Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

W klasie miałem kilku dobrych kolegów, z którymi się przyjaźniłem, ale szczególna symbioza umysłowo-fizyczna łączyła mnie z jednym z nich. Nazywał się typowo po polsku Jasio Rombel, pochodził z odległej wsi, położonej gdzieś za Siedlcami, a w okresie szkolnym mieszkał na stancji na Grochowie. Był barczysty, bardzo silny fizycznie i to chyba było wszystko, co można mu było zaliczyć w szkole na plus. Sztuka wysławiania się nie była jego pasją, co widać było szczególnie, gdy wyzwany do tablicy dawał odpowiedzi często niezrozumiałe nawet dla profesora. Nasza symbioza funkcjonowała na zasadzie wzajemnego uzupełniania się. Jasio dysponował siłą jak mało kto i dobrą chęcią użycia jej w moim interesie, ja z kolei, miałem za zadanie dostarczać dla wspólnego użytku i w razie potrzeby, materialną produkcję moich szarych komórek. Przekonywująca osobowość Jasia była mi tym bardziej potrzebna, że przy moich wymiarach, prawie 190 cm i 62 kg, moje argumenty nie zawsze były wystarczająco przekonywujące, zwłaszcza przy silnej rozbieżności zdań z jakimś kolegą. Może to z powodu niedostatków fizycznych, ale zawsze wolałem regulować rozbieżności wynikłe z różnicy pogladów na jakiś problem przez porozumienie się z moim rozmówcą za pomocą bardzo modnej wtedy dialektyki. No, ale jeśli mój rozmówca stawał się agresywny i nieładnie odnosił się do dorobku filozofów greckich, proponowałem wówczas Jasia jako mojego przedstawiciela, do przejęcia dalszej dyskusji, a sam oddalałem się z godnością na stronę. Nie zdarzyło się, by Jasio zawiódł moje oczekiwania, jego przekonywująca sylwetka z namacalnymi argumentami odnosiła zwykle sukces. Ale były też wyjątki.

Pewnego wieczoru poszedłem odrabiać lekcje u jednego z moich kolegów, Jurka Pasternaka, który mieszkał przy ulicy 11 Listopada, niedaleko szkoły. Był zimowy wczesny wieczór. Wchodząc do bramy budynku natknąłem się na dwóch lokalnych „stójkowych”, z których jeden na przywitanie podstawił mi nogę, a drugi popychając mnie przekształcił moje zachwianie się w regularną już „wywrotkę”. Zrywając się z ziemi i zapominając chwilowo o dialektyce, zafundowałem jednemu z nich prawy sierpowy i nie czekając na dalsze z nimi kontakty, jak kangur skacząc po trzy stopnie, pognałem klatką schodową do mieszkania mojego kolegi. Miałem solidnego „pietra”, bo co będzie, gdy przyjdzie pora odejścia do domu? Po naradzie ustaliliśmy, że Jurek przed moim wyjściem z kwatery przeprowadzi rozeznanie sytuacji „na bramie” i spróbuje „dogadać się”. Dwukrotna wyprawa pojednawcza okazała się negatywna. Grupa na dole, która powiększyła się w międzyczasie o przedstawicieli sąsiednich bram, pałała niezrozumiałą dla mnie chęcią zemsty. Opuściłem mój „azyl” dobrze po północy, gdyż nie sposób było dłużej w nim zostać. Z niewielką nadzieją, że ich już nie ma, po ciemku i bez hałasu zszedłem do bramy. Niestety, grupa, choć w składzie niekompletnym, była! Na mój widok zastosowali taktykę natarcia drogą panu Zagłobie, „Kupą, mości panowie”, a której efekty okazały się dla mnie niezwykle bolesne. Ocalenie od większych obrażeń cielesnych zawdzięczałem tylko moim długim nogom i silnej decyzji wyłączenia honoru, zwykle bardzo wrażliwego, na czas trwania zajścia.

Gdy dowlokłem się w końcu do domu na Czynszową, miałem następny problem wieczoru do rozwiązania, jak wejść przez bramę nie budząc dozorcy. Dozorca, którego nazywano wtedy popularnie „cieciem”, był ważną postacią w życiu „kamienicy”. Był to najniższy szczebel administracji państwowej, ale wcale nie najmniej ważny. Cieć miał liczne funkcje nieoficjalne, a z oficjalnych, które nas młodocianych dotyczyły szczególnie, to zamykanie bramy o 22 godzinie i otwieranie jej spóźnialskim. Ponieważ otwieranie bramy było płatne, nasz cieć, pod pretekstem, że musi iść spać wcześniej z powodu rannego wstawania, zamykał bramę również wcześniej, gdzieś około 20. Gdy spóźniony klient dzwonił do bramy po jej zamknięciu, najpierw musiał uzbroić się w cierpliwość, aby cieć mógł się rozbudzić i stosownie ubrać, potem słychać było człapanie i głębokie wzdychanie człowieka „wybitego” z pierwszego snu. Zgrzyt ogromnego klucza w zamku i szpara w lekko uchylonych drzwiach, podpartych butem od wewnątrz na wszelki wypadek, były sygnałem dla klienta do wsunięcia w nią reki, zaopatrzonej przezornie w odpowiedni załącznik z napisem „Bilety Narodowego Banku Polskiego są prawnym środkiem płatniczym w Polsce”.

Nie sądzę, by dozorca po ciemku mógł przeczytać napis, ale w zależności od kalibru załącznika, szpara mogła się powiększyć lub zostać jak była w oczekiwaniu, aż klient znajdzie bilet właściwego rozmiaru. W moim konkretnym wypadku nie miałem grosza przy duszy, więc licząc, że dozorca usnął już snem sprawiedliwego, użyłem metody zastępczej. Brama była zrobiona jeszcze za cara, z solidnych grubych drewien ozdobionych różnymi „wykuszami”, a na górze, 3 metry nad ziemią były okna, a raczej otwory bez szyb, gdyż te wyleciały już kiedyś, w czasie bombardowań. Otwory były niewysokie, ale mimo obolałości przeszedłem na drugą stronę. Na szczęście dozorca spał twardym, regenerującym snem niewinnego!

Następnego dnia opowiedziałem Jasiowi moją przygodę, a ten po obejrzeniu moich siniaków i podrapań pokiwał głową, a odchodząc, wydał mi się lekko zafrasowany. Po kilku dniach pokazując mi pięść przyłożoną do swego policzka, powiedział lakonicznie: „Załatwione!” Zrozumiałem i uścisnąłem mu rękę bez słowa, jak symbioźnikom przystało. Niedługo potem, w dniu wizyt w szpitalu Przemienienia Pańskiego na Pradze, siedząc przy łóżku Jasia i mimo skąpej ilości wymienionych słów, gdyż głowę miał silnie zabandażowaną, poznałem trylogię zajścia, które doprowadziło do kilkudniowego jego pobytu w szpitalu.

Akt pierwszy. Jasio ze swoją „sitwą” z Grochowa organizuje karną ekspedycję na 11 Listopada w celach dydaktycznych, a mianowicie dać bandzie tamtych „dobrą lekcję”. Grochowscy komandosi odnoszą duży sukces w spotkaniu z lokalna „ferajną”, widocznie mniej liczną i nieprzygotowaną do dialogu. Niezbędna interwencja pogotowia ratunkowego po wycofaniu się komandosów kończy zajście.

Akt drugi. Wywiadowcy z 11 Listopada lokalizują Jasia jako prowodyra i ucznia z sąsiedniej szkoły.

Akt trzeci. Idącemu samotnie do tramwaju przez Park Praski Jasiowi, pałająca zemstą ferajna przecina drogę i brzydko go masakruje przy pomocy tępych narzędzi. Wyraziłem Jasiowi ubolewanie, że pośrednio byłem przyczyną tego, co się stało. Pokręcił bandażami przecząco i prawie bezgłośnie dodał: „To nic. Tym dwóm, co ich załatwiłem, nim straciłem czucie, im w szpitalu na długo!” Wychodząc, miałem wrażenie, że rozmawiałem z bohaterem. Od tej pory Jasio dzięki moim zdwojonym wysiłkom w przygotowaniu mu bazy danych naukowych, przesunął w krótkim czasie swój wagon w pociągu klasowym (nie, nie w tym z historii marksizmu), z ostatniego na zupełnie poprawne środkowe miejsce.

Wspomnienia z ulicy Czynszowej są nieodłączną częścią moich lat licealnych, podczas których mieszkałem w Warszawie, a ściślej mówiąc na Pradze. Praga, znajdująca się na wschodnim brzegu Wisły, nie została zburzona przez Niemców w czasie powstania warszawskiego, z tej prostej przyczyny, że ich obecność tutaj była już symboliczna. Zmęczona długą drogą Armia Czerwona, aby nabrać „tchu” przed dalszymi ciężkimi walkami, stanęła, zgodnie z rozkazem swego wodza, murem w okolicach Pragi, zostawiając najeźdźcy czas na zlikwidowanie powstańców po drugiej stronie Wisły i obrócenie stolicy w gruzowisko. Dzięki temu Praga pozostała prawie taka sama, jaką zostawiłem, wyjeżdżając z dziadkiem na Dzierząznię. Sama ulica rozciągała swe „kocie łby”, czyli okrągłe kamienie, jakimi była wybrukowana, na długości około 150 metrów, miedzy ulicą Stalową i Ciemnowileńską, która – jak sama nazwa wskazywała – była ciemna, bez oświetlenia. Począwszy od zmroku aż do poranka, ulica Czynszowa była oświetlona 6 antycznymi lampami gazowymi, których chwiejące się płomyki, skąpym swym światłem nadawały klimat tajemniczości przemykającym od czasu do czasu, trudno rozpoznawalnym sylwetkom przechodniów. Latarnik, wyróżniający się urzędową czapką ze znakiem herbowym gazownika, z regularną wytrwałością w zależności od pory dnia, zapalał lub gasił latarnie za pomocą długiego kija zakończonego hakiem. Nadawało mu to, chodzącemu wolnym krokiem w półmroku, wygląd dawnego halabardnika, czuwającego nad bezpieczeństwem okolicznych mieszkańców. Brakowało w tym obrazie jedynie śpiewanego drzewiej, napominającego hejnału

Już dziewiąta na zegarze, idźcie do snu gospodarze,

Chrońcie ognia i złodzieja, chwalcie Boga Dobrodzieja!

Na początku lat pięćdziesiątych dokonano ogromnego postępu technicznego w systemie oświetlania ulic, dzięki „opakowaniu” płomyków gazowych w siateczki, których „żarzenie” dawało bardziej wyraziste światło. Dzięki temu można było wreszcie rozróżnić rodzaj przemykającego się chodnikiem seksu, ale równocześnie zniknęła romantyczna tajemniczość otoczenia, wydobywając z ciemności odrapane fasady domów. Ulica Czynszowa była w owym czasie zabudowana kilkoma czynszowymi kamienicami (tak bowiem nazywano obecne „wielorodzinne domy mieszkalne”), zbudowanymi z pewnością jeszcze za carskich czasów i przeznaczonymi do „silosowania” jak największej liczby lokatorów. Kamienice były do siebie bardzo podobne, posiadały po trzy lub cztery piętra i z lotu ptaka można było je rozpoznać po charakterystycznych dla „czynszówek”, kwadratowych podwórkach, zwanych ze względu na ich olimpijskie wymiary 12 na 12 metrów „studniami”. Taki plac podwórkowy, o wymiarach „atrium” w rzymskiej willi, był miejscem, gdzie manifestowały się, w zależności od pory roku, liczne formy życia codziennego. Przede wszystkim było to uprzywilejowane miejsce spotykania się lokatorów, przypadkowego lub towarzyskiego, wymiany poglądów i wiadomości, czasami uprzejmych, a czasami krzykliwych i agresywnych. Był to również plac zabaw dla dzieci, dla których królujący na środku drewniany „trzepak”, ekologiczne miejsce trzepania chodników i rzadziej dywanów, był używany jako przyrząd gimnastyczny, bramka dla futbolu czy siatka do siatkówki. Nawet przez jakiś czas funkcjonowała na naszym podwórku piaskownica, którą jakiś przedsiębiorczy ojciec zbudował z myślą o swych „milusińskich”, ale ta inwestycja nie wytrzymała próby czasu. Drewniana rama piaskownicy, zanim ktoś ją „podwędził”, służyła nocą do składania różnych odpadów, co w ciągu dnia nie zachęcało rodziców do „sadzania” w brudnej ziemi drogich im „kwiatuszków”.

Funkcja handlowa podwórka była niemniej istotna. Tu bowiem wędrujący z bramy do bramy handlowcy proponowali sprzedaż produktów żywnościowych, gospodarczych, przemysłowych czy opałowych, których cena była przedmiotem ożywionej wymiany „pakietów informacyjnych” miedzy sprzedawcą i zainteresowanym lokatorem. Sprzedawca z podniesioną głową, lustrując okna ewentualnych nabywców, zachwalał wyjątkowe zalety swojej dostawy. Lokator, otworzywszy okno lub lufcik, zapytywał o cenę, a usłyszawszy ją, nieodmiennie wyrażał zdanie, że tak drogo to on nie kupi, ale proponował swoją alternatywną cenę, znacznie rozsądniejszą. Takie negocjacje mogły trwać kilkanaście minut, a w zależności od atrakcyjności towaru i jego ceny, także inni lokatorzy otwierali lufciki, by uczestniczyć w rozszerzonym handlowym porozumieniu. Podobnie proponowane były różne usługi, z których legendarne ostrzenie noży i innych tnących narzędzi, połączone z bezzwłocznym wstawianiem szyb lub ich uszczelnianiem w oknach, ogłaszane było przenikliwym dźwiękiem dzwonka potrząsanego ręką rzemieślnika.

Nie można też zapomnieć o ważnej funkcji podwórka w dziedzinie krzewienia kultury muzycznej. Otóż koncerty, dawane regularnie przez wędrujące zespoły muzyków-śpiewaków, cieszyły się zwykle dużym powodzeniem, o czym świadczyła liczba otwierających się na podwórko okien. Bywały wypadki, że jakaś uroczystość rodzinna, jak imieniny czy chrzciny była ożywiana na początku koncertem zespołu zaproszonego specjalnie na tę okazję. Mówię „na początku”, bo zwykle po kilku toastach: „No to cyk, za zdrowie Pań!”, naturalna potrzeba włączenia swoich głosów do koncertu nie pozwalała już biesiadnikom słyszeć innych dźwięków dochodzących zza okna. Jakość produkcji była różna i zależała głównie od stanu wokalizy solisty, gdyż śpiewanie, często w trudnych warunkach atmosferycznych, miało zły wpływ na jego struny głosowe, a ich konserwacja, prowadzona za pomocą płynu zawartego w butelce, nie zawsze dawała oczekiwane rezultaty.

Od strony repertuaru większość zespołów nie szukała oryginalności, śpiewano więc piosenki rzewne, andrusowskie, a czasami zakazane lub na granicy tolerancji ich przez władzę ludową. Tu już cena za spektakl, którego trwanie zależało od liczby otwartych okien, była „uznaniowa”. Rzucane monety lub banknoty zawinięte w kawałek gazety były pieczołowicie zbierane przez muzyków w przerwie koncertu. W wyjątkowych wypadkach, gdy odkryta uznaniowa darowizna okazała się nieoczekiwanie szczodra, dyrygent zespołu dedykował następny utwór: „Dla szanownej pani dobrodziejki z trzeciego piętra”, wykonując przy tym zamaszysty ruch ręką, trzymającą zdjętą z głowy czapkę. Można też było zamówić jakąś znaną melodię czy piosenkę. A w wypadku braku jej w repertuarze, niezrażony tym dyrygent proponował utwór zastępczy, przepraszając klientkę, że z powodu choroby, przejściowej oczywiście, pierwszego skrzypka, wykonanie zamawianego utworu mogłoby okazać się mniej doskonałe.

Dodatkową zaletą podwórka było, że to, co się tam działo, było dostępne wzrokowo i słuchowo dla wszystkich lokatorów. Nawet lokatorzy ściany frontowej, którzy mieli okna ozdobione wykuszami z balkonami wychodzącymi na ulicę, dysponowali również oknami od podwórka, podobnie jak reszta lokatorów, skazanych na jedyny widok podwórka. W zasadzie kamienica w swoich wnętrzach zawierała dwa różne światki, przypuszczam zasiedlone tu jeszcze przed wojną, które praktycznie nie miały kontaktu ze sobą. „Podwórkowcy” mieli małe mieszkanka i klatki schodowe wychodzące na podwórko, podczas gdy „frontowcy” mieli mieszkania wyższego standingu i własną klatkę schodowa, dostępną prosto z bramy. Mieszkający od frontu uważali się za „high life” kamienicy, co uznawali zresztą sami lokatorzy. Ciocia mówiła: „Rysiu, idź do Bajkowskiej i poproś o trzepaczkę, bo moja się złamała”, gdy chodziło o podwórkowca, lub: „Widziałam pana Z. jak wychodził z kamienicy. Biedny, bardzo się postarzał”, gdy chodziło o frontowca.

Pewnego dnia zapalając światło wyłącznikiem umieszczonym na zewnątrz klatki schodowej, poczułem nieprzyjemne „kopniecie” w całym ciele. Przebicie prądu! Nie mając jednak pewności, pobiegłem po Kazika, by sprawdzić, czy przebicie było ciągłe. Przeciągłe „Ajjj!”, wydane przez sprowadzony „testometr”, potwierdziło słuszność mojego kroku. Przebicie było ciągłe, a nie przypadkowe. Stanęliśmy we dwóch przy trzepaku, by kontynuować nasze doświadczenie. Wszyscy przechodzący zostali prawidłowo kopnięci, usiłując zapalić światło, z wyjątkiem jednego. Ten, dobrze już „pod muchą”, uznawszy prawdopodobnie, że pierwsza próba zapalenia światła była wadliwa, dokonał jeszcze dwóch następnych, ale po trzecim kopnięciu machnąwszy ręką, zrezygnowany począł piąć się po schodach po ciemku.

Powiadomiony przez kogoś „cieć” zameldował gdzie trzeba o przebiciu, nie zapominając wywiesić kartkę z napisem „Nie dotykać. Prąd”. Nie wiem dlaczego, ale w człowieku tkwi wrodzona chęć przekonania się samemu o zjawisku, jeśli ono jest mu dostępne. Czytający w gazecie, że wyprodukowano barana o dwóch głowach z przodu i tyłu, uwierzy w to bez zastrzeżenia, widząc natomiast kartkę z napisem „Świeżo malowane”, nie wytrzyma i dotknie palcem, aby sprawdzić. Tak było i tu. Nim ekipa remontowa dokonała nieplanowanej poprzednio wyprawy na Czynszową, upłynęło kilka dni, kilka nowych osób zostało kopniętych, bo ostrzegająca kartka gdzieś przepadła, ale po jej przybyciu sprawy poszły szybko do przodu. Rozkuty w czasie interwencji mur wymagał poważnej reperacji, a więc zainstalowany został system wciągania kubłów z tynkiem do okna klatki chodowej na pierwszym piętrze.

Ponieważ praca trwała kilka dni, dało nam to ideę, aby wypróbować ten oryginalny sposób podnoszenia ciężarów również do transportu ludzi. Po odejściu brygady w końcu któregoś pracowitego dnia, korzystając, że linka wisiała przeciągnięta na kółku zawieszonym w oknie drugiego piętra, postanowiliśmy przekształcić ją w windę osobową. Obecność mojego kolegi z Płońska, Wiktora Czyżewskiego, była nam pomocna, gdyż jak wiadomo z mechaniki jednego kółka, ciężar wciągający musi być większy od ciężaru wciąganego. Zaczepieni z Wiktorem za jeden koniec liny, wciągnęliśmy bez problemu na pierwsze piętro Kazika, trzymającego się liny, której koniec w postaci pętli pozwalał mu ulokować tam swoje stopy. Przyszła następnie moja kolej, aby wjechać wypróbowaną już drogą i bez wysiłku na pierwsze piętro. Niestety, zaszła tutaj nieprzewidziana okoliczność.

Cieć, widząc chłopaków manipulujących na niezakończonej budowie, krzycząc chwycił swój instrument pracy, nazywany popularnie miotłą. Kazik przestraszony dał „nogę”, co miało jako efekt natychmiastowe zmniejszenie o 40 procent ciężaru wciągarki, co z kolej przekształciło lekkiego Wiktora z wciągającego we wciąganego, a mnie zmieniło kierunek jazdy na odwrotny. Na szczęście dla mnie karygodne opuszczenie stanowiska przez Kazika zaszło, gdy znajdowałem się w połowie drogi i upadek z tej wysokości skończył się dla mnie bez konsekwencji. Podobny wypadek, ale z tragicznym zakończeniem widziałem kilka lat później.

Mama mieszkała wtedy w wynajętym pokoju przy ulicy Wójcika, w oczekiwaniu na przeprowadzenie się do mieszkania otrzymanego w spółdzielni „Osiedle Młodych”. Idąc wieczorem do mamy widziałem bardzo pijanego pana, siedzącego na parapecie okna klatki schodowej, na półpiętrze. Siedząc już przy kolacji, usłyszeliśmy głuchy odgłos jakby upadku, co nie zwróciło zresztą naszej uwagi. Dopiero, gdy ktoś krzyknął, że człowiek leży, wybiegłem na podwórko, by ujrzeć rozciągniętego na ziemi mojego znajomego z klatki. Mimo niewielkiej wysokości upadku, bo około 3 metrów, poniósł śmierć na miejscu.

Dodam, że mój przyjaciel Wiktor, który nam sekundował często w naszych wyprawach, ukończył dziesiątą klasę w Płońsku i próbował rok później pójść moimi śladami. Niestety, mimo że został przyjęty do liceum w naszej szkole, na pierwsze półrocze miał za dużo dwójek i musiał opuścić jej mury.