Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Latem kąpiele w Wiśle należały do naszego codziennego rytuału i było naprawdę przyjemnie pojawiać się tam jak najczęściej. Basenów w Warszawie było niewiele, a te, które były otwarte, były przepełnione dorosłymi, mającymi tam jakieś uprzywilejowane wejścia. Ja sam bywałem na basenach rzadko, odstraszany tłokiem i cenami biletów wstępu. Chodziliśmy więc z kolegami na plaże wiślane, ciągnące się wzdłuż brzegu rzeki z pasami miłego żółtawego piasku wychodzącego z wody i wiklinami rosnącymi niedaleko od brzegu. Ale plażowy brzeg Wisły też nie wszędzie był łatwo dostępny. Prawie każdy z warszawskich klubów sportowych dysponował na praskim brzegu, który w tym czasie był brzegiem dzikim i nieuregulowanym, swoim ośrodkiem wodnym, gdzie wstęp był rezerwowany tylko dla członków. Niestety, klub „Spójnia”, w którym byłem członkiem sekcji siatkówki, dysponował swoim brzegiem na Marymoncie, naprzeciwko Cytadeli. Jechać tam było daleko, a plaża była kiepska i przez większość czasu bezludna.

Chodziłem więc z konieczności na znakomitą plażę miejską przy Wale Miedzeszyńskim. Dodatkową zaletą tej plaży były dwa boiska do siatkówki, gdzie w sobotnie popołudnia i niedziele zbierała się śmietanka znakomitych graczy. Grało się na bosaka, na ubitej czarnej ziemi. Były to moje początki gry w siatkówkę, więc nie mogłem pretendować do gry w tak prestiżowych zespołach, tym niemniej oglądałem te zawody z przyjemnością i nadzieją, że może kiedyś…

Od czasu do czasu wyjeżdżaliśmy na kąpiele do podwarszawskich plaż wiślanych. Kilkakrotnie pojechaliśmy z Kazikiem nawet pociągiem do Modlina, a stamtąd, po kilkuset metrach przebytych pieszo, byliśmy już na piaszczystej plaży nad Bugiem. Plaże były tam ogromne, woda niegłęboka i bardzo czysta. Przestaliśmy tam bywać odkąd jednego razu kilkunastu lokalnych „oprychów” przyczepiło się do nas leżących leniwie na piasku. Zdecydowani byli wypłoszyć nas ze swojego terytorium w sposób radykalny. Wleczony za ręce w celu podtopienia na głębokiej wodzie, przytomnie zacząłem ich prosić, by nie wrzucali mojego kuzyna, który ma niedowład lewej ręki spowodowany przez chore serce i na pewno się utopi, gdyż dodatkowo nie potrafi pływać. Może to ich przekonało, a może nie, ale po wrzuceniu mnie z wykopem do wody, dali już nam spokój. Oczywiście musiałem im przysiąc, że więcej mnie tu ich oczy nie zobaczą. Co też uczyniłem spontanicznie, bez jakiegokolwiek „handryczenia” się z nimi.

Inne miejsce do kąpieli znaleźliśmy za Wilanowem. Mieliśmy wtedy z Kazikiem jeden rower, więc na taką wyprawę jeden z nas jechał rowerem, a drugi tramwajem aż do Belwederu. Tam jeden wsiadał w „ciuchcię”, a drugi na rowerze „dymał” za ciuchcią aż do stacji Wilanów. Stamtąd jeden na ramie, drugi na pedałach, „zasuwaliśmy” aż miło 2 kilometry do wioski Zawady, za którą królowa polskich rzek toczyła swe leniwe wody zabarwione iłem na szarawo-żółty kolor. Kąpielisko było tam cudowne. Żywej duszy wokoło, a w nurcie Wisły, jakby pływające na wodzie małe łachy piaskowe, które nasze stopy znaczyły po raz pierwszy od ich powstania. Prawdziwe wyspy dziewicze i na nich Robinson z Piętaszkiem, czyli ja z Kazikiem.

Kąpać się w Wiśle nie zawsze było bezpiecznie, ponieważ szybki nurt mógł znieść płynącego na głęboką wodę i nawet dobry pływak miał kłopot z utrzymaniem się na powierzchni wody, która kręcąc się wciągała go na dno do jam wymytych w dnie rzeki. Myśmy o tym oczywiście nie myśleli, ale chyba raz przyczyniłem się do uratowania życia młodej dziewczyny, kąpiącej się w Wiśle. Byłem wtedy w trzeciej klasie i z moim kolegą klubowym, Jurkiem Karpuszko, kąpaliśmy się na plaży miejskiej. Kąpiących się było dużo, a przestrzeń wodna do kąpieli nie była ograniczona żadną linką.

W pewnym momencie wydało mi się, że widziałem rękę znikającą w wodzie. Trochę dalej, już za obrębem kąpieliska, gdyż nurt był dosyć szybki, ujrzałem znowu kawałek nogi, który znikł pod wodą. Krzyknąłem do Jurka „Ktoś się topi!” i obaj popłynęliśmy, co sił stało, do tego miejsca. Rzeczywiście, dopływając ujrzeliśmy, że woda wałkuje po dnie jakieś ciało. Z trudem, bo grunt nam uciekał spod nóg, wyciągnęliśmy na brzeg młodą dziewczynę, opitą wodą jak bąk. Jurek, który właśnie rozpoczął studia na medycynie, z wielką energią zaczął akcję ratowniczą, jak prawdziwy ratownik. Położona na kolanie Jurka niedoszła topielica po wylaniu z siebie dużej ilość wody, zaczęła się krztusić i wreszcie oddychać. Zachęcony tym Jurek zdjął jej stanik i z zapałem naciskając rytmicznie na jej piersi, zastosował sztuczne oddychanie, przyciskając jednocześnie swoje usta do jej warg. Operacja była w pełnym toku, gdy jakaś nadbiegająca dama, widząc Jurka masującego odkryte piersi dziewczyny, a nie wiedząc, o co chodzi i przerażona tym, co ujrzała, wykrzyknęła: „Zostaw ja, zboczeńcu!” Jurek nie przerywając ratunkowego masażu, podniósł jedynie głowę i z godnością profesora akademii medycznej „odpalił” natrętnej paniusi:

-         Czego pani wrzeszczy!? Jestem lekarzem i ratuję topielicę!

Pani spokorniała:

-           Mój Boże! Biedne dziecko! Przepraszam, panie doktorze!

Dziewczyna wkrótce usiadła i Jurek, chcąc nie chcąc, zmuszony był przerwać swoje pierwsze lekarskie zabiegi.

Skończył medycynę kilka lat później i pracował w szpitalu wojskowym. Podobno był dobrym chirurgiem, niestety umarł przedwcześnie i to dziwną jak na lekarza śmiercią. Zlekceważył u siebie symptomy ostrego zapalenia ślepej kiszki, która wkrótce potem pękła, powodując zakażenie jamy brzusznej, od którego, mimo wysiłków jego kolegów, nie udało się go już uratować. Wspominam go w mych myślach, gdyż był dobrym kolegą i mieliśmy dużo wspólnych przeżyć sportowych.

Cześć, Jurek i… do zobaczenia!