalnym. Korepetycje. Tak, to była dla mnie jedyna droga zapewniająca samowystarczalność, ale tu musiałem liczyć się, że teraz będę zmuszony poświęcić więcej czasu na naukę, niż poprzednio w szkole. Również treningi w klubie zabierały coraz więcej czasu, gdyż bardzo chciałem ulepszać dalej moją grę w siatkówkę. Pomimo to byłem przekonany, że problem pieniężny da się rozwiązać, po prostu zwiększy on moje obowiązki, a tego się nie bałem.

Pozostał problem mieszkania. U cioci mieszkać dłużej nie mogłem, a zresztą nie chciałem. Tym bardziej, żeby zaoszczędzić troski rodzicom powiedziałem już w domu, że akademik został mi przyznany i od pierwszego dnia studiów będę dysponował, niczym hrabia Kokos, własnym pokojem lub, w najgorszym razie, pokojem dla dwóch. Mama dała mi nawet na początek zestaw kuchenny w postaci garnka do gotowania, talerza, garnuszka i sztućców, tak abym w razie potrzeby mógł „pichcić” posiłki w akademiku. Myśląc i rozpatrując różne możliwości, nie znalazłem żadnego wyjścia, które by w mojej sytuacji było do przyjęcia. W końcu znalazłem jedno, choć właściwie trudno było je nazwać rozwiązaniem problemu.