Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Mieliśmy w naszej szkole gabinet dentystyczny, w którym przeprowadzane były okresowe badania stanu uzębienia uczniów i jakieś bazowe zabiegi dla najbardziej potrzebujących. Ze zrozumiałych historycznie względów miałem duże opory przed wizytą w tym gabinecie. Jeżeli badania kontrolne znosiłem jeszcze bez problemów, to zwykłe oświadczenie pani doktor, wpatrującej się przez swe gruboszkielne okulary w moją odkrytą na oścież jamę ustną, „O! Coś tu jest podejrzanego. Musisz przyjść jeszcze raz”, dosłownie mroziło mi krew w żyłach. To „jeszcze raz” powodowało u mnie wizję, w której gabinet dentystyczny zmieniał się w komnatę tortur, a kat miał postać starszej, otyłej, utlenionej na blondynkę damy, której oczy wydawały się nieproporcjonalnie maleńkie ukryte w głębi za okularami. Dwa instrumenty tortur podkreślały już niecodzienny charakter miejsca: ręczny pistolet z wystającym na końcu burczącym borem i podłączony do niego długim metalowym wężem kołowrotek. Otóż kołowrotek był w owym czasie „gwoździem programu” szanującego się gabinetu dentystycznego. Pani doktor siedząc na krześle, poruszała uporczywie z góry na dół końcem stopy pedał nadający z kolei ruch obrotowy kołu kołowrotka. Ten z kolei przy pomocy skomplikowanych mechanizmów wprawiał w ruch obrotowy wyrafinowane narzędzie tortur, jakim w delikatnych rekach pani doktór stawał się bor.

Siedząc sztywno na krześle z poręczami, z oczami zaokrąglonymi przerażeniem, śledząc każdy ruch pani doktor, czułem, jak ona wziąwszy najpierw mały młoteczek, celnym ruchem uderzała w budzący jej podejrzenia ząb, a potem widocznie z przyzwyczajenia, obstukiwała wszystkie pozostałe. Niezależnie od uczucia bólu podskakiwałem przy każdym uderzeniu młotka, powodując nieodmienną uwagę: „Przestań skakać!” Potem, po krótkim namyśle, pani doktor decydowała: „Musimy go otworzyć”. Oczywiście chodziło tu o ząb, w którym należało zrobić dziurkę, aby zobaczyć, co się działo w jego środku. Wybór boru nie przedstawiał problemu, bo jak lubiła podkreślać pani: „One wszystkie są do wyrzucenia! Żeby ministerstwa nie stać było na zakup nowych borów! Dawniej to…” I tu zaczynał się monolog prowadzony równolegle do postępującej ospale operacji otwierania.

To, że bor był bardzo tępy, było pewne, gdyż skutki tego odczuwałem na własnym zębie. Nie byłem natomiast pewien, która z czynności – monolog, wiercenie czy pedałowanie, była winna, ale pani doktor wyraźnie nie umiała ich razem skoordynować. Przerwa w monologu czy w wierceniu nie były mi straszne, ale przerwa w pedałowaniu była pełna konsekwencji. Kołowrotek zatrzymywał się w złym miejscu, gdy pedał znajdował się na dole i żadne energiczne ruchy stopy nie pomagały, by bor zaczął działać na nowo. Otyła pani wstawała i pochylając się z trudem, palcem reki wprawiała koło kołowrotka w niezwykle szybkie kręcenie, co pozwalało jej usiąść i złapać stopą rytm pedału. Ale nie zawsze rozruch kończył się powodzeniem, czasami wymagało to kilku „podejść”, co pogarszało humor damy i pośrednio wydłużało moje cierpienia. Przy udanej próbie kołowrotek na nadobrotach, jak maszyna do szycia Singer, energicznie kręcił borem, ten z kolei przyciśnięty do zęba przetwarzał go na trociny, ja zaś zsuwałem się po krześle w dół, chcąc uniknąć nieuniknionego spotkania bora ze słynnym arcybolesnym nerwem, za co pani doktor mnie strofowała i… cykl otwierania zęba trwał dalej aż do ukończenia operacji.

Jeden z kolegów, który był zawsze dobrze „oblatany”, powiedział mi, że w klinice stomatologicznej Akademii Medycznej na Miodowej, studenci na zajęciach praktycznych robią w ząbkach cuda, starannie i bez bólu. Poszedłem. Duża sala była wypełniona rozstawionymi fotelami, z wymyślnie pochylanymi oparciami, na których spoczywali w półleżących pozycjach liczni pacjenci. Przy każdym pacjencie uwijał się student w białym fartuchu, a poważny pan o wyglądzie profesora i też ubrany na biało chodził od stoiska do stoiska i albo wyjaśniał coś, albo brał bor i sam pokazywał studentowi, jak powinien postąpić. Sprawiało to wrażenie sali wykładowej, w której pacjent był już tylko mało ważnym dodatkiem do prowadzonych ćwiczeń na zadany temat. Usiadłem na wskazanym mi fotelu nie bez emocji. Podeszła uśmiechająca się do mnie studentka i spytała, jaki jest mój problem. Pokazując na zaczęty w gabinecie szkolnym ząb, prowizorycznie opatrzony gipsem, wyjaśniłem, że dentystka, która zaczęła go odkrywać zachorowała i nie wiadomo, kiedy powróci do pracy, wobec czego ja…

„Dobrze, zobaczymy, co tam jest w środku”.

Zauważyłem już dawno, że niezależnie od lekarza, każdy z nich mówi o sobie w liczbie mnogiej „Zaraz to przemyjemy…, obejrzymy…, zoperujemy…”, jak kiedyś królowie i papieże. Może uważają, że ich wiedza daje im nieograniczoną władzę z prawem życia i śmierci nad resztą śmiertelników, skazanych na role poligonu doświadczalnego lub kobaya? Wiadomo, że lekarz nigdy się nie myli, to tylko pacjent może źle znosić zapisane mu lekarstwa; tak jak nie ma nieudanych operacji, tylko niektórzy pacjenci nie wytrzymują szoku pooperacyjnego, ale ostatecznie to ich sprawa. Być może nie jestem obiektywny, ale to z kolei jest tylko moja sprawa.

Studentka wydłubała zręcznie resztki gipsu, które tkwiły w zębie. „Oczyścimy go jeszcze trochę i zaplombujemy”, zadecydowała i zaczęła szukać słynnego bora, by go zamontować w uchwycie pistoletu.

- Pani Elu… – imię jej było ładnie wyhaftowane na nienagannie białym fartuchu – Ja chciałbym ze znieczuleniem.

- Myślę, że w pana wypadku to nie jest potrzebne.

- Ależ tak – strach mi dyktował ciąg dalszy – Ależ tak, ja mam silne uczulenie na ból i… tracę wtedy przytomność! To już się kilka razy zdążyło!

Zaniepokojona tym oświadczeniem studentka powiedziała:

- Proszę chwilkę poczekać, poproszę pana profesora. Wróciła po chwili sama, widocznie profesor był zajęty gdzie indziej.

- Dobrze, zrobię panu zastrzyk znieczulający, ale muszę się przyznać, że nie mam w tym jeszcze wprawy.

Zaniepokoiłem się również tym, co powiedziała, ale wolałem to niż ból. Widać było, że z nas dwojga nie tylko ja jestem bardzo przejęty. Studentka trochę nerwowo zaczęła piłować szklaną szyjkę buteleczki zawierającej płyn znieczulający. Widocznie nie było to dobrze zrobione, gdyż buteleczka przy próbie odłamania szyjki pękła i cały płyn rozlał się na śnieżny fartuch pani Eli.

- Oh! Bardzo przepraszam! Byłem zakłopotany. Studentka była ładną dziewczyną i nie chciałem, by denerwowała się przeze mnie.

- Nic nie szkodzi – wymruczałem, gdyż w ustach miałem już kawałki waty. Druga próba z buteleczką była udana.

- Proszę otworzyć usta. Szeroko! Moja szczęka dolna była na granicy wyskoczenia z zawiasów, studentka przystawiła igłę do dziąsła i…, nie wiem, dlaczego, ale połowa zawartości strzykawki znalazła się w moich otwartych ustach, igła tkwiła samotnie w dziąśle, zaś studentka w kolorze swojego fartucha trzymała w reku oswobodzoną od igły strzykawkę.

- Panie profesorze, proszę o pomoc! Obecność profesora wpłynęła uspokajająco nawet na mnie, a po wypłukaniu ust, dalszy ciąg procedury kształcenia przyszłych stomatologów, odbył się bezawaryjnie i bezboleśnie, ku mojemu wielkiemu zadowoleniu. Pani Ela dopędziła mnie, gdy wychodziłem już z budynku.

- Proszę mi wybaczyć moją niezręczność i ból, który panu wyrządziłam, ale tak się bałam, że pan zemdleje! Dla przypieczętowania naszej zgody ustaliliśmy, że pójdziemy po jej zajęciach razem do kina. Nie pamiętam tytułu filmu, który obejrzeliśmy, ale kino nazywało się W-Z, od nazwy nowo budowanej w Warszawie trasy przejazdowej Wschód-Zachód, i mieściło się przy ulicy Wolskiej.

Filmów wyświetlanych w nowo budowanych wreszcie kinach, były dwa rodzaje, sowieckie i zachodnie. Na pierwsze w zasadzie można było dostać miejsce bez długiego czekania w kolejce przed kinem, na drugie, których było bardzo, bardzo mało, kolejki były nieskończenie długie, z godzinami stania i często bez sukcesu, ponieważ ogłoszenie werdyktu: „Miejsc nie ma, wszystkie bilety zostały sprzedane”, kończyło okres nadziei na obejrzenie filmu. Była jeszcze inna możliwość, nabycie biletu u „konika”, ale już po cenie wielokrotnie wyższej od normalnej, a więc niedostępnej dla mnie. Konik w tych czasach spełniał niezwykle użyteczną funkcje społeczną. Rozwijając się w sposób automatyczny, tam gdzie pojawiała się potrzeba, uzupełniał oficjalną sieć handlową, często złą lub niekompletną. Bilety na spektakle, wymiana pieniędzy zachodnich, zakup atrakcyjnych ubrań, biżuterii, zegarków, różne bony i temu podobne, wszystko to mogło być dziedziną działania konika. Ośmielę się ogłosić następujące wezwanie: wystawmy pomnik zasług dla „Nieznanego Konika”, dzięki któremu polski socjalizm, w przeciwieństwie do innych krajów demokracji ludowej, był utworem mniej doktrynalnym i lżejszym do zniesienia dla potrzebujących obywateli.

Byłbym zapomniał o trzeciej kategorii filmów, tych zakazanych, których oczywiście żadne z kin nie wyświetlało. Ale… mój kolega z klasy pewnego dnia znalazł się przed gablotką wystawową ambasady amerykańskiej w Alejach Ujazdowskich, w której były przypięte fotografie obrazujące życie w USA. Oglądanie fotografii nie było zakazane, gdyż gablotki przed ambasadami były dostępne dla przechodniów, tym niemniej odbywało się to pod czujnym okiem „tajniaków”. Tym razem w gablotce było również wywieszone zaproszenie do obejrzenia filmu fabularnego wyświetlanego w ośrodku kultury w ambasadzie. Kolega nie wahając się długo, zdecydował się skorzystać z rzadkiej okazji obejrzenia filmu „stamtąd” bez konika i bez kolejki i wszedł do ośrodka kultury.

Gdy przestraszona mama po dwóch dniach nieobecności syna przyszła do szkoły, by odnaleźć ślady zaginionego, nikt z nas nie był w stanie jej odpowiedzieć, gdzie on się wybierał przed zniknięciem. Kolega pojawił się w szkole dopiero piątego dnia po zniknięciu, ale nie chciał nic mówić o tym, co się stało. Dopiero po maturze przyznał mi się, że tajniacy go „zgarnęli” przy wyjściu z kina ambasady, przesiedział u nich trzy dni o chlebie i wodzie z codziennymi niekończącymi się przesłuchaniami. Nie mówił, bo się wstydził, ale myślę, że fizycznie też mu dali „wciry”. W końcu go wypuszczono, grożąc, że jeśli piśnie choć słowo o tym, co się zdarzyło, to może się pożegnać z matura i ze szkołą. Od tej pory unikał starannie okolic Alei Ujazdowskich.

Po filmie, który skończył się wczesnym wieczorem, zaproponowałem Eli, że ją odprowadzę do domu. Moja rycerska propozycja była zaakceptowana z lekkim wahaniem, co przypisywałem zrozumiałej dla mnie nieśmiałości. Nawiasem mówiąc, przedstawiłem się jako kolega, student 1 roku wydziału samolotowego politechniki, gdyż uczeń 2 klasy licealnej wydawał mi się zbyt dziecinny dla młodej dentystki. Ela mieszkała w nieistniejącym dziś domu przy ulicy Pańskiej, tam gdzie obecnie stoi Pałac Kultury. Podchodząc do bramy miałem wrażenie, że będę miał problemy. I rzeczywiście, wrażenie szybko przybrało formę pewności. Grupka młodzieńców, widząc mnie podchodzącego z dziewczyną z ich domu, zaczęła wyraźnie mieć mi to za złe. Toteż nie zwlekając, zacząłem pospiesznie się żegnać, myśląc gorączkowo, w która stronę dać „dyla”, gdyż uwagi skierowane pod moim adresem były coraz bardziej niedwuznaczne. A w dodatku zauważyłem w słabym blasku latarni, że niektórzy z grupy trzymali w ręku zwinięte gazety. Rany boskie, „gazrurki!”.

„Gazrurka”, czyli krótka rura żelazna (z miedzią były kłopoty), owinięta w gazetę była dla ferajny z przedmieść, i nie tylko z przedmieść, tym czym był Winchester dla osadników z Far West’u. Nikt nie mógł się oprzeć przekonywującym argumentom zawartym w „Trybunie Ludu”, gazecie bezkompromisowej, mającej ideologicznie twardy jak metal rdzeń. Na szczęście dla mnie Ela z wielką przytomnością umysłu poinformowała ich, że ten pan (to znaczy ja), obronił ją od dwóch pijanych „facetów”, gdy czekała na przystanku tramwajowym i na jej prośbę odprowadził ją do domu. Może to było i przekonywujące, ale jeden z bandy, stukając gazetą z metalicznym dźwiękiem po latarni, poradził mi nie odnawiać znajomości z Elą, co ja, muszę to powiedzieć dzisiaj ze wstydem, ze skwapliwą gorliwością zaakceptowałem.

Tak to i w Warszawie, jak dawniej w Afryce, odkrywanie nowych, nieznanych terytoriów, nie zawsze było dla eksploratora bezpieczne!