Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

…Poloneza czas zacząć! Podkomorzy rusza,

I z lekka zawinąwszy wyloty kontusza,

I wąsa podkręcając, podał rękę Zosi,

I skłoniwszy się grzecznie, w pierwszą parę prosi…

          … Brzmią zewsząd okrzyki:

   „Ach, to może ostatni! Patrzcie, patrzcie młodzi,

   Może ostatni, co tak poloneza wodzi!”…

Któż nie zna tych zwrotek poświęconych tradycyjnemu tańcowi polskości, majestatycznemu polonezowi. Wielki nasz Poeta, pełen romantycznej nostalgii, tak widział znad Sekwany wyidealizowany bal, gdzie panie były piękne i cnotliwe, a panowie pełni szarmu i godności. Takie wtedy były tańce i takie były biesiady. Cóż ja mogę powiedzieć o czasach mojej młodości, gdy zwyczaje i zabawy nie tylko zmieniły się nie do poznania, ale również i system społeczny odwrócił się do góry nogami. Trzeba przyznać, że zmiany te zaczynały się już od słownictwa. Dla nas, młodych, wieczory z tańcami nazywały się: „wieczornice”, gdy chodziło o spotkania taneczne na oficjalnie organizowanych zabawach, lub „prywatki” – wieczory tańcujące organizowane w prywatnych mieszkaniach, wśród grona bliskich przyjaciół.

Obwieszczenie o wieczornicy pojawiało się kilka dni wcześniej na szkolnej tablicy ogłoszeniowej, w formie lapidarnego komunikatu, że: „Klasy licealne żeńskiej szkoły, takiej-to-a-takiej, organizują wieczornicę taneczną, na którą zapraszają klasy licealne z Liceum Mechanicznego N°2”. Było tam jeszcze wyjaśnione, że pragnący uczestniczyć w wieczornicy po wcześniejszym zapisaniu się, zbiorą się w szkole i skład całą grupą wyruszy o godzinie … i że legitymacja szkolna będzie wymagana przy wejściu na salę. Trzy szkoły żeńskie tradycyjnie zapraszały nasze, w tych czasach wyłącznie męskie, liceum mechaniczne, a były to: upaństwowione od niedawna liceum Heleny Rzeszotarskiej przy ulicy Konopackiej, liceum włókiennicze przy ulicy Terespolskiej i liceum żeńskie przy ulicy Ząbkowskiej.

Elita dziewcząt z dobrych domów chodziła do Rzeszotarskiej, co nie było dziwne, ponieważ ich mamy czuły się bardziej swobodnie w herbaciarni czy w kawiarni niż w barach mlecznych czy w bufetach dworcowych. Byłem tam tylko raz na wieczornicy, sądzę, że inne tańcujące wieczorki były podobne do siebie jak dwie krople wody. Po dopełnieniu formalności wejściowo-szatniowych (wymagany był strój z krawatem), wchodziło się do dużej sali tanecznej, udekorowanej wiszącymi na ścianie portretami przywódców i rozpiętym pod nimi transparentem z odważnym hasłem dla tego miejsca: „Pierwsi w nauce dzisiaj — pierwsi w pracy jutro!” Jednak dekoracja żywa, która nas bardziej interesowała, była już zebrana na sali w komplecie.

Panienki czyściutkie i pachnące, w plisowanych, granatowych spódniczkach do połowy łydek i białych bluzeczkach z wyłożonym kołnierzykiem, siedziały obok mam na krzesłach rozstawionych wzdłuż ścian. Porządek był idealny: dwie mamy obok siebie, dwie panienki, następnie dwie mamy i znowu dwie panienki i tak dalej wokół sali. Ten porządek oczywiście był tylko na powitanie, później mamy miały tendencję „sklejania się” w oddzielne od młodych dziewcząt gromadki. Panienki siedziały skromnie obok mam, nie patrząc na chłopców, nóżki razem, buzia w „ciup” i rączki w „małdrzyk”. Myśmy z konieczności grupowali się w środku sali. Co śmielsi byli po brzegach, bardziej nieśmiali schowani za nimi, a ja, wstydząc się chyba mojego wzrostu, wyglądałem spoza głów innych, ulokowany w geograficznym centrum grupy. Na dany znak, głos organizatorki witał zebranych i życzył im miłej zabawy. Ktoś włączał patefon i zwarty do tej pory peleton młodzieńców rozbiegał się szybko w kierunku ścian. Niektóre ściany miały wyraźnie większą frekwencję młodych ludzi, ale to chyba dlatego, że wcześniejszy wywiad wzrokowy sygnalizował im obecność tam większej liczby urodziwych główek, a może tym magnesem była obecność eleganckich mam. Może.

Ja sam zwracałem uwagę tylko na jedno. Moja przyszła partnerka siedząc na krześle musiała mieć obie stopy postawione na podłodze, gdyż w przeciwnym wypadku mój taniec z „półwymiarem” powodował szydercze uśmieszki kolegów, czego serdecznie nie znosiłem. Jeśli chodzi o urodę partnerki, to doszedłem szybko do wniosku, że te mniej urodziwe są z zasady bardziej sympatyczne, a dodatkowo nie trzeba było przy pierwszym dźwięku muzyki mieć startu jak na „setkę”, gdyż konkurencja była mniejsza. Ponieważ od czasów letniej kolonii w Rytrze trudne arkana sztuki tańca nie były mi obce, więc już bez specjalnych oporów wewnętrznych i zgodnie z tym, co powiedziałem wyżej, „nabierałem” kierunek odpowiedniej ściany. U Rzeszotarskiej savoir-vivre wymagał, że podchodząc do ściany, najpierw kłaniałem się mamie, mamrocząc coś w rodzaju: „Czy pani pozwoli zaprosić do tańca pani córkę?” Mama kiwając głową, zachęcającym głosem dawała swoją zgodę, córeczka obserwując gesty mamy podnosiła się i potrząsając z gracją swoimi lokami i plisowaną spódniczką tak, by oba te elementy przyjęły nienaganną pozycję, stawała obok mnie. Trzymając ją za rękę, by inny „cwaniak” mi panny nie „podwędził”, „wcinaliśmy” się już razem w ruchomy korowód, by rozpocząć regulaminowy obchód sali.

W korowodzie pary trzymały się za przedramiona i posuwały się w rytm muzyki, bez okręcania się, kolebiąc z lewa na prawo i z prawa na lewo, niczym dwa pingwiny w marszu po śniegu. Szybkość kiwania się zależała od rytmu muzyki, w tangu była ona wolna, w passodoble szybka, a w walcu, jak kto chciał. Jedynie polka i oberek, oba tańce ludowe, więc ideologicznie czyste, tańczyło się „na okrągło” trzymając się z partnerką za dłonie. Po skończonym tańcu odprowadzałem partnerkę na miejsce „zakotwiczenia” jej przy mamusi, potem ukłon dla mamy z: „Dziękuję za pozwolenie”, ukłon córeczce z prostym: „Dziękuję” i jak najszybciej oddalałem się do mojego centralnego punktu. Czasami, jeżeli partnerka była sympatyczna, posuwałem grzeczność wobec mamy przy podziękowaniu aż do cmoknięcia jej reki, co mi było wynagradzane zwykle dodatkowym uśmiechem.

Muszę wyjaśnić, że na początku lat pięćdziesiątych partia i rząd dokładały dużo starań, by uchronić nas przed zgubnym dla młodych wpływem zachodniej, burżuazyjnej kultury, a w tym przed degenerującymi tańcami, które tam były rozpowszechnione. Ponieważ nie cała młodzież zdawała sobie sprawę ze szkodliwości tych obcych nam klasowo tańców, więc wprowadzono kontrole przez „zetempowskie trójki” jakości uprawianych na wieczornicach form tanecznych. Tańczyć „w kółko” było niedopuszczalne, zbliżenie między partnerami nie powinno być mniejsze od długości rąk, dotyk między ciałami partnerów był zakazany. Przekroczenie tych zakazów było najpierw karane upomnieniem, a w wypadku recydywy, wylaniem „ilico presto” z wieczornicy. Pozostać w tych warunkach w tańcu ideologicznie czystym nie było łatwo i mimo pomocy „trójek”, trzeba było jeszcze dużo czujności osobistej, by od czasu do czasu się nie „zakręcić”.

Zilustruję może ten temat ówczesnym wierszykiem, w którym autor pokazuje, do czego może doprowadzić brak moralnej czujności, nawet w wieku dojrzałym:

Chcąc odpocząć, nabrać werwy, uspokoić swoje nerwy,

Siadłem sobie raz przy winku, na wieczornym gdzieś dancingu.

Wtem orkiestra, raz, dwa, raz, dwa, straszny rytm, okropna nazwa,

„Boogie woogie” ktoś tam stęka, to podobno jest piosenka!

Zanim zacznę, patrzę wkoło, jaką by tu tańczyć szkołą.

Na parkietu różnych krańcach, dwie metody kwitną tańca,

   Ten partnerkę trzyma w biuście i swój system ma… konwulsje!

Tam znów tańczy młodzian z klępą i znużony z miną tępa, reguluje klępy tempo!

Zgoda, mój opis wieczornicy u Rzeszotarskiej jest trochę uproszczony, gdyż brak w nim przykładu, w którym jakaś mama odmawiała dania swej zgody na taniec córki ze zbyt natarczywym kawalerem, ale ten wypadek mógłbym opisać tylko teoretycznie, ponieważ nie miałem okazji znaleźć się samemu w tej kłopotliwej sytuacji. Wieczornice w innych szkołach były mniej formalne, ilości mam były dużo mniejsze, panienki chichotały w oddzielnych od mam zwartych grupach i same decydowały, z kim pójdą tańczyć, ale korowody taneczne wokół sali były autentycznie podobne. Mogę dodać, że liczba trójek obsługujących te wieczornice była obowiązkowo zwiększana odwrotnie proporcjonalnie do liczby obecnych tam mam. O ile obecność trójek dawała gwarancję, że zabawa przebiegnie spokojnie, zgodnie z duchem czasu, o tyle na zewnątrz sali każdy odpowiadał sam za siebie. Pamiętam, że po wieczornicy u „prząśniczek”, kończącej się jak przystało około 20-tej, po wyjściu zostaliśmy zaatakowani przez grupę lokalnych adoratorów, którzy, nie będąc zaproszeni na tańce, postanowili „odegrać się” na tych, co tam byli. Po odniesieniu licznych obrażeń woleliśmy wycofać się do liceum i tam czekać na przybycie milicji, której obecność już wystarczyła, aby nas uwolnić z tego prowizorycznego azylu.

Tańce, tak jak je uprawiano na wieczornicach, nie cieszyły się powodzeniem u młodzieży poza terenem szkoły. Toteż na zabawach w mieście, część z niej uprawiając modne wówczas na zachodzie szybkie tańce, niestety zakazane w szkolnych zabawach, kultywowała specyficzny sposób nie tylko tańczenia, ale również i ubierania się. Ich strój od pierwszego rzutu oka informował, że nosząca go osoba była adeptem oryginalności. Młodzieńca takiego nazywano powszechnie „bikiniarz” lub „doliniarz”, a jego odpowiednik płci pięknej nosił nieelegancką nazwę „cizia”.

Bikiniarz nosił obszerną marynarkę z grubej wełnianej i kolorowej tkaniny zwanej „samodziałem”, zapinaną na dwa duże guziki i z trzema kieszeniami naszytymi z zewnątrz. Marynarkę, bardzo szeroką w „barach”, nosiło się lekko odrzuconą do tyłu, co powodowało, że głowa jak na tablicy pamiątkowej, wystawała ponad piersiami. Koszula mogła być biała lub kolorowa z krótkim kołnierzykiem do krawata. Krawat w tym stroju był elementem niezwykle ważnym. Pod niewielkim węzłem zwisał wąski, ale w krzykliwym kolorze pasek tkaniny, koniecznie ozdobiony namalowaną farbami, pełną wyrazistych kształtów postacią młodej dziewczyny, ubranej w kostium kąpielowy typu „bikini”, i stad właśnie nazwa „bikiniarz”. A kto pamięta, że Bikini był to maleńki, zagubiony w oceanie atol, który miał wątpliwe szczęście być jednym z pierwszych poligonów atomowych? Spodnie z wąskimi nogawkami z wywiniętym kantem, kończące się na wysokości kostek, odsłaniały trzeci nieodzowny element stroju, skarpetki wykonane w żywych kolorach, które musiały być widoczne i podziwiane. Czwartym elementem ubioru były buty. Dopuszczało się tu, w zależności od miejsca, bądź wieczorowe „zamsze”, czyli buty pokryte z wierzchu zamszową skórą, lub dzienne buty skórzane (ale nie czarne), z grubą zelówką przyszytą do górnej części buta potrójnym ściegiem grubych nici, zwanym „sztuprem”, w kolorze żółtym.

Tak skomponowana całość ozdobiona była na wierzchu rodzajem głowy z włosami uczesanymi w „kaczy kuper”, w którym włosy z środkowej części głowy, odrzucone do tyłu tworzyły rodzaj bałtyckiej fali sztormowej wysuniętej lekko nad czoło, podczas gdy ich reszta z obu boków, ulizana na gładko z pomocą brylantyny, formowała aż do złudzenia, dwa kacze skrzydła. Taka postać, jeśli przypadkiem pojawiała się na wieczornicy, to przed jej „wylaniem” powodowała rodzaj „amoku” u części panienek, pozbawiający szans innych, bardziej tradycyjnie ubranych kawalerów.

Przyznam się z lekkim zażenowaniem, że kupiłem sobie, nie chwaląc się mamie, „samodział” i buty ze „sztuprem”’. Z braku wyrazistego krawatu mój strój był niekompletny, by pójść na jakiś „ubaw”, czego zresztą nie praktykowałem, ale paradowałem w nim z okazji równie ważnych wypraw do kina.

Brak mi danych do opisania stroju „cizi”, ale wydaje mi się, że ich spódniczki były obszerne, krótkie i kolorowe. Wyjaśnię, że bikiniarz nie był synonimem chuligana, do którego skojarzenie pojawiło się później i sama nazwa nie była obraźliwa, w przeciwieństwie do doliniarza, który raczej oznaczał bikiniarza uprawiającego złe nawyki. Dwie postacie, ubrane jak wyżej, nie mogły tańczyć w sposób banalny. „Rock and Roll” nie był jeszcze w Polsce znany, więc tańczono różne warianty jazzu, oczywiście kręcąc się szybko lub wolno, ale zawsze w kółeczko. Bikiniarz trzymał obowiązkowo lewą rękę w kieszeni spodni, prawą ręką obejmował cizię w zależności od jej wymiarów wzrostowych, bądź w pasie, bądź w biuście lub prosto za szyje. Czasami obraz uzupełniał kawałek papierosa przyklejony niedbale w lewym kącie jego ust. Cizia przypięta do partnera z prawej strony, obejmowała go lewą ręką tak, by utrzymać miedzy nimi stały studwudziestostopniowy kat, co pozwalało otaczającym widzieć równocześnie ich twarze skupione nad rytmicznym i symetrycznym przestawianiem czterech nóg. Niekiedy szczególnie udane „przejście” cizi pod ręką partnera czy jego nogą lub inna udana figura, świadcząca o opanowaniu trudnego baletowego kunsztu, była przez gapiący się tłumek wynagradzana oklaskami bez baczenia, że może to być poczytane za antyludową postawę.

Cizia i bikiniarz byli prawdziwą zmorą dla organizatorów wieczornic, ponieważ ich przesmyknięcie się do środka komplikowało w sposób szczególny funkcjonowanie korowodu tanecznego. A ich usunięcie stamtąd nie było też łatwe, biorąc pod uwagę wyraźny ku temu brak entuzjazmu u innych uczestników, a już szczególnie u uczestniczek.

Takie były wtedy reguły uprawianych tańców i noszenia odpowiadających im ubiorów.

A w sprawie rodzących się już, lecz jeszcze nieśmiałych uczuć?

Pewien „facetus amorem” dotknięty,

„Ad pulchram puellam” prawił complementy.

„Video pater”, „scipio” go za ucho

„Ora et labora”, ale nie z dziewuchą!