Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

43. W czarnym ciele…

Ukończenie drugiej licealnej z bardzo dobrym świadectwem i ugruntowana pozycja w pracach społecznych pozwalały patrzeć z większym optymizmem na dalszy ciąg mojej kariery naukowej. Zgodnie z programem nauczania, w pierwszym miesiącu wakacji miałem zapewniony bezpłatny pobyt w wyznaczonej fabryce w celu odbycia tam praktyki zawodowej. Natomiast w drugim miesiącu wakacji mogłem już robić to, co chciałem, a raczej robić to, na co mi pozwalały zaoszczędzone środki pieniężne. W oczekiwaniu na leniwe spędzenie drugiego miesiąca wakacyjnego, póki co dostałem ze szkoły, wraz z biletem kolejowym na podróż „tam i z powrotem”, skierowanie na praktykę do fabryki maszyn górniczych w Zabrzu. Przyjechałem do Zabrza w przeddzień wieczorem, zbyt późno, by cokolwiek załatwić w fabryce, w związku z czym przesiedziałem całą noc na dworcowej ławce obok chrapiącego pasażera, który budząc się kilkakrotnie, za każdym razem pytał mnie o godzinę. Być może, że gdzieś się spieszył, ale gdy odchodziłem rano na poszukiwanie fabryki machnął mi na pożegnanie ręką i znowu uderzył w „kimono”.

Byłem sam z Warszawy, reszta praktykantów, a było nas ośmiu, była ze szkół śląskich, licealnych i inżynierskich. Opiekun z ramienia fabryki zakwaterował nas wszystkich razem w dużej sypialni, wyjaśnił program praktyki i plan zajęć, dał bony do stołówki fabrycznej na śniadania i obiady i zadowolony z dobrze spełnionego obowiązku zostawił nas własnemu losowi. To była moja pierwsza praktyka zawodowa, więc nic dziwnego, że bardzo interesowałem się tym, co kazano mi robić. Przeszedłem w ciągu miesiąca przez fabryczne działy, jak: odlewnia i modelarnia, obróbka mechaniczna, montaż i próby maszyn oraz przez biuro techniczne. Samych wspomnień z fabryki nie pozostało mi wiele, sądzę, że niewiele zwracano na nas uwagi, a i mnie nie chciało się czynić więcej, niż to było niezbędne. Jednak poznałem tam zupełnie nieoczekiwanie coś niecodziennego, a mianowicie przedsmak pracy górnika pod ziemią.

W tym czasie wszyscy byli informowani „środkami masowego przekazu”, że tak jak partia była siłą wiodącą dla całego narodu, tak górnicy byli wiodącymi dla reszty klasy robotniczej. Skoro więc cały naród był z górnikami, to oczywiście i ja musiałem być z nimi też! A było to tak.

W jeden z następnych dni opiekun poinformował nas, że będąc przekonany o naszej chęci pomocy górnikom w wykonaniu ich arcyważnych dla kraju planów wydobycia węgla, przekazał naszą spontaniczną decyzję o pomocy do odpowiedniej komórki partyjnej. Ta z kolei, biorąc pod uwagę nasz obowiązek nauki zawodu, postanowiła zaakceptować naszą pomoc, ale ograniczając ją tylko do czterech niedziel pracy pod ziemią, razem z górnikami. Za naszą gotowość i chęć pomocy wynagrodzono nas bezpłatnymi kolacjami w stołówce, co nie było przewidziane początkowo w programie świadczeń fabryki.

Z pewną zrozumiałą emocją zjeżdżałem pod ziemię w kopalni „Wujek”, gdyż tam zostałem skierowany. Ubrany w klasyczny strój górnika, z lampką na hełmie i mało wygodnym oskardem w ręku, zostałem powierzony górnikowi w wieku przedemerytalnym. Naszym zadaniem było sprawdzać prawidłowość funkcjonowania taśmociągów transportujących węgiel z „przodka” chodnika, gdzie „sztygar” ze swoją ekipą „fedrował” go, aż do punktu, gdzie był ładowany na wózki kolejki elektrycznej. Pracowałem tylko na poziomach powyżej minus 600 metrów pod ziemią, gdyż niżej ze względu na mój wiek nie byłem dopuszczany. Praca była prosta.

Mój szef i ja za nim ruszaliśmy w objazd taśmociągów na czas trwania zmiany zaraz po zjeździe na dół do kopalni. W jakimś kolejnym chodniku szef siadał na przesuwający się na taśmie węgiel, pochylał się do przodu, kładł na brzuchu i – oświetlając przed sobą dodatkową lampą kręcące się pod nami rolki, podtrzymujące przesuwającą się taśmę – sprawdzał, czy kawałki spadającego węgla nie blokują ich pracy. W takim wypadku zsuwał się z taśmy i usuwał nagromadzony tam węgiel. Ja powtarzałem dokładnie wszystkie jego ruchy i wszystko, co robił bez brania jakiejś niebezpiecznej inicjatywy. Przemierzaliśmy w ten sposób dziesiątki kilometrów dziennie, niekończącymi się korytarzami po dawno wybranym węglu, absolutnie ciemnymi, z sufitami podpartymi na drewnianych czy metalowych stemplach. Niekiedy, nieopatrznie podnosząc głowę, odczuwałem silne uderzenie, nieodmienny znak, że mój hełm natrafił na jakąś niżej opuszczoną podporę. Noszenie hełmu w tych warunkach na pewno nie było dyktowane potrzebą elegancji, jak na pochodzie pierwszomajowym straży pożarnej.

Czasami droga prowadziła nas aż do przodka, gdzie wyrywano węgiel ze ściany. Widok pracujących tam ludzi, w kurzu i na kolanach, bo wysokość „żyły” była nie większa od metra, w hałasie ogromnych wiertarek dziurawiących ścianę węgla dla założenia tam lontów wybuchowych, to wszystko było dla mnie objawieniem. Objawieniem, że niektóre zawody są niewiarygodnie ciężkie i godne szacunku dla innych, a w tej liczbie również dla beztroskich uczniów, takich jak ja. Dla nich też śpiewał z dużym talentem zespół „Mazowsze”:

Jakiem już rębaczem został,

Tom od ojca fajkę dostał,

   Od sztygara zaś w nagrodę,

   Otrzymałem dobry przodek.

Tam żem sobie fajkę ćmił,

I fedrował z pełnych sił!

Po zakończeniu pracy życie praktykantów we wspólnym pomieszczeniu nie zawsze było łatwe, biorąc pod uwagę, że nasze charaktery były różne, a dyscypliny jak w wojsku, aby utrzymać wszystkich w odpowiednich ryzach, nie było komu sprawować,. Jeden kolega z naszej ósemki był trochę dziwny. Wieczorem po kolacji opowiadał nam różne historie, jakie rzekomo go spotkały w towarzystwie pięknych dziewcząt. Przez pierwsze dni słuchaliśmy go trochę z podziwem, ale dość szybko spostrzegliśmy, że był to rodzaj mitomana, biorącego swoje fantazje za rzeczywistość. Nazywaliśmy go miedzy nami „erotykiem”.

Wkrótce jego historie stały się tak nużące, że moi koledzy zadecydowali chyba zrobić mu „rower”, by go ukarać za te niestworzone brednie i ośmieszyć jego rolę zwycięzcy. Mówię „moi koledzy”, gdyż ja, będąc jak zwykle najmłodszy i nie z ich paczki, nie byłem nawet powiadomiony o szykującym się zamachu. Łóżka w sypialni mieliśmy dosyć krótkie, ale pręty metalowe na szczytach pozwalały długim, takim jak ja, w czasie spania wyciągnąć wygodnie nogi pomiędzy prętami, na zewnątrz. Otóż nasz opowiadacz był długi, spał twardo i chrapał. Pewnego razu, chyba po północy obudził mnie krzyk i hałas. Ktoś zapalił światło, co mi pozwoliło ujrzeć „erotyka” leżącego na plecach w łóżku i pedałującego gwałtownie nogami w powietrzu, usiłując prawdopodobnie w ten sposób zgasić dopalające się skrawki papieru, powtykane miedzy palce jego stóp.

A taka właśnie pantomima nosiła popularną i sympatyczną skądinąd nazwę roweru.