Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Przez cały czas mojej nauki w liceum mechanicznym z życiem zewnętrznym, które toczyło się wokół mnie w Warszawie, miałem kontakty raczej ożywione, choć w niepełnym wymiarze. O ile bardzo aktywny w latach poprzednich okres Odgruzowania Warszawy został w zasadzie zakończony, o tyle lata 1949–1953 były nowym intensywnym okresem Odbudowy Warszawy, w którym uczestniczyła cała Polska. Ponieważ brakowało rąk do pracy, więc do Warszawy przyjeżdżali na okresowy pobyt ludzie ze wszystkich stron Polski. Mimo to uczniowie, studenci, pracownicy biur i urzędów byli obowiązani dobrowolnie przeznaczać część swego wolnego czasu na pomoc klasie robotniczej w jej chwalebnych czynach.

Ja oczywiście jak wszyscy moi koledzy, wierzyłem w to, czego nas uczono i pracowałem z zapałem wraz z innymi, by przygotować lepsze jutro dla nas i naszych dzieci. Także i nasza klasa (ta szkolna) uczestniczyła w zbiorowym wysiłku. Przez cały rok, w pewne dni miesiąca oddawaliśmy się pracom społecznym przy odbudowie warszawskiego ZOO, Parku Praskiego lub przy budowie kina Praha. Cieszyłem się, że odbudowa Warszawy posuwa się szybko naprzód. Ukończenie trasy W-Z, budowa Mariensztatu, MDM-u, odbudowa Starówki – wszystko to napawało mnie dumą, że Warszawa pięknieje i rośnie dla nas wszystkich. Piosenki zresztą opiewały nam te uroki:

Kiedy rano jadę osiemnastką, chociaż ciasno, chociaż tłok,

Patrzę na kochane moje miasto, które mnie zadziwia co krok,

 Bo tu Marszałkowska i trasa W-Z, Krakowskie Przedmieście i tunel, i wnet:

 Na prawo most, na lewo most, a dołem Wisła płynie,

Tu rośnie dom, tam rośnie dom, z godziny na godzinę…

Albo ten sen o mieszkaniu zrealizowany dzięki oddanym ponadplanowo budynkom:

Małe mieszkanko na Mariensztacie, to moje szczęście, to moje sny,

Małe mieszkanko na Mariensztacie, a w tym mieszkanku, przypuśćmy, my!

I już w nim łóżko i radio Tesla, biurko, firanki, fotele dwa,

 I jakiś kredens, i jakieś krzesła, wszystko na raty z PCH,

Niech będzie jakiś kilim i kwiaty też na oknie,

Kupimy jakiś kryształ, kupimy jakieś szkło,

Zegara się nie kupi, bo zegar jest na Rynku,

Pani rozumie akcja O!

Tym niemniej obraz Warszawy, który miałem w pamięci, składał się z wielu Warszaw. Tej przedwojennej, z której pozostało mi niewiele, a właściwie nic. Tej z okresu oblężenia, z przerażającym obrazem wybuchających bomb, pożarami i głodem. Jak w tym wierszu pełnym czającej się trwogi:

„Uwaga, Uwaga. Przyszedł! Koma trzy!”

Ktoś biegnie po schodach, trzasnęły gdzieś drzwi.

Głos jeden spokojny ze zgiełku i wrzawy:

„Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy!”

Tej z czasów okupacji znanej mi tylko z opowiadań, o której poeta-wygnaniec pisał:

Ja wiem, żeś ty dzisiaj nie taka, że krwawe przeżywasz dziś dni,

Że rozpacz i ból cię przygniata, że muszę nad tobą zapłakać!

Lecz taka jak żyjesz w pamięci, powrócę ofiarą mych dni

I wierz mi, Warszawo, prócz pieśni i łzy, jam gotów ci życie poświęcić!

Tej już wolnej z zimy 1946 roku, pełnej sylwetek rozbitych domów, pełnej ruin, z leżącą rozbitą, a mimo to dumną kolumną króla Zygmunta, z odgruzowaniami, z odradzającym się we wszystkich formach życiem!

Warszawa da się lubić, Warszawa da się lubić,

Tu szczęście można znaleźć, tu serce można zgubić!

I tej, z której byłem dumny, w której żyłem i uczyłem się, która rosła i piękniała na moich oczach.

Budujemy nowy dom, jeszcze jeden nowy dom

Naszym przyszłym lepszym dniom, Warszawo!

Każdą pracę z nami twórz, każdą pracę z nami dziel

Bo to jest nasz wspólny cel, Warszawo!

Od piwnicy aż po dach niech radośnie rośnie gmach

Naszym snom i twoim dniom Warszawo

Niech się mury pną do góry, kiedy dłonie chętne są

Budujemy betonowy nowy dom.

Bo dla mnie zawsze, obojętnie, gdzie przebywałem, Warszawa była sercu najbliższa:

Warszawo, ty moja Warszawo!

Tyś treścią mych marzeń i snów,

Ulicznym rozgwarem i wrzawą…

I taką cię widzę w pamięci…