Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Ostatnim, lecz wcale nie mniej ważnym, frontem na którym rozwijałem moje obowiązki oficera spoza grafiku, było podnoszenie poziomu gry w brydża wśród kadry oficerskiej i osób do niej „przynależnych”. Tutaj moja aktywność rozwijała się w dwóch równoległych liniach działania.

Najpierw w świetlicy wojskowej, gdzie dwa razy w tygodniu odbywały się treningi gry, zawierające wyjaśnienia podstawowych metod licytacji i rozgrywki, przykładów gry w odkryte karty, jak również przy normalnych rozdaniach. W soboty natomiast odbywały się rozgrywki jak w prawdziwym turnieju brydża sportowego, to znaczy gry rozgrywano kolejno przez każdym stoliku tymi samymi rozdaniami kart. Było to miłe zajęcie i wszyscy uczestnicy brali udział w tych spotkaniach z wielką przyjemnością. Prawdę mówiąc, dla mnie te zajęcia powtarzalne stały się wkrótce trochę monotonne i świadomie zacząłem opuszczać się w moim obowiązku, a szczególnie w dni ładnej, żaglowej pogody. Ale mimo to, w żadnym momencie tych ćwiczeń nie przerwałem, zmniejszyłem tylko ich częstotliwość, ograniczając je do spotkań treningowych. Lecz była ku temu również i inna przyczyna.

Druga linia działania wynikła z faktu, że mój polityczny szef był zapalonym brydżystą i miał jeszcze dwóch takich jak on, to znaczy równie zapalonych i równie o słabym poziomie. Lecz tutaj, biorąc pod uwagę, że moje korzyści, wynikające z bycia ciągle poza grafikiem, były możliwe tylko dzięki niemu, nie mogłem sobie pozwolić na żadną dezercję z frontu organizowania brydża jednostolikowego. Wkrótce spotkania brydżowe naszej czwórki stały się nieodzowne dla moich współtowarzyszy i doszło do tego, że należało się zorganizować, by móc je uprawiać w czasie „trefnych” godzin przewidzianych na zajęcia. Lecz i tu, dzięki niewyczerpanym możliwościom adaptacji teorii marksistowskiej, wynikły „miejscowy” problem został elegancko rozwiązany.

Otóż urządzony ze smakiem i w stylu lat pięćdziesiątych lokal idei marksistowsko-leninowskich święcił pustkami, a dla uniknięcia wejścia tam jakiegoś intruza nieodpowiedniego dla tego miejsca, drzwi świątyni były starannie zamykane na klucz przez jej kapelana. Cóż wiec było prostszego do wymyślenia, niż idea stworzenia komórki refleksyjnej, której działalność dialektyczna mogłaby ożywić zamknięte wnętrze? Nie było ku temu żadnej przeszkody i tak też się stało. Odtąd w pewne dni, w ustalonych godzinach, można było spostrzec pojedynczych oficerów, którzy z objętościowym tomem dzieł Lenina pod pachą, szybkim krokiem przemierzali korytarz i po zapukaniu do drzwi, znikali we wnętrzu sanktuarium. Było oczywiste, że szli tam, by wymienić przeczytany tom na inny, a przy okazji spotkania kogoś równie zapalonego w lekturze tych dzieł, poświęcali pewien czas na wspólne przedyskutowanie jakiegoś problemu. Sądząc po objętości dzieł wybranych, tematów nie brakowało i wyciągniecie dobrze uzasadnionych wniosków wymagało dużo dyskusji.

Dla nieobeznanych w tej materii przytoczę kilka przykładów pytań, na które do tamtych czasów, nikt nie znalazł prawidłowej odpowiedzi. I tak: dlaczego towarzysz Lenin twierdził, ażeby wykonać jeden krok do przodu, trzeba cofnąć się dwa kroki do tyłu?. Albo, jaką radę dać jego koledze po fachu, panu Czernyszewskiemu, kiedy pytał bezradnie w tytule swego wypracowania: „Co robić?”. Albo, dlaczego mienszewicy uparcie odmawiali zostania bolszewikami, chociaż ten tytuł był bardziej postępowy i rokował niewątpliwie więcej korzyści? Te i inne kwestie wymagały prawdopodobnie dużo czasu, gdyż spotkania dyskusyjne czwórki oficerów po przeniknięciu do wnętrza, trwały niekiedy po kilka godzin. Niestety, drzwi zamknięte od środka nie pozwalały ciekawym uczestniczyć w dyskusjach, a podsłuchiwanie pod drzwiami też niczego nie dawało, gdyż radio grzmiące w środku wystarczająco głośno, nie pozwalało usłyszeć żadnych innych dźwięków.

Dla mnie mającego obowiązek uczestniczenia w tych seansach dyskusyjnych fakt znalezienia się w skondensowanym centrum myśli politycznej, był momentem uspakajającym nerwy stargane różnymi obowiązkami. Tym bardziej, że dwa portrety wiszące w centralnym punkcie ściany, dawały poczucie, że obaj ojcowie historycznych idei byli tu po to, aby uczestniczyć milcząco w naszych ożywionych dyskusjach.

Lecz nieubłagany zegar czasu wydzwonił pewnego słonecznego poranka na ożywionym już, pełnym ruchu placu apelowym, godzinę naszego odjazdu. Było mi na pewno smutno pożegnać się ostatecznie z otoczeniem, z dziełem, która wykonałem, z obowiązkami, które wypełniłem. Dodam jeszcze dla porządku, że dwie lampy wykonane niezwykle starannie były olśniewająco piękne. Dostarczyłem je z nieukrywaną dumą, w przeddzień wyjazdu, do gabinetu dowódcy pułku, dla przekazania ich w zbliżającą się rocznicę, temu, dla kogo były przeznaczone.

Nie wiem jak to się odbyło, dlatego pozwolę sobie z tego miejsca, przekazać następujące epitafium:

„Panie Generale, nie znając Pana byłem sprawcą prezentu, który, mam nadzieje, spodobał się Panu! Jeśli tak, to proszę potraktować to jako moje podziękowanie, za coś, co Pan dla mnie uczynił, nie wiedząc o tym i nie znając mnie zupełnie. Dziękuję, Panie Generale!”

Na trzecim froncie, sportowym, też zaczęły zachodzić ważne wydarzenia z nadejściem długo oczekiwanej spartakiady wojsk okręgu mazurskiego.

Trzeba powiedzieć, że moje zobowiązanie do ulepszenia gry zespołu siatkówki naszego pułku wykonywałem skrupulatnie. Tym niemniej, rezultaty były raczej niewidoczne, ponieważ kandydaci na siatkarzy do gry w reprezentacji, mieli poziom zdecydowanie kiepski i żadne rady nie pozwoliły mi w krótkim czasie doprowadzić do jakiegoś jego ulepszenia. Nawet moja gra w ekipie niewiele pomagała, ponieważ kontakt z piłką, gdy była na naszej stronie, mogłem mieć tylko sporadycznie, a zdobycie punktu zależało w dużym stopniu już od innych graczy. Toteż nie oczekiwałem jakiegoś dobrego miejsca dla naszej drużyny w klasyfikacji końcowej. Ale niezrażony tym, robiłem, co mogłem by mobilizować graczy do dokonania nadzwyczajnego wysiłku w dniach rozgrywek.

W Giżycku, nawet latem, rozrywek sportowych było bardzo mało, toteż w dniach spartakiady na lokalnym stadionie, gdzie odbywały się zmagania w licznych dyscyplinach, widzów było wyjątkowo dużo. Sam turniej siatkówki odbywał się w jednym jego końcu, ale nie cieszył się dużym zainteresowaniem, co nie było dziwne, sądząc po jakości meczów, które tam były rozgrywane. Zgodnie z przewidywaniami, zajęliśmy z trudem trzecie miejsce. Rozgoryczony tym wynikiem, wydałem moją opinię na temat gry kolegów, mówiąc, że sam jeden, bez nich, wygrałbym łatwo z każdą drużyną, a nawet z tą, która zajęła pierwsze miejsce! W ożywionej dyskusji, która się wywiązała, potwierdziłem moje wyzwanie w formie zakładu, że gotów jestem w przypadku mojej przegranej położyć „pod słupek” 1200 złociszów dla zwycięzców. Z rozpędu już, ale ciągle pod kontrolą, dorzuciłem jeszcze, że dam dodatkowo drużynie przeciwnej „fory”: 10 punktów w pierwszym secie, 11 – w drugim i 12 – w trzecim i … i że na pewno wygram!

Suma proponowana była bardzo duża i spowodowała zainteresowanie wśród graczy przysłuchujących się tej wymianie zdań, bo wyczuli nagle, że dzięki danym forom, pojawiła się okazja do łatwego wzięcia pieniędzy. Widząc, że dzięki zakładowi będę miał wreszcie okazję pokazać, co umiem, dodałem buńczucznie, że w przypadku ich przegranej, nie będą mieli nic do płacenia, po prostu ucieknie im tylko wygrana. Moje wyzwanie, przyjęte początkowo jako zły dowcip zarozumialca, wzbudziło wkrótce chęć walki, gdy podparłem je widokiem banknotów gotowych do wręczenia sędziemu spotkania, aby wypłacił zwycięzcom. Tu już żadnej „lipy” nie było i wkrótce miałem naprzeciwko siebie sześciu najlepszych graczy wybranych z drużyn uczestniczących ekip.

Bez fałszywej skromności byłem przekonany, że zakład wygram i moja taktyka gry była prosta. Mając prawo do trzech odbić mogłem z łatwością odebrać, wystawić i ściąć piłkę w kierunku najsłabszych graczy przeciwnika. Wiedziałem również z doświadczenia, że sześciu niezgranych ze sobą graczy o nierównym i raczej słabym poziomie, wprowadza takie zamieszanie na boisku, że piłki przechodzące na moją stronę będą łatwe do odebrania. Dodatkowo, obawa niewygrania wysokiej sumy będzie elementem psychologicznym, który, byłem tego pewien, zadziała paraliżująco na przeciwników przy pierwszych niepowodzeniach. W sumie to, co mój przeciwnik brał za zarozumialstwo, dla mnie było logicznie uzasadnioną decyzją!

Pierwszego seta wygrałem bez problemów. Rzeczywiście, moje piłki wprowadzały duże zamieszanie pomiędzy graczami przeciwnika, którzy nie byli w stanie zdobyć nawet jednego punktu. Wynik mówił sam za siebie: 15 do 11! Widzowie z całego stadionu, widząc, że jeden gracz, teoretycznie bez szans, wygrywa przeciwko szóstce miotając się po boisku jak opętany i demonstrując przy tym ładną grę, rozpoczęli migrację w koniec stadionu, by znaleźć się bliżej rozgrywanego meczu. Drugi set, również wygrany przeze mnie, nie dodał otuchy przeciwnikowi, a odwrotnie wprowadził dodatkowe nieporozumienia wśród grających. Trzeci set rozgrywaliśmy już przy gorącym dopingu praktycznie wszystkich widzów, którzy zaintrygowani woleli oglądać naszą walkę, niż inne dyscypliny rozgrywane równolegle na stadionie. Ostatniego seta wygrałem 17 do 15, kończąc mecz przy dużym aplauzie publiczności.

Aby jednak choć trochę osłodzić gorycz ośmieszającej porażki, oddałem 600 złotych z przeznaczonej sumy szóstce skłóconych między sobą graczy, wyjaśniając jednak butnie, że byłem od początku pewien mojego zwycięstwa. Pośrednio ta wygrana przyniosła mi pewną popularność wśród mieszkańców Giżycka i później często nieznajome osoby pozdrawiały mnie, gdy szedłem po ulicy, czy byłem w jakimś sklepie. Przyznam, że te wyrazy sympatii nie były dla mnie nieprzyjemne!

Również w pułku mój sportowy wyczyn nie przeszedł niezauważony. Nie mówiąc już o moim politruku, z którym „oblaliśmy”, jak nakazywała tradycja, zaszłe wydarzenia, otrzymywałem nieoczekiwane dowody sympatii również od „nieznanego żołnierza”. I tak pewnego ranka stwierdziłem, że w Syrence, która wypoczywała nocą niedaleko wartowni, zniknęły reflektory i kierunkowskazy. Strata pieniężna z pewnością znaczna, ale jeszcze przykrzejsze było to, że zakup tych części był możliwy jedynie na zamówienie w centrali handlu motoryzacyjnego, z kilkunastodniowym oczekiwaniem na dostawę części. Szef mojej ekipy, powiadomiony o unieruchamiającym pojazd wydarzeniu, jeszcze tego samego dnia przyniósł skradzione części, wyjaśniając, że sprawcy nie wiedzieli, że „oślepili” własność pana porucznika od siatkówki. Stosowne zadośćuczynienie wynagrodziło jemu i innym ten zryw szlachetnej uczciwości. Od tej pory nie musiałem się już martwić ani o benzynę, ani o czystość karoserii, gdyż każdego poranka znajdowałem moją Syrenkę elegancko wymytą i dobrze napojoną. Tym niemniej pewna forma zadośćuczynienia dla niewidzialnych rąk była ustalona, mimo że moje wyjazdy w teren błyszczącym samochodem były zawsze w interesie pułku.

Przy innej okazji użyłem metody nagrody do sprowokowania czynu, który nie był najlepszego smaku, co przyznaję teraz ze skruchą. Działo się to podczas jakiejś przechadzki przedwieczornej, przed powrotem do koszar. Było nas czterech gwiazdkowych rezerwistów, przewieszonych na poręczy mostu przekraczającego nurt leniwie płynącej rzeczki, niedaleko od naszych koszar. To strategiczne miejsce było wygodne dla kontemplacji i oceny przechodniów, którzy, chcąc nie chcąc, musieli przechodzić tędy, aby przedostać się o „suchej nodze” z jednej części miasta do drugiej. W procesie kontemplacji stwierdziłem, że most mógłby okazać się dochodowy, gdyby pod jakimś pretekstem ustanowić nawet skromną opłatę za korzystanie z niego. Któryś z kolegów nie zgodził się z tym mówiąc, że on wołałby raczej przejść przez rzeczkę, która nie była ani szeroka ani głęboka, niż płacić organizatorom takiego myta. Potwierdziłem, że w teorii jest to możliwe, ale z uwagi na obecność przechodniów z pewnością zabrakłoby mu odwagi, by tego dokonać.

Wymiana tych głębokich myśli i może trochę przekora, doprowadziły mnie do zaproponowania kąpielowego zakładu: za każde przejście rzeczki w obie strony zapłacę 200 złociszów temu, kto tego dokona, pod warunkiem jednak, że do następnego przejścia rzeczki będzie musiał się ubrać i na nowo rozebrać. Przejścia rzeczki pod mostem jak również zlokalizowanie tamże szatni, były oczywiście wykluczone. Dodatkowym moim wymaganiem było, że po przejściu należało wyjść na brzeg i odczekać tam 10 sekund przed powrotnym rzuceniem się w odmęty. Widok banknotów, które wyjąłem dla zademonstrowania mojej determinacji, miał dużą siłę przekonywania i dwóch kolegów po wypróżnieniu kolejnych butelek piwa, zdecydowało się dokonać mokrego przejścia rzeczki. Miejsce do rozbierania zostało wybrane na trawie nad brzegiem rzeczki, zaledwie kilka metrów od mostu. Niecodzienny widok dwóch oficerów rozbierających się ze swych strojów mundurowych w miejscu publicznym, spowodował, że kilku przechodniów zatrzymało się na mostku, by zobaczyć, co się dalej będzie działo.

Kilka minut później mój stan majątkowy zmniejszył się o cztery podobizny Traugutta i wszystko wskazywało, że wkrótce zmniejszy się o kolejne cztery „stówy” a może i sześć, gdyż trzeci kolega jak konik wyścigowy zaczynał przebierać nogami, by wziąć udział w konkursie. Widzowie zapełnili prawie cały mostek i panowie z butelkami piwa w rękach, gdyż kiosk był w pobliżu, zaczęli komentować na swój sposób przeprawiający się przez wodę, rozebrany do majteczek desant. Wkrótce zacząłem się zastanawiać, jak honorowo położyć kres nadmiernym ilościom przechodzenia potoku, gdyż licznik stanu mojej kasy nieuchronnie przybliżał się do zera. I tu samo przeznaczenie przyszło mi na pomoc.

Nieoczekiwanie wśród widzów zapadła cisza, gdy wojskowy jeep z dwoma „bicepsami” manewrowanymi przez kapitana, wszyscy o minach marsowych podkreślonymi paskiem zapiętym sztywno pod brodą i napisami WSW na rękawach, zatrzymał się na mostku. Ciekawość ich została obudzona niecodziennym widokiem leżących na trawie mundurów, wyraźnie pustych w środku, i chlapiących się obok w wodzie dwóch młodych mężczyzn w dobrze dojrzałym wieku. Widząc to szybko oddaliłem się z mostku na bezpieczną odległość, nie mając ochoty być zaproszony do wyjaśnień przez moich kolegów. Ci bowiem, zatrzymani w niezrozumiałej dla nikogo wędrówce w poprzek rzeczki z jednego brzegu na drugi, nie mieli nadziei umknąć, gdyż ich ciuchy były już pod kontrolą patrolu porządkowego.

O dalszych szczegółach przejść „wypranych” na czysto kolegów, dowiedziałem się nazajutrz, gdyż do lazaretu nocą wstęp nieupoważnionym był surowo zabroniony i zapewnienie nam spokojnego wypoczynku było punktem honoru naszych sanitariuszy. Mimo wyraźnego niezadowolenia dwóch poławiaczy pereł, sprawa zakładu zakończyła się polubownie, to znaczy ja wypłaciłem im za dwa przejścia Rubikonu, mimo że jedno było spalone, a oni już bez dalszej animozji zaprosili nas dwóch do pobliskiej knajpy, gdzie cała przygoda po sutym obiedzie z wyszynkiem pozostała już tylko dalekim wspomnieniem.

W innym miejscu, tym razem na froncie pracy, lampa wykonywana jak wspomniałem w dwóch egzemplarzach, dosłownie „paliła” się nam w rękach. Oczywiście mam tu na myśli jej realizacje, która postępowała niezwykle szybko. Po wstępnym bowiem okresie, który wymagał zgrania się ekipy wykonawców, jak również wdrożenie jej do systemu, w którym projektowanie, dobór materiałów i technika wykonania były atakowane pełnym frontem, nadszedł właściwy okres tworzenia dzieła.

I tak, druga moja wyprawa do Warszawy pozwoliła ostatecznie zgromadzić wszystkie niezbędne dla projektu materiały. Poszukiwania ostatecznej, doskonalej formy dzieła, wymagały wykonania wielu modeli w skali 1/5, pomiędzy którymi dwa najbardziej udane zostały wybrane do skopiowania w prawdziwych wymiarach. Największy kłopot mieliśmy jednak z wykonaniem pokrycia lakierem prętów lampy i stolika, co być może częściowo wynikało z mało fachowych wykonawców. Wymiary prętów nie pozwalały dokonać pokrycia ich lakierem piecowym, a jedynie nanoszonym pędzlem. Ileż razy przychodząc rano (no, może niezupełnie rano, ale w każdym razie przed obiadem!), byłem zmuszony zdyskwalifikować prace poprzednich kilku dni i zarządzić nowy cykl malowania. Wymagało to usunięcia wadliwie wykonanego pokrycia, a każda nowa warstwa lakieru musiała być niezwykle cienka i starannie wysuszona przed nałożeniem następnej. Inne prace, jak przygotowanie szkieletów dla abażurów, dobór kolorów, wykonanie stolików, selekcja kabli i ich artystyczne wkomponowanie w całość, też nie były oczywiste i wymagały poza koncepcją jeszcze sprawnych rąk. Nie mówiąc już o ozdabianiu rysunkami stolików, gdzie wybór tematu i kunszt wykonania miały ogromne znaczenie!

Tak, to był na pewno projekt roku, który przez swą kompleksowość nie miał sobie równego w okolicy. Bo czy można było go porównać, na przykład, do wykonywanego na bazie obok nas standu strzelania, przeznaczonego do symulowania ruchu czołgów na poligonie podczas ćwiczeń? Zgoda, że projekt standu na pewno był potrzebny, gdyż pozwalał uniknąć konieczności jazdy czołgiem po bezdrożach, wyłącznie po to, aby działowy mógł kręcić korbami, naprowadzając działo na zawieruszający mu się ciągle cel. Zgoda, że po jego ukończeniu wystarczyło postawić czołg na standzie i poruszając dźwigniami ruchome belki ze stojącymi na nich gąsienicami, otrzymać prawie niechcący wszystkie możliwe pozycje działa przy strzelaniu.

Tak, to wszystko było prawda, ale projekt standu nie miał tej lekkości cechującej projekt lampy, gdyż ten łączył w sobie nie tylko wartość użytkową, ale i wartość artystyczną! W sumie, byłem chyba dumny z mojego projektu. Ale to mi wcale nie przeszkadzało pracować nad nim prawie anonimowo, gdyż wiedząc, że uczucie zazdrości daje dziwna przyjemność z prostego faktu podstawienia komuś nogi, nie chciałem, by wiadomość o moim dziele, a przede wszystkim jego genezie, doszła przedwcześnie do niepowołanych uszu.

Skromność i ostrożność są to cechy, które były znane i doceniane już w starożytności!

Mój dzień pracy zaczynał się po śniadanku w lazarecie, czyli około godziny 9.30, która była ze wszech miar dobrą godziną do startu.

Wyspany i najedzony pierwsze kroki kierowałem do bazy remontowej, aby zaznajomić się z postępami pracy nad lampą dnia poprzedniego i dokonać kolejnego oprogramowania ekipy artystów na nadchodzący dzień. Początkowo na te wizyty odziewałem się w strój odpowiadający miejscu przebywania i stopniowi, który był mi nadany. Lecz szybko spostrzegłem, że ubierając się w momencie podrywu z łóżka w jeansy i koszulkę sportową zyskiwałem na czasie, nie musząc na nowo przebierać się przed otwarciem następnego frontu obowiązków, tym razem prowadzonego w stanicy sportów wodnych.

Żaglówka szefa była jak zawsze gotowa do opuszczenia pomostu z zawieszonymi już luźno „fokiem” i „grotem”, kłapiącymi w lekkich podmuchach wiatru. Przypomnę tylko dla dzisiejszych bywalców tych stron, że w owych czasach liczba żaglówek, przeważnie typu „Omega” była znikoma; liczyły się one na sztuki i jedynie w momencie regat mógł pojawić się lekki tłok wśród pływających na wodzie jednostek. Natomiast duży tłok panował wśród kandydatów do pływania na żaglówce i fakt, że byłem w tym przypadku między uprzywilejowanymi, dodawał mi wartości na snobistycznym rynku wodniaków. Wiązało się to jednak z obowiązkiem zabierania w rejsy chętnych do zapoznania się z zasadami żeglowania. Ale robiłem to z prawdziwą przyjemnością, bo kandydaci do wycieczek na łajbie byli sympatyczni i często nasze kontakty sportowe na wodzie miewały przedłużenie towarzyskie również na lądzie.

W przypadku rejsu szkoleniowego kilkuosobowa załoga po załajbowaniu się miała do wyboru, albo opalanie, kiedy było słońce, leżąc na dachu kajuty, albo manipulowanie różnymi elementami łajby zgodnie z moimi precyzyjnymi instrukcjami. W takim przypadku, po odpłynięciu na bezpieczną odległość od wszelkich przeszkód sztucznych czy naturalnych, stawałem na dziobie trzymając się wantów i wydając odpowiednie polecenia osobom przy żaglach i sterze, lustrowałem z uwagą przepływające obok nas krajobrazy. Przypuszczam, że krajobrazy mogły również lustrować sylwetkę nawigatora, który w tej korzystnej pozycji odcinał się od błękitów, mając za tło napięte wiatrem „płótna”! Ale to strategiczne miejsce nie było dobrze usytuowane, by szybko interweniować w przypadku jakiegoś problemu w żegludze.

I tak kiedyś, spokojnie poświęcony lustrowaniu, znalazłem się nagle razem z załogą w wodzie. Kapryśny podmuch wiatru zaskoczył uczącego się na sternika, który zamiast „wyluzować” szybko grot popełnił manewr odwrotny, to znaczy „wyostrzył” go, co wystarczyło, by łajba pod naciskiem wiejącego z boku wiatru wyłożyła się poziomo na wodzie. Dobrze prowadzona akcja ratownicza zapobiegła panice i pozwoliła nam własnymi siłami przywrócić łajbie i żaglom normalną pozycję, a następnie przerobić praktycznie ćwiczenie „człowiek za burtą”, polegające na wyciągnięciu załogi, wystającej z wody dzięki odzianym przezornie „kapokom”. Ponieważ liczba głów wyciągniętych z wody zgadzała się z liczbą zabranych w rejs, więc poza chłodnawą kąpielą, reszta wydarzenia była rodzajem przyjemnej rozrywki.

Czasami, aby pozwolić załodze na chwilę wytchnienia, przybijaliśmy do niedalekiej przystani akademickiej; obszernej stanicy wodnej, dobrze wyposażonej we wszystko, co niezbędne dla powracających z wycieńczającego rejsu. Nierzadkie były przypadki, że dokonywałem tam wymiany załogi na inną, gdyż brać studencka, sympatyczna i uboga, nie miała praktycznie możliwości korzystania z żaglówek. Zrozumiałe, że w sytuacji, w jakiej się znajdowałem, miałem tendencje dawania pierwszeństwa wejścia na pokład płci pięknej, gdyż o wiele przyjemniej było widzieć dach kabiny udekorowany kolorowymi opalaczami pań, niż owłosionymi torsami panów. Ale taki wybór był dyktowany jedynie naturalną wrażliwością na piękno!

Były też rejsy mniej szkolne, może bardziej refleksyjne, kiedy z jakimś sympatycznym kolegą, jak mój konował z lazaretu, w lekkim chlupocie fal o łajbę kontemplowaliśmy mewy czy inne ptaszęta, liczne w letnich miesiącach nad jeziorami. Natomiast w dni, kiedy pogoda była nieżeglowna, sama przystań stawała się naszym poligonem wakacyjnych zajęć. Bar był obficie zaopatrzony i gry towarzyskie w sali cieszyły się dużym powodzeniem.

Wkrótce problem sypialni stanął na porządku dnia. Było nas sześciu do sformatowania na pełnosprawnych oficerów w ciągu trzech miesięcy wspólnego pobytu w pułku. Ale ta wspólnota ograniczała się przede wszystkim do punktu upadku w porze nocnej, z powodu naszych łóżek ustawionych w obszernej wspólnej sypialni, na drugim piętrze budynku znajdującego się tuż przy wartowni.

Moi koledzy, strudzeni całodziennymi zajęciami kładli się spać wcześnie wieczorem, by zacząć dzień o brzasku gimnastyką poranną na placu apelowym obok swoich kompanii. Z tego tytułu mieli absolutne prawo do spokojnego i krzepiącego snu w swoich łóżeczkach o godziwej nocnej porze. Tak samo zresztą jak i ja, strudzony arcyważnymi zajęciami, rozłożonymi między godziną 9.30 a 24.00. Jedynym, co nas różniło w tym biologicznym obowiązku odpoczynku było to, że nasze okresy snu nie były ze sobą zgrane w fazie. O ile ja z pełną kurtuazją przestrzegałem ciszy, kładąc się do łóżka bez zapalania światła, o tyle nie można było tego powiedzieć o grupie „śpiących rycerzy”. Ci bowiem, zrywając się o godzinie szóstej, czynili taki „raban” w sypialni, że mógłby on obudzić zmarłego, a nie tylko mnie, spoczywającego jeszcze w słodkich objęciach Morfeusza. Żadne ultimatum typu: „Jeśli nie będziecie wstawać po cichu, to ja będę kładł się spać głośno!”, nie pomagało i konieczność znalezienia wyjścia z tej żenującej sytuacji stała się pilna. Tym bardziej, że będąc poza grafikiem służb, nie musiałem być obecny na obowiązkowym dla innych capstrzyku porannym, a leniuchowanie rano w łóżku miało też swoje dobre strony.

Trzeba trafu, że pułkowy oddział sanitarny zajmował parter tego samego budynku, a szefem jego, jak się okazało, był sympatyczny młody lekarz, który po ukończeniu Wojskowej Akademii Medycznej miał do „odkiblowania” cztery pełne lata czynnej służby w jednostce. Zapoznaliśmy się na przystani przy okazji wspólnego pływania na „łajbie” i po krótkim porównaniu naszych poglądów na życie i ocenie roli, jaką nam było dane odgrywać w Giżycku, stwierdziliśmy, że mamy wiele cech wspólnych. Toteż szybko doszliśmy do wniosku, że jeśli zamieszkam w jednej z licznych wolnych izb w lazarecie, to on będzie się mniej nudził, a ja z kolei będę lepiej sypiał. Sprawa dogłębnie rozważona wymagała tylko przetworzenia jej w czyn, co uczyniłem zabierając z pomieszczenia wspólnoty łóżek moje cywilne dobro zawarte w niewielkiej walizeczce. Odtąd codziennie, w porannej ciszy pustego lazaretu, spożywaliśmy śniadanko przygotowane ze szczególną troską przez trójkę bezrobotnych sanitariuszy, którzy za ciche zwolnienia na krótkie wyjazdy do swoich, odwdzięczali się jak mogli swojemu szefowi.

Powoli moje życie pensjonariusza szpitalnego nabierało rumieńców. Razem z oblatanym we wszystkim lekarzem i korzystając z pomocy trójki „łapiduchów”, urządzaliśmy tam skromne przyjęcia dla godnych zaufania przyjaciół, jak również wieczory gry w brydża, oczywiście zachowując przy tym niezbędną ostrożność, szczególnie potrzebną przy przejazdach przez czuwającą na okrągło wartownię.

Była jednak i praca, były i obowiązki i nie wolno mi o nich zapomnieć!

Nie od rzeczy będzie zatrzymać się chwilę, aby wyjaśnić, jakie były marzenia, a może cele do osiągnięcia, które na początku lat sześćdziesiątych nurtowały obywateli PRL, znajdujących się w pełni życia. Na pewno było ich wiele, ale dwa miały zdecydowaną przewagę nad innymi.

Pierwszym celem było zdobycie własnego, niezależnego mieszkania i dotyczyło przede wszystkim młodych (ale nie tylko) ludzi, którzy decydowali się założyć rodzinę. Dwie drogi prowadziły do zrealizowania tego marzenia. Albo ta wąska, wiodąca do przydziału mieszkania z jakiejś puli rozdziału, albo druga, trochę szersza, dająca dostęp do otrzymania mieszkania w ramach spółdzielni mieszkaniowych. Obie drogi były dostępne dla wszystkich pracujących i w teorii każda z nich kończyła się otrzymaniem kluczy, otwierających szczęśliwemu wybrańcowi drzwi do ziemskiego raju. Lecz jedyną niewiadomą w tym pewniku demokracji ludowej było, „kiedy” rajskie klucze znajdą się w posiadaniu wybranego. I to „kiedy” było tym, co różniło bardzo oczekujących demokratycznie na mieszkanie, niezależnie od puli rozdziału.

Mieszkania z przydziału były rozdzielane bezpłatnie przez różne organizacje, jak rady narodowe, partie polityczne, wojsko, czy związki zawodowe w miejscach pracy. Oczywiście wszyscy mogli ubiegać się o otrzymanie mieszkania, lecz by je otrzymać, trzeba było spełnić wiele kryteriów. I tak zasługi w pracy, liczna rodzina, przesiedlanie ze wspólnych zagęszczonych mieszkań były oficjalnie dającymi prawo do przydziału, lecz inne mniej oficjalne, jak praca w specjalnych służbach, przynależność do partii, odpowiednie „plecy”, czyli poparcia, były tymi, które decydowały o czasie wyczekiwania. Ponieważ normą powierzchni było sześć metrów kwadratowych na osobę, wiec w praktyce młode pary po ślubie mieszkały „przy rodzicach” wystarczająco długo, aby w wolnych chwilach powiększając rodzinę, starać się powiększyć przysługujący im metraż. To z kolei zwiększało zagęszczenie w rodzinie do stopnia, gdzie wszyscy wszystkim dawali się dobrze we „znaki”. Ta sytuacja powodowała uruchomienie przez zainteresowanych wszystkich możliwych poparć, aby jak najszybciej móc przesiedlić młodych na swoje. „Małe mieszkanko na Mariensztacie” było celem numer jeden każdego PRL-owca i mimo że było ono pełne usterek, otrzymanie takowego było uważane za szczyt awansu socjalnego. A z usterkami można było żyć, bo jak pisał znany satyryk:

Dostałem lokal w nowym domu,

Pokój z łazienką, kuchnia, WC,

I pierwsze miejsce w zbiórce złomu,

Bo przecież klamek nie wyrzucę!…

Kolejki na zapisanie się do którejś z licznych spółdzielni mieszkaniowych były równie długie, mimo że za otrzymane metry kwadratowe trzeba było płacić sumy stosunkowo znaczące. Okres oczekiwania był niekiedy kilkunastoletni i rodzice często dzieciom nowonarodzonym otwierali książeczki oszczędnościowe na mieszkanie, licząc, że je otrzymają po dojściu do pełnoletniości. Tu kryteria metrowe były bardziej wyrozumiałe i zapisany w zasadzie mógł liczyć, że gdy przyjdzie jego kolejka, nawet bez poparcia, mieszkanie otrzyma. Tym niemniej czas oczekiwania można było fenomenalnie skrócić przy pomocy szerokich, niekiedy dobrze „naoliwionych” pleców.

Celem numer jeden-bis był z kolei własny samochód i mało rzeczy miało w tym okresie wartość symboliczną większą niż fakt jego posiadania. Prywatna maszyna, rozpoznawalna łatwo przez literę „H” na tabliczkach rejestracyjnych, zmieniała kompletnie przynależność społeczną jej właściciela. Ponieważ tytuły szlacheckie były nie w modzie, bo zakazane, ponieważ wyższe studia degradowały ich posiadacza do trzeciego miejsca na barometrze wartości socjalnych, ponieważ tytuł dyrektora miał tylko wydźwięk grzecznościowy i ponieważ to…, i ponieważ tamto…, to jedynym sposobem wydźwignięcia się z szarej masy użytkowników komunikacji miejskiej, była „narodowa konieczność” pokazania się wreszcie we własnej „maszynie”. To dążenie odzwierciedlało się również na wyższych stanowiskach. Dyrektor jakiejś instytucji, nie mający prawa do samochodu służbowego z kierowcą, przeznaczonego na swój wyłączny użytek, był „pariasem” wśród swych kolegów i jego pierwszym celem była zmiana tego wielce anormalnego stanu rzeczy.

O ile posiadanie samochodu produkcji zagranicznej było zarezerwowane dla nielicznych grup ludzi mających kontakty z Zachodem, jak marynarze pływający na statkach handlowych (prawdziwi ówcześni nababi!) czy przedstawiciele Polski żyjący na „placówkach” (ach, ci szczęśliwcy!), o tyle dla reszty ubiegających się o ten zaszczytny tytuł, wybór był ograniczony do samochodów znajdujących się na listach przydziałowych. I tak, na samym szczycie królowała „Warszawa”, lecz trzeba było być uznanym „stachanowcem” lub co najmniej wiceministrem, by pretendować do jej przydziału. Następnym, dostępnym raczej dla kategorii wpływowych, był „Moskwicz” produkcji radzieckiej, dosyć rzadki na naszych drogach. Dla reszty marzących o „kółku” były następnie: „Wartburg” produkcji NRD, czeska „Skoda”, dalej „Syrenka” z silnikiem Wartburga, ta sama, lecz z dwusuwem polskiej produkcji. Ta krótka litania możliwości wyboru została później uzupełniona przez pierwsze NRD-owskie pudełko z plastyku napędzane silnikiem i noszące dumne imię „Trabanta”, a w końcu okresu gierkowskiego przez „Polskiego Fiata” i słynnego „Malucha”, oba wywodzące się z licencji Fiata. Ten drugi z powodu swych lilipucich rozmiarów stał się wdzięcznym tematem dowcipów, z których „Mam sinego Malucha” był jednym z mniej śmiałych w tej kategorii.

Być właścicielem samochodu oznaczonego „H”, było nie tylko tytułem do dumy, lecz również powodem częstych kontaktów z milicja drogową. Ach, z jakąż nieukrywana przyjemnością przedstawiciel tej wszechwładzy stojący przy skrzyżowaniu ulic eleganckim ruchem pałeczki czy „lizaka” wskazywał na przejeżdżającą maszynę, której kierowca po zatrzymaniu jej w bezpiecznym miejscu, biegł na jego spotkanie, trzymając w ręku wszystkie posiadane dokumenty. Ponieważ właściciel musiał, oczywiście, należeć do majętnych, więc każde wskazanie milicjanta miało swą wymowę pieniężną. Przyczyny mogły być różne, lecz skutek zawsze ten sam, brak możliwości wymigania się od płacenia natychmiastowego mandatu.

Pamiętam, gdy raz, kontrolowany na ulicy Marszałkowskiej, mimo że wszystko okazało się w porządku, a wiec: dokumenty, światła, wycieraczki, stop, kierunkowskazy, ciśnienie w oponach i ich zużycie oraz kolor spalin, musiałem zapłacić pokaźny mandat pod prostym zarzutem, że wygląd samochodu był nieestetyczny. Na moje wyjaśnienie, że powracam z drogi, gdzie padał deszcz, co pośrednio było przyczyną pochlapanej karoserii, usłyszałem, że do kierowcy należy przed wjazdem do stolicy dokonać niezbędnych zabiegów, aby doprowadzić środek lokomocji do należnego schludnego wyglądu.

Jeszcze jedna pułapka czekała na właściciela H’aka, ta nieprzewidziana, bo wynikająca z niskiej jakości samochodów, będącej przyczyną częstych „zepsuć” silnika czy karoserii. Ponieważ prywatnych zakładów reperacyjnych nie było w ogóle, więc jedyną pomoc na wypadek, gdy pojazd odmawiał dalszego kontynuowania drogi, mogły przynieść tylko umiejętne ręce kierowcy. Odzwierciedlało się to na egzaminie na prawo jazdy, który zawierał pokaźną część pytań dotyczących szczegółów konstrukcji i pracy mechanizmów, co dla niektórych, a szczególnie dla pań, było prawdziwym koszmarem przedegzaminacyjnym. Pomoc drogowa również nie istniała, wiec każdy, kto nie mógł naprawić uszkodzenia przy pomocy śrubokrętu, obcążek i młotka, musiał własnym sposobem szukać „holownika” do dociągnięcia bezsilnej maszyny do jakiegoś punktu pierwszej pomocy.

Kiedyś, powracając bocznymi drogami przez las, dosyć daleko od ostatniej wsi, moja Syrenka po kilku podejrzanych podrywach silnika wybrała pełny, choć niezasłużony odpoczynek. Otwarcie maski, oczyszczenie dekla zapłonowego, obejrzenie świec, sprawdzenie cewki, nie dało żadnego rezultatu i jedyne pytanie, które mnie nurtowało, to czy pozostać na noc przy samochodzie, czy iść i szukać kogoś z koniem, kto by nas dociągnął do dalekich zabudowań. W pewnym momencie zobaczyłem staruszkę wychodzącą z lasu. Ta, widząc mnie siedzącego na brzegu rowu, po upewnieniu się, że moja „taksówka” nie chce jechać dalej, zaproponowała swoja pomoc. Z dozą wyrozumiałości powiedziałem, że oczywiście, tak, ponieważ moje umiejętności na nic się dotąd nie zdały. Podeszła bliżej i po zrobieniu znaku krzyża, położyła ręce na masce. Modlitwa jej trwała kilkanaście minut. Znowu znak krzyża i „Panoczku, teraz już możesz jechać!” Nie chcąc jej obrazić za chęć pomocy, lecz ciągle niedowierzający wsiadłem do samochodu i bez przekonania przekręciłem kluczyk w stacyjce. Motor zapalił od pierwszego razu i po szczodrym podziękowaniu staruszce, już bez dalszych przeszkód dotarłem do Warszawy.

Samo doholowanie samochodu do jakiegoś miejsca postoju nie rozwiązywało w pełni powstałego problemu, gdyż w nielicznych bazach remontowych kolejki do naprawy były długie i czekanie cierpliwie na wyznaczony dzień wizyty mogło trwać długo. Prostszym sposobem było „dogadać” się prywatnie z pracownikiem państwowego warsztatu reperacyjnego, który za ryczałtową opłatą załatwiał wszystko, co było niezbędne do przeglądu i naprawy samochodu. Ale wyszukanie takowego nie było łatwe, a to z kolei pociągało za sobą, że jego cena za usługę była również odpowiednio wyszukana.

Lecz nic nie mogło zniechęcić wielbiciela motoryzacji, który nie tylko mógł na własnej maszynie dojechać wszędzie i w wygodnym dla niego czasie, ale miał jeszcze momenty pełne satysfakcji, niedostępne dla piechurów. Bowiem pijąc kawę w kawiarni, mógł w sposób widoczny bawić się kluczykami stacyjki zawieszonymi na rzucającym się w oczy breloczku, powodując tym zrozumiałą zazdrość panów i cichy podziw pań zgromadzonych przy sąsiednich stolikach. Ta chwila zadowolenia z przynależności do elitarnego klubu właścicieli „czterech kolek” kompensowała z nadwyżką wszystkie inne momenty znacznie mniej przyjemne, o których wspomniałem powyżej.

Nazajutrz raniutko byłem na wartowni jednostki, gdzie po wyjaśnieniu przyczyny mego nieoczekiwanego przybycia, doprowadzono mnie do grupy „wcielonych” już oficerów rezerwy, czekających na odprawę poranną pierwszego dnia tygodnia, prowadzoną zwykle przez dowódcę pułku.

Było nas siedmiu, w tym ja jedyny w cywilnych ciuchach, co trochę raziło nawet mnie osobiście. Wkrótce przybył podpułkownik i dzień regulaminowy rezerwisty-praktykanta rozpoczął się normalnie. Każdy z rezerwistów wymieniany przez dowódcę, otrzymywał zadanie do wykonania na cały nadchodzący tydzień. Byłem ostatni i nieznany mu bliżej, wiec gdy przyszła moja kolej, wykrzyknąłem stopień, nazwisko i powód mego spóźnienia, dodając, że z Łomży z braku miejsc przesłano mnie do Giżycka i zaopatrzono w niezbędny dokument. Odchodząc, powiedział „Poruczniku Pytlak, po zakwaterowaniu i umundurowaniu się przyjdziecie do mnie o 12.30”. Odkrzyknąłem z taktem: „Tak jest panie pułkowniku, o 12.30”.

Już o 12.25 stałem ubrany jak należało przed drzwiami pokoju dowódcy pułku w oczekiwaniu na wezwanie. Był sam. Podał mi rękę, czego nie oczekiwałem, ale spotkanie odbyło się na stojąco. Po wyjaśnieniu przyczyny zmiany afektacji, gdzie potwierdziłem, że chorobowe opóźnienie, a potem brak miejsc w Łomży spowodowały, że… Po wysłuchaniu mojej monotonnej trochę opowieści, powiedział: „Co ja mam z panem teraz zrobić, wszystkie przewidziane stanowiska zostały obsadzone i trzeba znaleźć inne zadania, poza grafikiem”.

Otóż „grafik” było to plastyczne określenie dokumentu niezbędnego dla szefa, na którym każda licząca się funkcja w przedsiębiorstwie, a wiec i w wojsku, miała wyznaczonego swego odpowiedzialnego, którego nazwisko było tam wpisane do odpowiedniego prostokącika. Zestaw prostokącików w kolumnach i w szeregach połączonych liniami poziomymi i pionowymi, pokazywał schematycznie zależności, czyli określając, to bardziej lapidarnie, kto komu mógł „nawtykać”, a kto od kogo musiał tego wysłuchać pokornie i bez „szemrania”. Niekiedy, poza grafikiem zależności, zaznaczeni na nim w swobodnym prostokącie, figurowali jeszcze ci z dobrymi „plecami”, nad którymi jedyną władzę miał szef, którego prostokącik figurował zawsze w najwyższym miejscu grafiku.

Zauważyłem natychmiast, że zwracał się do mnie przez „pan” w nie przez „wy”, co mogło oznaczać, że nasza rozmowa jest mniej służbowa, ale nie ośmielałem się cokolwiek dodać i w skupieniu czekałem na ciąg dalszy jego złotych myśli. Zaczął chodzić po pokoju w milczeniu, a może czekał na moje wejście do ustalenia dla mnie programu? Czekałem. „Widziałem chyba pana wczoraj na przystani, w czasie wizyty generała”. Znów przerwa. „Mam mały problem do rozwiązania,, zbliża się rocznica”taka-to-a-taka” generała i z tego tytułu chcielibyśmy mu zrobić niespodziankę, ofiarując coś, co by mu sprawiło przyjemność, coś wykonanego w naszej jednostce…” I nagle, spoglądając na mnie: „A może pan zna gust generała i coś nam podpowie?” To była ta oczekiwana iskra, która zapalała mój lont. Wreszcie wiedziałem, co miałem mówić i czego się trzymać! „Ależ oczywiście, panie pułkowniku! Doskonała idea! Wiem, że generał będzie zadowolony z takiego prezentu!” – co do tego nie miałem żadnej wątpliwości, „i pozwolę sobie zaproponować coś, co będziemy mogli wykonać tu na miejscu, a mianowicie stojącą lampę do salonu, z dwoma abażurami i eleganckim blacikiem do postawienia kawy”!

Pułkownik uważając, że to, co należało do jego decyzji było załatwione, odprawił mnie mówiąc, że szczegóły wykonania prezentu, jak również mój program zajęć, omówię z jego zastępcą do spraw politycznych. Wyszedłem bez ociągania się, uważając, że dzisiaj z moim Aniołem Stróżem zrobiliśmy wystarczająco dużo i trzeba teraz trochę odsapnąć przed następną rundą, która nas czekała.

Moja idea z lampą nie była przypadkowa. Kiedyś, przeglądając jakiś zachodni miesięcznik, natknąłem się na typ lampy, który mi się szczególnie spodobał. A ponieważ w sklepach niczego zbliżonego formą nie było w ogóle w sprzedaży, wiec narysowałem projekt podobnej lampy, wolnostojącej, wykonanej z odpowiednio wygiętych, pomalowanych lakierem na czarno metalowych prętów. Zakończone żarówkami i eleganckimi abażurami utkanymi ze sznurków plastykowych, jeden z nich oświetlał sufit, a drugi niewielki blat metalowy, który w formie palety malarskiej przymocowanej do prętów, spełniał rolę stolika. Dla dodania artystycznego wydźwięku ozdobiłem go rysunkiem dwóch bohaterów Cervantesa, jadących w kierunku wiatraka, na koniu i mule, skopiowanymi z książki o malarstwie mistrza Picasso. Całość była wdzięcznie elegancka, toteż na zamówienie przyjaciół wykonałem serię kilku sztuk, zmieniając jednak w każdym egzemplarzu zdobiący go rysunek. A skoro model lampy zyskał uznanie u zblazowanych warszawiaków, tym bardziej byłem pewien, że spodoba się wodzowi.

Jeśli rozmowa z dowódcą była kamieniem węgielnym mojego projektu przekształcenia manewrów w letnie wakacje w Giżycku, o tyle następne spotkanie z zastępcą miało doprowadzić do zbudowania pod nim zrębów. Wychodząc z założenia, że żelazo trzeba kuć, póki wielki „szef z piórem” nie zmieni zdania, nie wahając się poszedłem prosić zastępcę o pilne spotkanie, podkreślając oczywiście, że dowódca tego sobie życzy. Zastępca był w randze kapitana i rozmowa odbyła się w jego pokoju służbowym, który przylegał do kapliczki marksizmu-leninizmu. Ta przedstawiała sobą obszerną salę, bogato ozdobioną różnymi ciekawymi sentencjami i zawierającą pokaźną bibliotekę, częściowo zapełnioną, chyba dziełami klasyków, sądząc po jednakowym kolorze grzbietów książek.

Znał już problem lampy, wobec czego przystąpiliśmy do uzgodnienia naszych stanowisk w sprawach mnie dotyczących. Potwierdził, co już wiedziałem, że będąc pozakontygentowy nie będę figurował w grafiku zajęć z poborowymi, tak jak moi koledzy-rezerwiści. Tym niemniej, otrzymałem do realizacji „niegraficznego” zadania, drużynę pięciu krzepkich wojaków pod wodzą plutonowego. To z kolei stworzyło nowy grafik naszej grupy komandosów, mały, ale samodzielny, z jednym prostokącikiem u góry, drugim trochę poniżej i pięciu innymi w rządku, znów ociupinkę niżej. A jedynym zadaniem postawionym niezależnym grafistom, było wykonanie starannie olśniewającej lampy, która podarowana powinna stać się ozdobą rozjaśniającą wystrój salonu u szefa.

Na moje pytanie, jak zaopatrzyć się w niezbędne materiały dla realizacji prezentu, odpowiedz była oczywista; że tylko twórca może określić, co i jakiej jakości jest mu niezbędne do dzieła, czyli zostawił mi wolną rękę. Zrozumiałem, że gdyby w Giżycku nie wszystko było dostępne, mógłbym wyjątkowo otrzymać przepustkę na wyjazd do innego miasta, nie wykluczając nawet Warszawy. Podziękowałem, mówiąc, że wkrótce przedstawię projekt lampy do zatwierdzenia i zaraz potem praca ruszy „z kopyta”. Ale to nie było mu nawet potrzebne, gdyż był przekonany, że dzieło będzie wykonane jak należy.

W wolnych tematach naszej rozmowy spytałem jeszcze o działalność sportową w pułku, korzystanie z przystani wodnej i co robi kadra oficerska w czasie wolnym od zajęć służbowych. Spostrzegając, że ostatnie pytanie mogło być zrozumiane dwuznacznie dodałem szybko, że chodzi tu o spotkania towarzyskie dla gry w szachy, ping-ponga, a nawet brydża. Wyjaśnił mi, że w lipcu ma się odbyć w Giżycku spartakiada wojsk okręgu mazurskiego, wiec mój udział będzie na pewno potrzebny, że mogę korzystać ze sprzętu żeglarskiego bez specjalnego zezwolenia, a odnośnie brydża chętnych jest niemało, lecz brak praktyki nie pozwalał na organizowanie seansów gry. W konkluzji tego bardzo produktywnego zebrania ustaliliśmy, że w czasie wolnym od lampy, poświęcę mój czas dla innych. I tak: pomogę w przygotowaniu lokalnej drużyny siatkówki do spartakiady, udzielę instruktażu na żaglówce chętnym dla zaznajomienia się z zasadami łapania wiatru w żagle i dopływania do mola bez jego demolowania, jak również zorganizuję kółko brydżowe, w którym grający, wspierani moimi wyjaśnieniami zasad gry i licytacji, niewątpliwie podniosą poziom brydżowy jednostki. Rozstając się stwierdziliśmy zgodnie, że mój czas zajęć został w pełni zagospodarowany, wobec czego żadnych dodatkowych obowiązków nie będę mógł wziąć do spełnienia, przynajmniej do ukończenia lampy.

A wiec wszystko było na jak najlepszej drodze i moja służba czynnego rezerwisty mogła się wreszcie zacząć normalnie. Ale, by nie wpaść w szczegółomanię opisów, wybiorę z masy zdarzeń, które tam zaszły tylko te, które moim zdaniem dadzą poprawny i niespaczony obraz jednostkowego życia w jednostce. A ponieważ osią wszystkiego była lampa, jest więc zrozumiałe, że historia jej tworzenia przewijać się będzie równolegle do innych wydarzeń.

Pięciu moich „pomagierów” spotkałem wkrótce w bazie remontowej sprzętu, gdyż tam miała się rozwijać nasza codzienna działalność rękodzielników. Wyjaśniłem im, że otrzymaliśmy zadanie wykonania dwóch lamp artystycznych na konkurs międzyokręgowy, który jeśli wygramy, zawiedzie nasze lampy niewątpliwie do muzeum wojskowego, co byłoby zaszczytem dla nas wszystkich. Regulaminowy czas pracy nie ulegnie zmianie, każdego dnia dam zadanie i przeprowadzę kontrolę jego wykonania. Dobrzy będą nagrodzeni, niesumienni powrócą do swych poprzednich zajęć. Pierwsze dni upłynęły moim podwładnym na poszukiwaniu odpowiednich prętów metalowych, których nazbierali całą stertę do końcowej selekcji, i odpowiedniej blachy dla uformowania stolika.

Szybko stwierdziłem, że w Giżycku i jego okolicach nie dostanę ani wyłączników prądu o specjalnej formie, ani plastikowych sznurków na abażury, ani dobrego lakieru. Krotko mówiąc, wyprawa do Warszawy stała się konieczna. W czasie konsultacji z kapitanem ustaliliśmy, że w najbliższy weekend wyruszę w podroż do stolicy, a stamtąd po dokonaniu odpowiednich zakupów, powrócę własnym samochodem, zabierając przy okazji dwie jego kuzynki na krótki urlop do Giżycka. Tak też się stało. Zakupy dokonane w Warszawie, niestety, ze znanych powszechnie obiektywnych przyczyn były niekompletne, ale zadanie dotyczące samochodu i kuzynek wypełnione zostało skrupulatnie. Samochód był po przeglądzie technicznym, a więc dobrze przygotowany do podroży i służby w Giżycku, a odnośnie kuzynek wszystko wskazywało, że czas urlopu spędzą przyjemnie, zgodnie z powiedzeniem, że młodość ma swoje nieubłagane prawa.

Jeszcze nie zdążyły się zatrzeć w mojej pamięci sceny z życia w szkole oficerskiej w Poznaniu, gdy następna wizyta w biurze spraw wojskowych dostarczyła mi nowego powodu do zadowolenia. Tym razem otrzymane zawiadomienie dotyczyło powołania mnie pod sztandary, które miałem spędzić w pułku pancernym w okolicach Łomży. Zaproszenie opiewało na trzymiesięczny pobyt, przewidziany w okresie letnim, czyli rodzaj wczasów pracowniczych z wiktem i opierunkiem włącznie.

Ponieważ zacząłem się już przyzwyczajać do konieczności ciągłego podnoszenia kwalifikacji cywila-rezerwisty, wobec tego przewidywany wyjazd do Łomży nie był zmorą, która by spędzała mi sen z oczu. Tym niemniej, możliwość przyjemnego spędzenia pobytu na takiej imprezie zależała w dużej mierze od odpowiedniego przygotowania się do niej. Doświadczenia, które zdobyłem dzięki poprzednim zgrupowaniom dla wojaków, były wystarczająco wszechstronne i teraz wystarczyło zebrać niezbędne elementy i poskładać je w całość, tak by spodziewany rezultat nie zawiódł moich oczekiwań. Rączo wiec zabrałem się do dzieła.

Trzeba trafu, że mój kolega, Wojtek Lewandowski, będąc asystentem na architekturze w Warszawie, w jakiś sposób zaskarbił sobie dług wdzięczności u bardzo ważnego generała w Mazurskim Okręgu Wojskowym. Ten fakt miał niezwykle ważne znaczenie w moim planie działania. Cała strategia oparta została na dwóch wydarzeniach bardzo ważnych i wymagających dobrego zsynchronizowania, a mianowicie: zamianie geograficznego miejsca przydziału wczasów wojskowych z Łomży na Giżycko, gdzie znajdowała się inna jednostka wojsk pancernych, a po dokonaniu tego, pokazaniu się obok pana generała odpowiednim ludziom, w odpowiednim miejscu w Giżycku. Zadanie było proste jak trafienie z działa czołgu w lecącą piłkę siatkową z odległości jednego kilometra.

Ponieważ wiedziałem, że spieszenie się na tego typu turnusy z reguły nie dawało dobrych rezultatów, po konsultacji u znajomego lekarza miałem przewidziane dwa dni silnej gorączki z pobytem w łóżku, co automatycznie opóźniło moje jednostkowe wcielenie o tyleż samo. To załatwione, następnie z Wojtkiem ustaliliśmy szczegółowy plan działania dalszej operacji w Giżycku, pod hasłem: „znajomy generała”.

Po wyzdrowieniu, gdyż bez komplikacji pogorączkowych, wsiadłem w autobus PKS, który zgodnie z programem dowiózł mnie do Łomży. Tam, już w jednostce, doprowadzony do odpowiedniego oficera poinformowałem go, że – po pierwsze, jestem spóźniony, co on sam podkreślił z niezbyt miłym komentarzem, a po drugie, zgodnie z życzeniem szefa sztabu gen. takiego-to-a-takiego, miałem się stawić w Giżycku, gdzie byłem oczekiwany w pułku remontowym wojsk pancernych. Odpowiedział, że nie ma nic przeciwko temu, tym bardziej, że grupa rezerwistów już została wcielona i zorganizowana.

Zaopatrzony w zlecenie na dalszą drogę ruszyłem w poszukiwaniu środka lokomocji, by dostać się do Giżycka. Nie było to łatwe, ale przed wieczorem zjawiłem się w znanym na Mazurach mieście sportów wodnych, gdzie Wojtek czekał na mnie na kempingu. Pierwszy etap miałem za sobą, drugi zależał w dużej mierze od Wojtka. Otóż zgodnie z programem, następnego dnia miał on spotkanie na przystani żeglarskiej MON, z kim? Oczywiście z generałem, którego jeszcze z Warszawy poprosił o krótkie spotkanie, motywując to niespodziewanym swoim pobytem w Giżycku. Wieczór spędziliśmy sympatycznie w jakiejś restauracji, gdyż Wojtek poza zdolnościami dydaktycznymi miał jeszcze równie silne zamiłowanie do dobrych trunków.

Następnego dnia rankiem, przed wyznaczoną godziną, zakotwiczyliśmy z Wojtkiem w przystaniowym barze z kawą i ohydnym likierem, w oczekiwaniu na przyjazd wodza okręgu. Ten, po powitaniu się z innymi szarżami, licznymi w związku z jego wizytą, podszedł do naszego stolika, dzięki czemu ja również mogłem uścisnąć mu dłoń. Po zamienieniu kilku okolicznościowych zdań Wojtek, ciągle zgodnie z programem, zapytał, czy mógłby skorzystać z jakiejś żaglówki i pokazując na mnie, stwierdził, że jest z nim znakomity żeglarz słodkich wód. Generał nie miał nic przeciwko temu i chyba z grzeczności doprowadził nas do pomostu i życząc przyjemnych wiatrów, zostawił nas przy rezerwowanej dla niego żaglówce. Po szybkim doprowadzeniu jej do stanu pływalności, żeglarze generała ustąpili nam miejsca, nie pytając nawet o kartę sternika i wkrótce znaleźliśmy się już sami na wodzie.

W ten sposób drugi etap, gdzie dwukrotnie uścisnąłem rękę generała, został pomyślnie zaliczony, a moją nadzieją było, że ktoś, kto powinien, zapamiętał wzrokowo moje dobre stosunki z generałem. Reszta mojego losu zależała już tylko od szczęśliwego rozwoju dalszych wydarzeń w jednostce, bowiem na to nie miałem najmniejszego wpływu.

Wkrótce pojawił się nowy problem, tym razem prawdziwy, bo związany ze zdrowiem mamy. Któregoś dnia siostra zadzwoniła do mnie do pracy, że mamę zabrało pogotowie do szpitala i że stan jej jest bardzo poważny. Wybiegłem z pracy i dzięki moim dwóm kółkom z silnikiem, które jak zwykle stały obok biura, znalazłem się wkrótce w szpitalu przy ulicy Grenadierów, na Grochowie.

Do mamy mnie nie wpuścili, gdyż była na jakichś poważnych zabiegach i nikt mi nie umiał objaśnić, co było przyczyną jej nagłego przyjazdu do szpitala. Na drugi dzień stan mamy się nie polepszył, ale mogłem ją zobaczyć i usłyszeć od niej, co naprawdę się stało. Był to okres zbierania grzybów i mama, która każdego roku obdarowywała cała rodzinę osobiście zebranymi i wysuszonymi grzybami, nie mogła opuścić okazji, by nie pojechać na zorganizowaną przez jej zakład pracy wyprawę na grzybobranie. Jak mi powiedziała, dwa czy trzy prawdziwki budziły w niej trochę wątpliwości, lecz przekonana, że było to raczej wynikiem złego transportu, przeznaczyła je do „uduszenia” w śmietanie, a nie do suszenia. Na smakołyk z grzybami zaprosiła jeszcze dwie przyjaciółki, które będąc już po kolacji skosztowały tylko przysmaku, który mama zajadała z apetytem. W nocy zabrało ją pogotowie.

Spotkałem się z lekarzem, który zajmował się leczeniem mamy. Ten, na moje zapytania rozłożył ręce mówiąc, że jest to ciężkie zatrucie grzybami, ale jeśli do tej pory żyje, to być może wszystko skończy się dobrze. Dwa następne dni przyniosły dalsze pogorszenie jej stanu zdrowia. Znów odbyłem spotkanie z lekarzem, tym razem nastrojonym bardzo pesymistycznie. „U pana mamy zatrucie było tak silne, że spowodowało przerwanie działalności trzustki, niestety, bez niej organizm nie może funkcjonować. Leki którymi staramy się pobudzić trzustkę, do tej pory nie pomogły. Przykro mi.” Nie wiedziałem co robić, jak mamie pomóc i czułem się dziwnie bezsilny.

Ktoś mi poradził, że w pewnych trudnych przypadkach dla uściślenia diagnozy i sposobu leczenia można powołać konsylium, z uczestnictwem lekarzy specjalistów pracujących w innych szpitalach. Chwyciłem się tej nadziei. Ostatecznie zatrucia grzybami są częste i może inni lekarze… Poszedłem do dyrektora szpitala. Po zapoznaniu się z kartą chorobową mamy zgodził się zebrać szybko odpowiednie konsylium, oczywiście na mój koszt, lecz nie dawał mi dużo nadziei, że to coś zmieni, gdyż mama, jak podkreślił, otrzymuje wszystkie leki, jakimi szpital dysponuje na wypadek zatrucia.

W dniu konsylium byłem przed drzwiami pokoju, dokąd mama została dowieziona i gdzie wkrótce zebrało się kilku lekarzy. Trudno mi określić, ile czasu to trwało, lecz gdy już mamę odwieziono do sali zaproszono mnie do środka. Jeden z lekarzy oznajmił mi werdykt konsylium, z którego wynikało, że diagnoza ostrego zatrucia została potwierdzona, stosowane leczenie, a wiec zabiegi i lekarstwa były odpowiednio dobrane i stosowane. Nic więcej nie można było zrobić i jeśli trzustka nie wznowi swej normalnej działalności… Wyszedłem z oczami pełnymi łez i usiadłem na korytarzu zbierając siły by pójść do mamy, do jej pokoju. Jakaś młoda lekarka podeszła do mnie i położyła mi rękę na ramieniu. „Niech pan nie traci nadziei, może nie wszystko jest stracone”. Była uczestniczką konsylium, gdyż niedawno powróciła z praktyki szpitalnej w Paryżu. Usiadła obok i cichym głosem zaczęła „W zasadzie nie powinnam wykroczyć poza opinię konsylium, ale pana taki nieszczęśliwy wygląd… Wiem, że jest nowy lek we Francji, który jest bardzo skuteczny przy leczeniu trzustki, myślę, że on mógłby pomoc pana mamie”. Dała mi nazwę leku, lecz niestety, nie mogła mi pomoc dalej w jego zakupie.

Otóż w tym czasie istniało coś, co nazwałbym dzisiaj pocztą kurierską. Bardzo pilne przesyłki, głównie lekarstwa, w szczególnych przypadkach można było oddać załodze samolotu regularnego rejsu, która bez opłaty przewoziła przesyłkę do lotniska przeznaczenia. O ile możliwość przewozu z Paryża istniała, o tyle zakup lekarstwa i dostarczenie go szybko do samolotu na lotnisku le Bourget, były dla mnie nie do zrealizowania. Nie znalem nikogo we Francji. Znów potrzeba stworzyła w Polsce system zaopatrywania się w leki zagraniczne, który funkcjonował.

Pojechałem do siedziby Polskiego Radia. Tam pokazując odpowiednie dokumenty otrzymałem zezwolenie na wyemitowanie apelu radiowego. I tak kilkakrotnie w ciągu dnia czytany był przez spikera krotki komunikat: „Dla ciężko chorej osoby poszukuje się pilnie lekarstwa… Osoby mogące dostarczyć ten lek, proszone są o szybkie skontaktowanie się z numerem telefonu …” I to zadziałało! Wkrótce ktoś do mnie zadzwonił, pojechałem na spotkanie z osobą, która mogła spowodować, że ktoś w Paryżu zakupi lek i dostarczy go następnie na lotnisko. Opłaciłem żądaną sumę i już drugiego dnia od tej rozmowy byłem w posiadaniu poszukiwanego leku. Dostarczony do szpitala został natychmiast zastosowany w leczeniu, a ja z nieukrywaną tym razem nadzieją czekałem na rezultaty.

W kilka dni potem śmieliśmy się wszyscy, gdy mama w szczegółach opowiadała zebranej rodzinie swój przepis na przyrządzanie oryginalnego dania z dodatkiem grzyba znanego pod nazwą „śmiertelnika”. Dla żądnych emocji takie danie mogłoby być rodzajem ruskiej ruletki, bez konieczności użycia pistoletu nabitego jedną kulą.

Byłem naprawdę szczęśliwy. Może w ten sposób, choć częściowo, odwdzięczyłem się mamie za poświęcenia, których tyle dla mnie dokonała! Dwa lata później, w innym szpitalu z innym problemem, użyłem podobnej metody, by uratować mamę przed niechybną śmiercią. Ale czy trzeba pisać o czymś co było moim obowiązkiem, tak jak to jest i dla innych dzieci?

Nigdy nie zapomniałem, że dzięki pomocy nieznanych mi osób udało mi się dostarczyć zagraniczny lek, który uratował mamę. Toteż przyrzekłem sobie, że jeśli kiedykolwiek będę mógł zrobić to samo dla innych, zrobię to chętnie i bezinteresownie. Tak też się stało, a za każdym razem, szczególnie w trudnym dla kraju okresie lat osiemdziesiątych, miałem satysfakcję, że mój gest bezimienny pomógł komuś w potrzebie.

Promowany na zakończenie okresu szkolenia w Poznaniu do stopnia trzygwiazdkowego porucznika ze zrozumiałym zadowoleniem powróciłem do Warszawy i do dobrze płatnych obowiązków w biurze projektowym.

Niedługo potem od mamy dowiedziałem się, że wkrótce przenoszą się z siostrą do nowootrzymanego mieszkania w Spółdzielni „Osiedle Młodych” przy ulicy Szklanych Domów, na Grochowie. To była frajda! Nareszcie jej wysiłki i zabiegi zostały uwieńczone długo oczekiwanym sukcesem. Ale szczęście rodziny nie było pełne, bowiem, mimo że mama miała zameldowanie na stale w Warszawie, a wkrótce i własne mieszkanie, ojciec z niezrozumiałych przyczyn nie mógł otrzymać przeniesienia służbowego i ciągle tkwił na stanowisku w Płońsku. Nie chciał zmienić swej pracy na inną, gdyż „dochrapał się” tam liczącego się już stanowiska dyrektora przemysłu terenowego na dwa powiaty i miał ciągle cichą nadzieję, że ministerstwo wezwie go wkrótce do pracy w stolicy.

Przybliżająca się perspektywa mieszkaniowa wymagała wypełnienia wnętrza dwóch pokoi z kuchnią zakupem jakiegoś zestawu meblowego. Otóż z tym, jak z wielu innymi rzeczami, były „przejściowe problemy”, co niektórzy dowcipnie wyjaśniali, że słowo „przejściowe” oznaczało jedynie, że problemy przechodziły z roku na rok bez jakiejkolwiek zmiany. W centrali sprzedaży mebli lista zapisanych amatorów na zakup zestawów produkcji krajowej była długa i czas oczekiwania liczył się na miesiące. Dla zestawów importowanych, bo i takie w sprzedaży bywały, żadnej listy nie było, co nie oznaczało bynajmniej, że nie było chętnych do zakupu, a tylko, że nie znano daty, kiedy te z importu będą „rzucone” na rynek. To wytłumaczenie serwowane klientom nie było całkowicie zgodne z prawdą, gdyż zestawy importowane, które nie były liczne, rozchodziły się wcześniej wśród ustosunkowanych i nie było już czego rzucać na rynek. Ponieważ taka sytuacja nie była wyjątkowa, wiec w myśl powszechnie stosowanej metody, należało przez znajomości znaleźć kogoś ustosunkowanego w pożądanej linii produktów.

W moim wypadku tym kimś od mebli był sam prezes klubu „Spójnia”, pan Radecki, który od lat wypełniał na co dzień z honorem funkcję wiceministra handlu wewnętrznego. Nie miałem problemu z otrzymaniem spotkania z panem wice, który znał mnie jako sportowca, gdyż przy okazji jakiejś wyprawy z siatkówką za granicę, spełniał w niej z poświęceniem odpowiedzialną rolę kierownika. Spotkanie miało się odbyć w jego gabinecie, w ministerstwie usytuowanym gdzieś niedaleko hotelu „Warszawa”.

Przyjął mnie bardzo życzliwie, a po krótkiej rozmowie na tematy klubowe, gdzie zwięźle starałem się odpowiedzieć na zadane mi pytania, zapytał, co mnie do niego sprowadza. Miał około pięćdziesiątki, co przy jego postaci trochę zaokrąglonej i odzianej ze smakiem w dobrze skrojony trzyczęściowy garnitur, dawało mu wygląd ważnego przedstawiciela wyższych kadr ministerialnych. Mimo zwiększonych zatok czołowych głowa jego była pokryta jeszcze obfitymi, czarnymi, lekko kręconymi i starannie przyczesanymi do tyłu włosami. Wojnę prawdopodobnie spędził w Związku, gdyż miał lekki akcent kogoś, kto z rosyjskim językiem jest za „pan brat”.

Nie zdziwił się wcale, gdy wyjaśniłem mu przyczynę nieoczekiwanej mojej wizyty. Powiedział, że mi pomoże, dał telefon osoby, z którą powinienem się spotkać, aby ustalić szczegóły meblowego zakupu. Potem rozmowa przeszła na mój temat. Zadziwił mnie trochę, gdyż wypytując o teraźniejszość mojego życia i plany na przyszłość w pewnym momencie spytał, czy należę do partii. Nie, do partii nie należałem, wobec czego logicznie powstało następne pytanie – dlaczego? Tutaj odpowiedz trochę mi się skomplikowała, ale on, widząc, że nie mam jasnej wizji w tym delikatnym, lecz ważnym problemie, zrobił na swój sposób jego podsumowanie: „Znam pana dosyć długo i wydaje mi się, że stawia pan na swojej drodze do kariery niepotrzebne przeszkody. Mówmy szczerze. Pan nie należy do partii, bo mu coś się w niej nie podoba. A czy wszystko się panu podoba w religii? Na pewno nie i mimo tego jest pan wierzący i chodzi do kościoła! Tak samo i tu. To, co panu się nie podoba, niech pan o tym nie mówi, zapomni i żyje spokojnie obok. Będąc w partii może będzie panu łatwiej to zmienić, poprawić, ale świadomie odwrócić się tyłem do przyszłości nie jest dobrą decyzją. Mam do pana jakąś sympatię i szczerze radzę przemyśleć to jeszcze, bo w systemie społecznym, który budujemy, ci, którzy nie są z nami, nie będą mogli korzystać tak jak my z naszych osiągnięć”.

Wyszedłem z gabinetu zatroskany. Prawdę mówiąc, do tej pory fakt nienależenia do partii w niczym mi nie przeszkadzał, ale jak będzie dalej? Słowa, które usłyszałem, nie przepłynęły tylko przez moje uszy, ale dały mi dużo do myślenia. Nie powiedziałby tego wszystkiego, gdyby mi dobrze nie życzył, a jeśli tak, to obiektywnie patrząc, chyba miał rację. Przecież nie byłem w opozycji dla tego, co istniało teraz w Polsce, a raczej odwrotnie. Bez niepotrzebnej nadgorliwości, ale cała moja działalność była skierowana dla rozwoju kraju. Wobec tego w imię czego mam stać na poboczu drogi i tylko machać ręką przejeżdżającym, często moim kolegom, którzy nie męcząc się dojadą szybciej tam, gdzie ja nigdy być może nie dotrę? Czy mogę sobie na to pozwolić?

Wałkując to wszystko w głowie i przekonany, że muszę do tego powrócić, postanowiłem na razie nie spieszyć się; miałem do rozwiązania rzeczy ważniejsze, które mnie dotyczyły bardziej, niż hamletowski problem „być albo nie być” na partyjnych zebraniach.