Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Ponieważ lipiec był poświęcony praktyce zawodowej, więc postanowiliśmy z moim kolegą z klasy Tadkiem Gdeszem, dla wypoczynku po ciężkim roku wybrać się w sierpniu na dwu- a może trzytygodniowe samodzielne wakacje. Nasz program przewidywał włóczęgę po nieznanych nam terenach Warmii i Mazur, położonych w północnej części Polski. Trasa wakacyjna miała nas zaprowadzić najpierw do zamku malborskiego, potem przez Frombork do Krynicy Morskiej, by stamtąd po długim pobycie nad morzem, drogą powrotną przez Gdańsk na stare śmieci do Warszawy. Program był imponujący, ale stan naszych finansów znacznie mniej i wypełnienie go wymagało zastosowania drakońskich ograniczeń w wydatkach. Mieliśmy trochę pieniędzy odłożonych na tę wyprawę, ale po kupieniu biletów kolejowych do Malborka i powrotnych z Gdańska do Warszawy, okazało się, że wspólnej kasy wystarczy nam zaledwie na zakup podstawowych produktów, jak chleb, mleko i może na rzadkie posiłki w barach mlecznych. To absolutnie nie popsuło nam dobrego humoru i w naznaczonym dniu znaleźliśmy się w 3 klasie pociągu, dymiącego chęcią dowiezienia nas do pierwszego etapu naszej wyprawy.

Był to rodzaj podróży odkrywczo-krajoznawczej, ponieważ ani ja, ani Tadek nie mieliśmy pojęcia, co w 1951 roku przedstawiały sobą byłe ziemie pruskie. Malborski zamek wydał mi się jednym z cudów świata. Nie widziałem nigdy dotąd żadnego zamku, a w dodatku takiego zamku! Zamek w Malborku nie odniósł widocznych szkód w czasie wojny, tym niemniej był w reperacyjnej odbudowie i można było zwiedzać jedynie część jego komnat. Chodząc i oglądając komnaty zamkowe, mury obronne, pomieszczenia gospodarcze, wyobrażałem sobie z emocją sceny znane mi z książki „Krzyżacy”.

A więc to tutaj Wielki Mistrz ze swymi hufcami odpoczywał bezpiecznie w obronnych murach, po zbrojnych wyprawach na Prusów, Litwinów czy Lachów. Zamek ten, choć zbudowany przez rycerzy-zakonników wywodzących się z plemion germańskich, był prawie zawsze związany z historią Polski. To miejsce przywodziło na myśl momenty naszej chwały, ale również, a może częściej, momenty naszych upadków. Zdawało mi się słyszeć jeszcze szczęk mieczy na zbrojach rycerzy, walczących w pojedynkach czy turniejach organizowanych drzewiej na zamku. Na ówczesne czasy zamek z potrójnym systemem murów obronnych był twierdzą nie do zdobycia. I tylko głodem można było zmusić Krzyżaków do poddania się.

Kilkadziesiąt lat potem, przejeżdżając z rodziną przez Malbork, zatrzymaliśmy się na kilka godzin dla zwiedzenia zamku. Po powrocie do samochodu stojącego na parkingu, odkryłem, że nie mogę odnaleźć kluczyka do stacyjki. Więc by dostać się do psa zamkniętego w środku, należało znaleźć jak najszybciej kompetentnego mechanika. Otwarcie drzwi samochodu okazało się dla niego „małym piwem”, natomiast praca artystycznego odpiłowania blokady, umieszczonej w mało dostępnym miejscu pod kierownicą, zabrała mu co najmniej 6 godzin. Widocznie nowoczesne mobilne twierdze też mają swój sposób obronny, trudny do sforsowania nawet dla znającego się na tym rycerza-specjalisty.

Nasza marszruta przewidywała, że od Malborka aż do Fromborka będziemy się przemieszczać „per pedes apostolorum”, co miało podwójną korzyść, bo było darmowe, jeśli nie liczyć zużycia podeszew, i pozwalało na bezpośredni kontakt z otaczającą przyrodą. Liczyliśmy, że z Fromborka przeprawimy się na drugą stronę Zalewu Wiślanego do Krynicy na pokładzie jakiejś „pychówki” rybackiej, a stamtąd znów na podeszwach powędrujemy wzdłuż Mierzei do Gdańska. Na naszą wyprawę zaopatrzyliśmy się w duży worek marynarski, w którym znalazły miejsce dwa koce (pamiętałem o marznięciu na statku!), jakieś przybory do mycia zębów i reszty, koszula na zmianę, gdy druga wyprana musiała wyschnąć, dwa słoiki z kotletami zatopionymi w smalczyku z cebulką, trochę kiełbasy, chleb, garnek do gotowania, dwa kubki, noże i łyżki. Uff, chyba nic nie zapomniałem.

Worek podróżował zawieszony miedzy nami, jak kładka łącząca dwa brzegowe filary. W sumie nie był on ciężki i nasz marsz pielgrzymów, ciągle na północ po prawie bezludnych polnych drogach, odbywał się też bez zakłóceń. Zgodnie z marszrutą przewidywany dzienny „przechód” ” był do 25 km maksimum. W czasie podróży żywiliśmy się zdrowo i oszczędnie. W upatrzonym miejscu, z dala od zabudowań, rozpalaliśmy małe ognisko i na nim w garnku „pichciliśmy” na zmianę zupę, kartofle, kotleta, trochę herbaty. Warzywa, ale tylko w ilości niezbędnie potrzebnej do jedzenia, wykopywaliśmy na mijanych przez nas polach. Zwykle pod wieczór zakładaliśmy biwak w stogach zboża, w kopkach siana lub gdzie popadło. Toaletę robiliśmy w zależności od napotkanych po drodze potoków, co pozwalało nam zostać czystymi i nie pachnącymi. W ogóle było fajnie i dni upływały nam szybko.

Przyszliśmy do Fromborka, który jest jedynym miejscem na świecie, gdzie patrząc z wieży katedry, można zobaczyć to, co ujrzał po raz pierwszy nasz Nadziemski Kanonik Nicolaus Copernicus, a mianowicie, że Ziemia kręci się wokół Słońca, a nie odwrotnie. Co widział było tak absolutnie bulwersujące, że zdecydował się przedstawić to wszystko w książce „O obrotach ciał…”, napisanej w niezrozumiałym dziś dla naszych uczonych języku. Książka na owe czasy okazała się prawdziwym kryminałem i wyrywana była po prostu z rąk. Wdrapaliśmy się więc na słynną wieżę. Ziemia rzeczywiście kręciła się prawidłowo, ale niektóre sprawy ziemskie kręciły się na niej odwrotnie. Mimo że z wieży można było widzieć Mierzeję naprzeciwko, nie było żadnej szansy znaleźć kogoś, kto by nas przeprawił na drugą stronę „stawu”. „Strefa przygraniczna, nie wolno!”

Zrezygnowani ruszyliśmy okrążając staw, co nam zajęło prawie dwa dni. Przeszliśmy przez Sztutowo, znane ze swej morderczej, niedawnej przeszłości i dalej, drepcząc już szybciej, bo cel się zbliżał, doszliśmy do Krynicy. Była to mała wioska zagubiona w lesie rosnącym na piaskach, ale plaże od strony morza były rzeczywiście bezbłędne. Reszta pobytu i powrót do Gdańska odbyły się bez historii, jeśli nie liczyć, że mogliśmy spać tylko w gęstych krzakach, by nas nie odkryto z powodu strefy przygranicznej, i że znaleźliśmy tam dwa kurze gniazda pełne jaj, co pozwoliło nam ulepszyć częściowo nasze codzienne menu.