Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Niezależnie od moich problemów emocjonalnych, związanych ze znalezieniem kładki, która by umożliwiła mi przejście do nieosiągalnego na razie gmachu politechniki, życie codzienne w drugiej licealnej przebiegało dla mnie raczej bez zakłóceń. Zajęć w szkole mieliśmy dosyć dużo, gdyż przez pięć dni w tygodniu napełnialiśmy sobie głowy przedmiotami lekcyjnymi, a w jeden dzień zajęć warsztatowych przyswajaliśmy trudną sztukę rękodzielnika metalowca. Poza nauką w szkole i odrabianiem lekcji w domu miałem jeszcze dwie małe „pasje”, które zresztą sam sobie nałożyłem, a więc musiałem je zaliczyć do przyjemnych: „oświecanie” analfabetów i „doświecanie” gimnazjalistów. To były moje zajęcia bazowe. Resztę czasu, a miałem go aż za dużo, poświęcałem na liczne zajęcia nieobjęte programem, jak spotkania z kolegami, chodzenie do kina, pilnowanie małej siostry Kazika, zaopatrywanie mieszkania w węgiel i wynoszenie śmieci, obowiązkową pomoc przy odbudowie miasta, przy zieleńcach, kwiatach i śniegu, wyprawy rowerowe, tańce na wieczornicach, kąpiele, treningi siatkówki, ulepszanie mojego IQ. Uff, może już wystarczy.

To, co powiedziałem można porównać do kalendarzowego roku na Syberii, gdzie zima trwa tylko 9 miesięcy, a przez resztę czasu trwa długie, niekończące się prawie lato.