Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Zaczynając trzecią klasę czułem się w szkole jak u siebie, jak w miejscu, gdzie było mi dobrze. Zajęcia i korepetycje były dla mnie „normalką” i szły mi bez trudu. Partia i rząd ogłosiły dekretem, że analfabetyzm został wykorzeniony na naszej rodzimej glebie (ale trochę z moją pomocą), co oznaczało dla mnie, że będę miał więcej wolnego czasu. Stało się to w odpowiednim momencie, gdyż nowa pasja do siatkówki zaczęła radykalnie zmieniać mój program zajęć tygodniowych.

Częste treningi w „Spójni” latem, a w pozostałe miesiące w salach sportowych, dały mi dobrą bazę techniczną i mój poziom gry zaczął się zdecydowanie podnosić. Nie miałem jeszcze miejsca w reprezentacji „Spójni”, ale wyróżniałem się już grą pomiędzy innymi. Trzeba trafu, że z okazji mistrzostw związków zawodowych ekipa siatkówki z Żerania poszukiwała dobrych graczy z zewnątrz. Przypadkowo poszedłem na ich trening prowadzony przez dobrego wtedy gracza Henia Lenkiewicza, zwanego „Gumą” z powodu swej giętkości, który znał mnie trochę z gier na plaży miejskiej. Trening udał się dobrze i Guma zaproponował mi miejsce w składzie drużyny w nadchodzących rozgrywkach o związkowe mistrzostwo Polski. Satysfakcja moja była ogromna, wreszcie miałem szansę zobaczyć i nie tylko zobaczyć grę w siatkówkę z boiska, a nie tylko z ławki rezerwowych. Drużyna Żerania była „zlepiona” z graczy z różnych klubów, mających jakiś tam związek, bliski lub daleki z fabryką, a zadaniem Gumy było doprowadzić ich do wspólnej, poprawnej gry. Treningi przygotowawcze do mistrzostw odbywały się w nowo otwartej hali sportowej Gwardii, architektonicznej bliźniaczki targowiska – Hali Mirowskiej.

Nadszedł wreszcie czas na pierwsze mecze eliminacyjne. Wylosowaliśmy grupę ćwierćfinałową, której rozgrywki miały się odbyć w Lublinie. Pamiętam, z jakim przejęciem wsiadałem do jednego z kilku samochodów marki „Warszawa”, które fabryka dała nam do dyspozycji na wyjazd do Lublina. Były to zresztą jedne z pierwszych egzemplarzy wyprodukowanych w nowo otwartej FSO. W eliminacjach lubelskich zajęliśmy pierwsze miejsce i ja chyba moją poprawną grą trochę się do tego przyczyniłem. Wkrótce potem zdobyliśmy drugie miejsce w grupie półfinałowej w Warszawie, co nam nie przeszkodziło wejść do finału, ponieważ wchodziły do niego po dwie drużyny z każdej grupy. Finały w Gwardii miały już oddźwięk w centralnej prasie, jak „Trybuna”, i liczni widzowie przychodzili asystować na każdy z meczów finałowych Wygrywała drużyna, która odniosła najwięcej zwycięstw w rozgrywanych meczach, gdzie zespoły grały każdy z każdym. W rozgrywkach finałowych zajęliśmy drugie miejsce, natomiast ja zdobyłem dzięki tym mistrzostwom moje pierwsze „ostrogi” gracza.

Od tego momentu aż do końca 1974 roku, czyli podczas 23 lat, z czego 8 lat we Francji, gra w siatkówkę była częścią składową mojego życia. Jestem głęboko przekonany, że dzięki siatkówce, a raczej dzięki uprawianiu sportu zespołowego, przyswoiłem sobie kilka cech, które potem wiele mi pomogły na różnych etapach mojego życia. Z tych cech wyróżniłbym trzy, które moim zdaniem są najważniejsze. Zaufanie, że cel postawiony będzie zrealizowany; wytrwałość, że mimo niepowodzeń drogę zaczętą do celu należy kontynuować; wolę zwycięstwa, że im więcej przeciwieństw spotyka się na drodze, tym bardziej rośnie wola ich pokonania. Myślę, że te cechy wynikają z pozytywistycznej postawy wobec życia, którą ja nazywam optymizmem. Tak, to właśnie sport nauczył mnie optymizmu, który pozwalał i pozwala mi nadal wierzyć, że każdy rozumny cel jest do osiągnięcia i że dla każdego problemu można znaleźć poprawne rozwiązanie.

Powoli zaczynał przybliżać się bardziej nerwowy okres, okres przygotowań do matury. Więcej czasu musiałem poświęcać na naukę. Poza lekcjami, spotykaliśmy się więc z kilkoma kolegami, aby powtarzać całość wykładów i ćwiczeń z przedmiotów egzaminacyjnych na maturze. Zajmowało mi to coraz więcej i więcej wolnego czasu. Co mnie zdumiewało podczas tych repetycji, to możliwości mojej pamięci wzrokowej. Po przeczytaniu jakiegoś rozdziału czy przerobieniu jakiegoś ćwiczenia z przedmiotów ścisłych wystarczyło mi zamknąć oczy, by widzieć obraz fotograficzny odkrywających się kartek, z których mogłem prawie czytać zawarte tam notatki. Ta zdolność była mi przydatna i później, gdy nie mając wystarczająco czasu na przyswojenie przedmiotu pamięciowo, musiałem zdawać egzaminy jedynie po szybkim przewertowaniu notatek lekcyjnych. Niestety, ta pamięć wzrokowa nie była długotrwała. Po kilku dniach „gumka czasu” całkowicie wycierała z pamięci zarejestrowane tam fotografie. W czasie tych powtórzeń przygotowywaliśmy krótkie konspekty, streszczające ważniejsze partie przedmiotu, które zapisywaliśmy jak najmniejszymi literami, na wąskich kartkach papieru. Nie były to „ściągi” w ścisłym tego słowa znaczeniu, bo było ich dużo, ale pozwalały nam, jak już nadejdzie decydująca chwila, rzucić raz jeszcze okiem na najważniejsze tezy przedmiotu egzaminacyjnego.

Szczególnie lubiłem uczyć się z dwoma kolegami z klasy: Leszkiem Matczukiem i Januszem Sadownikiem. Pierwszy z nich mieszkał na Kole, w dzielnicy znajdującej się w tym czasie na skraju Warszawy. Jeździłem do niego często, gdyż miał lepsze niż ja warunki do nauki w domu, a mianowicie dysponował swoim pokojem. Jak było ciepło, chodziliśmy uczyć się do pobliskiego lasku, zwanego przez nas „małpim gajem”. Tam rozkładając kawałek koca na piasku, „wkuwaliśmy” ile się dało opisy, formuły, zadania…. Choć w zasadzie to miejsce było spokojne i mogliśmy uczyć się bez przeszkód, bywały momenty, że musieliśmy zwijać naszą bazę szkoleniową i nie zwlekając, zostawiać teren wolnym dla nadchodzącej grupy „podchmielonych” lub dobrze pijanych „myślicieli”. Ci bowiem też lubili rozmyślać na łonie przyrody, a jako starsi od nas mieli bezspornie większe prawo do wyboru miejsca. Najczęściej byli to tak zwani „bumelanci”, którzy zamiast pójść do pracy, woleli spędzić czas w miejscu bardziej bezstresowym, wypróżniając butelki z płynną odżywką, która – sprzedawana bez recepty w sklepach monopolowych – miała właściwość rozjaśniania umysłu i zmniejszania napięcia nerwowego. Nasza studiująca obecność wywoływała u nich nieodpartą chęć przekazania nam filozoficznych spostrzeżeń, na pewno przydatnych młodym ludziom u progu życia zawodowego. Mieliśmy jednak problem ze zrozumieniem ich,, bo jak przystało filozofom, używali „łaciny podwórkowej” bardzo skondensowanej, składającej się z zaledwie 4, no, może 6 słów. W związku z tym ich wyrażenia typu: k…. t…. m.., mogły być alegorią filozoficznego wyrażenia „panta rei”, lub „homo homini lupus”. Dlatego, by uniknąć fałszywych interpretacji ich myśli, które mogłyby doprowadzić do spotkań gladiatorów bez odpowiedniej areny, woleliśmy „postawić żagiel i spłynąć”.

Drugi mój „kumpel” od wspólnego uczenia się, Janusz Sadownik, miał dwie zalety, które liczyły się w szkole: uczył się dobrze i, co było jeszcze ważniejsze, był sekretarzem komórki partyjnej, do której należało sporo uczniów z klas licealnych, mających powyżej 18 lat. Lubiłem go szczególnie za jego niefrasobliwość i uczynność. Wspólna nauka z nim była bardziej „wydajna”, gdyż szybciej przyswajaliśmy trudniejsze partie materiału, ale przygotowanie konspektów było równie powolne i pracochłonne jak z Leszkiem. Kiedyś, chyba jeszcze w drugiej klasie, rozmawialiśmy miedzy sobą o naszych projektach na przyszłość. Powiedziałem, że po ukończeniu liceum chciałbym kontynuować naukę i moim marzeniem jest ukończyć studia politechniczne i otrzymać dyplom inżyniera mechanika. Dodałem, że nie wiem, czy szkoła pozwoli mi złożyć dokumenty o przyjęcie na politechnikę. Odpowiedział mi pocieszająco: „Coś ty! Na pewno dostaniesz skierowanie. Twoimi ocenami i twoimi osiągnięciami w pracy społecznej pokazałeś, że jesteś z nami”. Odniosłem wtedy wrażenie, że chyba z racji swojej funkcji znał moją kartotekę. Ale ta rozmowa również uspokoiła mnie trochę, że moja kartoteka może nie będzie przeszkodą nie do przebycia.

Muszę tu wyjaśnić, że w owych „dawnych czasach” na wyższe studia nie mógł się dostać, kto chciał. Kandydat na studia, aby zostać przyjętym, musiał spełniać następujące warunki:

1 - otrzymać zezwolenie ze swojej szkoły na złożenie dokumentów na wybrane studia;   szkoła następnie kierowała jego osobistą kartotekę bezpośrednio na wybraną uczelnię,

2 - zdać przewidziane przez uczelnię egzaminy wstępne.

Jeśli te dwa podstawowe warunki były spełnione, to o przyjęciu kandydata decydowało            jeszcze:

3 - liczba miejsc wolnych na wybranym wydziale,

4 - liczba miejsc przewidzianych dla jego pochodzenia społecznego,

5 - obowiązkowe i imienne poparcie organizacji politycznych lub społecznych    znających kandydata,

6 - decyzja o przyjęciu na studia, podjęta przez komisję rekrutującą na wybranej przez niego uczelni.

Te sześć warunków mogło być pominiętych, jakby nigdy nie istniały i kandydat był przyjmowany automatycznie w dwóch wypadkach. W pierwszym, oficjalnym, gdy przyszły student przychodził z dyplomem przodownika nauki i pracy społecznej i w drugim, nieoficjalnym, ale równie skutecznym, gdy przyszły student miał dobre „plecy”. Dobre plecy oznaczały, że droga na studia kandydata została zbudowana na podstawie spotkań, rozmów telefonicznych, obietnic różnego rodzaju, a nawet nakazów, miedzy ważnymi i bardzo ważnymi „szczeblami” na wysokim poziomie urzędników państwa, co oznaczało partii.

W roku 1952 na studia w politechnice na wydział architektury było 25 kandydatów na jedno wolne miejsce, a na wydział mechaniczny, najliczniejszy, ale mniej modny, było ich 12. Zrozumiałe, że w tych warunkach na uczelnię dostawali się jedynie ci, których kartoteki nie zawierały jakichś „haków”, które nie zezwalały przekształcić kandydata w studenta, mimo zdanych egzaminów. W przeciwnym wypadku odpowiedź była jedna: „Kandydat zdał egzaminy, ale z powodu braku miejsc nie mógł zostać przyjęty. Może ubiegać się o przyjęcie w następnych latach”. Biedni rodzice, nie mający dobrych pleców, starali się „wepchnąć” młodą „latorośl” na studia drogą nieoficjalną, szukając jakiegokolwiek innego poparcia. Ponieważ był popyt na tego rodzaju usługi, więc nic dziwnego, że pojawiła się również podaż, najczęściej w postaci konfidencjonalnych informacji, że jest „ktoś, kto może te sprawę załatwić”. Znałem następujący przypadek.

Pewien asystent, mający dostęp do wyników egzaminów i do decyzji komisji rekrutującej wcześniej, niż były one ogłoszone oficjalnie, przesyłał „pantoflową pocztą” wiadomość rodzicom w potrzebie, że jest właśnie tym „kimś, kto może”. Jego propozycja była prosta i uczciwa: za sumę równą 4-miesięcznej pensji „załatwiał” przyjęcie kandydata na studia. W przypadku, gdy kandydat nie zdał egzaminu lub po zdaniu egzaminu nie został przyjęty z powodu ważnego i niemożliwego do przeskoczenia, zwracał całkowicie wpłacony haracz, nie bacząc na swoje koszty. Interes funkcjonował dosyć dobrze, gdyż pomiędzy kandydatami, których rodzice wpłacili „dolę”, zawsze jakiś tam kandydat zostawał przyjęty na studia bez żadnych „podpórek”. Przedsiębiorczy asystent wiedząc o tym wcześniej, komunikował rodzicom wspaniałą wiadomość, inkasując już bez dalszych skrupułów wpłaconą „mannę”. Zdaje mi się, że wpadł, gdy swoją inwencję artysty-rękodzielnika, usiłował przekształcić w inwencję ogólnie dostępną szerokim masom rodzicielskim, szukającym rozpaczliwie jakiegoś poparcia.

Po „studniówce”, balu tradycyjnie organizowanym dla klas maturalnych na trzy miesiące przed maturą, czas pędził jak szalony i budząca strach data egzaminów końcowych zbliżała się szybkimi krokami. W czerwcu opuściłem praktycznie wszystkie dodatkowe zajęcia, poświęcając się całkowicie powtarzaniu materiału do egzaminów. Mój stan można było porównać do opisanego przez lirycznego poetę Adama Asnyka snu, nawiedzającego zwykle w tym okresie kandydata na maturzystę:

Gdy milion zapałek postawić na słońcu, pionowo na czubkach,

Na samym ich końcu położyć serwetki, a na tych serwetkach posadzić facetki,

Tak, by nie mogły dotykać serwetki.

Prócz jednej Anusi, co piękne ma cycki, rosnące na pensji u pani Przesmyckiej.

Obliczyć plus-minus, ile jest cosinus, gdy słońca ciepłota…

… w końcowym wyniku,

Obliczyć moc siły drzemiącej w Adamie Asnyku!

Moje normalnie zrozumiałe niepokoje, dotyczące przebiegu i wyników egzaminów pisemnych z matury, były dodatkowo zwiększone obawą, jak zostaną ocenione moje prace społeczne. O ile rezultaty egzaminów w dużym stopniu zależały ode mnie, o tyle ocena mojej postawy społecznej była już absolutnie poza moim wpływem. Tu mogło mi pomóc jedynie szczęście, a może Opatrzność, kto wie?

Moje zdenerwowanie było tym bardziej usprawiedliwione, gdyż uważałem, że moim jedynym konkurentem do dyplomu przodownika nauki i pracy społecznej będzie Janusz Sadownik. Jako sekretarz partii miał funkcję społeczną tak wysoką w szkole, że nauczanie analfabetów bladło przy niej, nie mówiąc już o dodatkowych „sękach” zawartych w mojej kartotece. Jedynie, co mogłem zrobić, to usiłować jak najmniej myśleć o tym problemie. 26 czerwca 1952 roku byłem już po egzaminach. Wiedziałem, że rezultaty będę miał więcej niż dobre, gdyż szczęśliwym trafem tak się złożyło, że wszystkie tematy zawarte w pytaniach egzaminacyjnych miałem „wykute na blachę”. Oficjalne ogłoszenie wyników było przewidziane w drugiej połowie lipca, toteż nic już nie stało na przeszkodzie mojemu wyjazdowi na obóz sportowy „Spójni”.

Rzeczywiście, znów dzięki mojemu szczęściu, zostałem przyjęty na trzytygodniowy obóz treningowy dla siatkarzy zrzeszenia „Spójnia”, który zaczynał się 1 lipca w ośrodku przygotowań kadry sportowej w Wałczu, na Pomorzu. Było to dla mnie wielkie wyróżnienie i fakt, że byłem w tym czasie już po maturze, pozwalał mi pojechać tam bez dodatkowych kłopotów. Jak mówię „bez kłopotów” nie oznacza to beztroski, gdyż już na obozie cały czas drżałem z niepokoju, oczekując na wiadomość o oficjalnych rezultatach matury. Wiadomość tę miał mi przekazać jeden z kolegów telegraficznie w dniu ogłoszenia rezultatów. Można sobie wyobrazić mój stan duchowy, gdy listonosz dał mi do podpisania kartkę, potwierdzającą wręczenie mi telegramu wysłanego z Warszawy.

HURRAAA!

Jestem pewien, że był to jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Litery telegramu dosłownie skakały mi przed oczami, może trochę z powodu trzęsących się z emocji rąk: „Dostałeś dyplom przodownika! Przyjeżdżaj! Pozdrowienia!”.

Te kilka słów miało dla mnie ogromną wymowę. To było wreszcie spełnienie moich najskrytszych marzeń! Wszystko było teraz przede mną otwarte! Mogłem wybrać dowolną uczelnię w Polsce i zostać do niej natychmiast przyjęty bez egzaminów, bez „pleców”, zawdzięczając to jedynie mojemu szczęściu, a nie komukolwiek. Nawet moja kartoteka już w niczym nie mogła mi przeszkodzić. Tu się, niestety, myliłem, no, ale to potem.

Rozmyślając i analizując w następnych dniach to cudowne wydarzenie, usiłowałem przedstawić sobie, kto mi mógł pomóc w otrzymaniu tego wyróżnienia. Być może, był to pan Pickwick, który na pewno przewodził komisji maturalnej i poparł moją kandydaturę? Być może następstwa artykułu w „Trybunie”? A może Janusz, który na pewno miał coś do powiedzenia w tej sprawie, ale czy działałby przeciwko sobie? Zresztą, to wszystko stało się nagle naprawdę mało ważne, byłem studentem i basta!

W tej sytuacji doszedłem do wniosku, że nie ma potrzeby wracać na razie do Warszawy, ponieważ termin składania dokumentów na politechnikę trwał aż do końca lipca. Pozwalało mi to wykorzystać maksymalnie mój pierwszy pobyt na obozie, gdzie odtąd moją jedyną troską było ulepszenie techniki gry i postaranie się opanować jakoś moje nerwy w czasie gry na boisku. Z tym ostatnim, niestety, miałem duże problemy. Chęć dobrej gry, chęć stania się graczem, na którego trener i koledzy mogli liczyć w momentach niebezpiecznych dla drużyny, często paraliżowały moją grę na boisku do tego stopnia, że rezultaty były odwrotne niż te, które chciałem osiągnąć. No, ale ponieważ nie od razu Kraków zbudowano, wiedziałem, że wcześniej czy później tę niezbędną cechę również sobie przyswoję.

Po powrocie do Warszawy pognałem do szkoły, aby odebrać drogocenny dyplom i wziąć niezbędne papiery do złożenia ich na uczelni. Przy okazji otrzymałem piękną fotografię pamiątkową, na której w medalionach pokazane były fotografie kadry profesorskiej, potem trójka „asów” klasowych z moim obliczem pośrodku i poniżej reszta „bandy”. Całość ozdobiona była zabawnymi rysunkami jednego z kolegów, który niewątpliwie miał duże zdolności graficzne. Dopiero w sekretariacie dowiedziałem się, że na cztery kończące klasy było nas w szkole tylko dwóch, którzy otrzymali dyplom przodownika, ja i Janusz Sadownik. Jeszcze raz moje szczęście mnie nie opuściło, bowiem szkoła otrzymała dwa dyplomy i moja kandydatura do jednego z nich nie była już zagrożona. Przy okazji wspólnego spotkania z Januszem, pogratulowaliśmy sobie wzajemnie, że nasze wysiłki podczas trzech lat spędzonych w szkole nie były bezowocne. Nasze ścieżki rozeszły się szybko. Wiem tylko tyle, że był również na Politechnice Warszawskiej, ale sądzę, że dalsza jego kariera zawodowa była łatwiejsza, biorąc pod uwagę jego predyspozycje do polityki.

Powstał teraz przede mną problem innego rodzaju, jaką uczelnię wybrać? Szkołę Marynarki Wojennej w Gdańsku? A może politechnikę, ale jaki wydział? Nieograniczona żadnym warunkiem możliwość wyboru dowolnej specjalizacji, spowodowała moją wewnętrzną rozterkę, prawie jak w tej fraszce:

Osiołkowi w żłoby dano, w jednym owies, w drugim siano,

Ruszy siana, owsa szkoda, ruszy owsa, szkoda siana.

Od poranku do wieczora, od wieczora aż do rana,

Aż oślina pośród jadła, z głodu padła!

Ponieważ był to pierwszy rok po reformie Politechniki Warszawskiej, w której mój ulubiony wydział mechaniczny został „rozparcelowany” na cztery wydziały, nie bardzo więc było dla mnie jasne, jakie specjalizacje były oddzielone, na jakie wydziały i jaką wybrać ostatecznie. Postanowiłem dokonać tego wyboru po naradzie z rodzicami, którym już wcześniej przesłałem telegramem wiadomość o sukcesie ich latorośli. Pojechałem do Płońska. Mama słysząc o szkole marynarki wojennej aż zaniemówiła z wrażenia. „Rysiu, broń cię Panie Boże, w żadnym wypadku, słyszysz!” Było mi tym łatwiej zgodzić się z mamą, gdyż ja sam nie miałem żadnego pociągu do wojska i tylko propaganda wujka-marynarza zaszczepiła mi, ale na szczęście niegłęboko, tę ideę. Pozostała politechnika. Ojciec był zdania, że specjalność samochodowa była obiecująca na przyszłość. Mnie też ona odpowiadała, więc za zgodą rodziny postanowiłem pójść w ślady pana Henry Forda.

Ostatnie wątpliwości, co do wyboru specjalizacji rozwiane, pojechałem więc na Politechnikę i tam na Wydziale Mechaniczno-Konstrukcyjnym złożyłem trzy podania z pieczołowicie zebranymi i wymaganymi załącznikami: podanie o przyjęcie mnie na studia, podanie o przyznanie mi stypendium i podanie o przyznanie mi miejsca w akademiku. Pani sekretarka, miała na imię Elwira, przejrzała przyniesione dokumenty i przed włożeniem ich do odpowiednich teczek, widząc mój dyplom przodownika, dodała: „Z takim dyplomem, pan ma już wszystkie problemy poza sobą. Witamy na naszym wydziale!”. Z podniesiona jak najwyżej głową i z wypiętym torsem, ale nie za bardzo, gdyż ciągle ważyłem grubo poniżej normy, opuściłem piękny gmach politechniki, widząc wokół siebie tylko ludzi szczęśliwych!

            Gaudeamus igitur,

            Iuvenes dum sumus!

            Post jucundam juventutem,

            Post molestam senectutem,

            Nos habebit humus.

                        (Radujmy się więc dopókiśmy młodzi. Po przyjemnej

                        młodości, po uciążliwej starości posiędzie nas ziemia.)