Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Nie mogę sobie odmówić przyjemności niewielkiej dygresji a propos manii zebrań, która w tych czasach szalała na wszystkich „piętrach” życia społeczeństwa. Zebranie bowiem było manifestacją inicjatywy, wyrazem aktywności tych, którzy je organizowali, dla „wyższego szczebla”. Zebranie było również potrzebne organizatorom, by zmniejszyć ich odpowiedzialność przed szczeblem w wypadku jakiejś „wpadki” (decyzja była przyjęta przez kolektyw, po głębokiej analizie!), bądź dać nowy powód do chwały w wypadku, gdyby akcja się powiodła. Jednym słowem, zebranie było „szarą maścią” na większość codziennych problemów. Zilustruję to na przykładzie wymyślonym, ale jakże realnym.

Pojawił się w jakimś ówczesnym piśmie, właśnie taki tematyczny wierszyk jednego z satyryków, z którego krótki wyjątek przytaczam:

Zebranie zaczyna się ściśle w terminie, to jest pół godziny po ścisłej godzinie.

Ktoś wstępne ma słowo, na ogół długawe, ma ono stanowić dyskusji podstawę…

…Potem do głosu dorywa się facet, co z wszystkim się zgadza, co daje swój placet…

… Mijają godziny, o końcu się marzy, lecz wtedy pojawia się On, Król Nudziarzy.

Zaczyna ab ovo, podkreśla na nowo, cykając z przejęciem co pięć sekund słowo.

I tu satyryk zmitygował się widocznie, że jeśli na tym skończy swój utwór, to nigdy go nie wydrukują, więc dodał, jako pointę, krótkie, lecz prostujące poprzednie „szpilki” zakończenie:

…”Rodacy! Zebranie to rzecz pożyteczna, dająca korzyści, ze wszech miar konieczna!

Lecz mowcież-że krótko, tyle, ile trzeba, a życie się stanie przedsionkiem do nieba!”

Inny ówczesny satyryk opisał ten sam problem trochę inaczej, w formie dziadowskiej ballady:

Na rogu Dzielnej, tam gdzie Dantyszka, w niewielkim domu z re-emontu,

Mieszkał tam sobie Ignacy Pliszka, z żoną i dzieckiem o-od frontu.

            Ona mu była wierności wzorem i gotowala, te-eż świetnie,

A on był w biurze kalkulatorem, a dziecię było nie-eletnie…

…Aż dnia jednego nagle w tym biurze, drzwi otwierają się-ę ciężkie,

I w progu staje dziecię nieduże, ze łzami w oczach, płci-i męskiej,

Stoi i płacze biedny malciszka na wszystkie patrzy się-ę strony,

„Ach który z was jest Ignacy Pliszka, który mój ojciec ro-odzony?

Pięć lat już żyję ja na tym świecie i smutek serce mi-i toczy,

Bom jeszcze dotąd, nieszczęsne dziecię, nie widział ojca na-a oczy”

            Ah, jaki płacz się zrobił w tym biurze, kobiety mglały na-a sali,

            A ojciec z synem, jak te dwie róże, nic tylko się cało-owali.

„Tyżeś to tyżeś, mój ojcze drogi, który mnie na świat wy-ydałes?”

„Tyżeś to tyżeś, synku mój drogi, co jak wracałem to-o spałeś?”

Ale się w końcu musieli rozstać i rzekł ten ojciec – Ko-ochanie!

Wracaj do domu, ja muszę zostać, bo mam dziś ważne ze-ebranie!

W związku zawodowym poetów satyryków, na zebraniu komórki partyjnej poświeconym roli satyry w służbie mas pracujących, prelegent przysłany z wyższego komitetu miał nadać ton zebraniu i dokonać podsumowania dyskusji, formułując odpowiednie wnioski do przyjęcia następnie jednogłośnie. Prelegent, to była niezwykle ważna postać w organizacji i funkcjonowaniu życia partyjnego. To on bowiem był łącznikiem posiadającym przywilej przekazywania dyrektyw wyższego szczebla do przyjęcia ich bez dyskusji przez niższy szczebel, kontrolując w ten sposób, by „linia partii” nie uległa jakiemukolwiek wypaczeniu. Toteż zgodnie ze swoim partyjnym posłannictwem, nasz przykładowy prelegent po zapoznaniu się z obu utworami, oceniłby je tak:

- Towarzysze! (forma rezerwowana tylko dla kontaktów miedzy członkami partii). Towarzysze, pierwszy utwór daje nam wnikliwa ocenę, przedstawioną w formie satyrycznej, ważnego elementu, a raczej nieodzownego elementu naszego życia, jakim jest zebranie członków naszej partii! (lekkie brawa). Obywatel satyryk, pokazuje nam, jak niektórzy z nas, nie rozumiejąc, że zebranie powinno być konkretne i konstruktywne, zabierają głos po to tylko, żeby pokazać, że są obecni. Obywatel satyryk słusznie ich karykaturuje i jego krytykę trzeba uznać za krytykę twórczą, pozytywną, gdyż we wnioskach swojego utworu daje on nam prawidłową ocenę konieczności i roli zebrań w życiu naszej partii!

Frenetyczne brawa słuchających, niektórzy podnoszą się z miejsc, machając rekami, jakby chcieli, aby ci z prezydium mogli ich lepiej zauważyć. Prelegent toczy oczami po sali, dając znak dłonią, że może już starczy tych słusznych skądinąd braw i kontynuuje:

- Popatrzmy teraz, co mówi na ten temat drugi utwór. Tu „pan” satyryk w formie pamfletu, z pewnym może talentem atakuje samą ideę zebrania, ideę, którą nasz wielki przywódca, towarzysz XY, w 23 tomie swoich dzieł, określił jako bazę naszej demokracji proletariackiej. Towarzysze! To już nie jest krytyka twórcza, to nie jest nawet krytyka, to jest krytykanctwo! Musimy być czujni i zgodnie z tezami 55. kongresu naszej Partii, nie dopuścić do przeniknięcia w naszą rewolucyjną świadomość takich wrogich nam teorii!

Sala bez wyjątku wstaje, klapiąc w ręce i jakby tego było za mało, skandując: bra-wo, bra-wo! Zebranie kończy się odśpiewaniem na stojąco przez rozgrzany „do białości” parter, apoteozy „wyklętego ludu”.

Po takiej ocenie utworów przez prelegenta, pierwsza satyra będzie wydrukowana, a jej autor może się ubiegać o tytuł zasłużonego barda socjalizmu, podczas gdy drugi satyryk ze swoim rękopisem może zejść do szatni, by się ubrać. Śmieszne? Przesadzone? Niestety, ani jedno, ani drugie, po prostu realny obrazek ówczesnej rzeczywistości! A teraz, po tym fikcyjnym opisaniu realistycznej prawdy, powracam do mojej, tym razem już nie fikcji.

No więc przychodzę na wyznaczone w zarządzie ZMP zebranie. Kilku uczestników siedzi i czeka cierpliwie na przybycie kogoś ważnego, kogoś, kto otworzy zebranie i nada odpowiedni kierunek dyskusji. W końcu pojawia się zastępca sekretarza komitetu i podaje oczekującym temat zebrania. A wiec, zebranie ma poruszyć ważną kwestię, jak wzmocnić walkę z analfabetyzmem, w świetle decyzji Komitetu Centralnego Partii… i bla-bla-bla, i bla-bla-bla…przez nastepną godzinę, półtorej. W jakimś momencie otwierają się drzwi i energicznym krokiem wchodzi kolega sekretarz , wszyscy podnoszą się, on siada twarzą do zgromadzonych i skinieniem ręki zezwala innym usiąść. Nie omyliłem się, myśląc nad moją wypowiedzią, gdyż zwracając się do zebranych, ale ze spojrzeniem spoczywającym na mnie, kolega sekretarz stanowczym głosem rzucił:

- Może kolega nam wytłumaczy, jak to się stało, że centralny organ prasowy Partii zainteresował się naszymi osiągnięciami w walce z analfabetyzmem?

 W podtekście, który odczytałem natychmiast, miało to znaczyć: „Skąd i jakie ty masz „chody” w „Trybunie”, by znaleźć się w jej artykule?”. Odpowiedzieć, że przez przypadek…? Nigdy w życiu! Bo jeśli to był przypadek, to szybko o nim, i co najgorsze o mnie, zapomną. A że to był przypadek, wiedział jedynie pan Pickwick, gdyż to on wskazał mnie dziennikarzowi. Mógł wskazać na mojego kolegę, też dobrego ucznia i w dodatku sekretarza Partii w szkole i wszystko byłoby inaczej. Odpowiedziałem więc, trochę „gmatwając” odpowiedź, ale wszyscy rozumieli dobrze, że w takiej delikatnej sprawie odpowiedzi jasnej nie będzie, że w programie organu prasowego Partii był przewidziany artykuł na ten temat i że ktoś, kto znał moją pracę, zaproponował, żeby moją metodę nauki analfabetów rozpowszechnić na inne ośrodki nauczania w kraju. Że ta metoda, oparta na nawiązaniu indywidualnego kontaktu z uczniem-analfabetą, zachęca go do uczestnictwa w lekcjach i, co najważniejsze, daje 100-procentowy rezultat.

Krótko mówiąc, dałem im do zrozumienia, że gdzieś ktoś mnie znał, że moja praca z analfabetami była znana i powinna służyć za wzór dla innych, czyli inaczej, że posiadałem gdzieś wyżej dobre „plecy”. Kolega sekretarz też szybko „skapował”, że moje osiągnięcia cytowane w „Trybunie” będą dla innych „szczebli” osiągnięciami praskiego ZMP. Wobec tego we wnioskach z zebrania zaproponował stworzenie przy dzielnicy grupy pracy, której ja byłbym inspiratorem i przewodnikiem. Zadaniem tej grupy było jeździć po większych wschodnich miastach polskich i w imieniu już Komitetu Praskiego ZMP objaśniać i wcielać w życie metodę nauczania kolegi Pytlaka.

No i rzeczywiście, tak się stało! By objaśnić innym, jak uczyć, by kogoś czegoś nauczyć, zwiedziłem Przemyśl, Białystok, Rzeszów. By nie być ciągle sam w tych podróżach, dokooptowałem jeszcze kolegę, Tadka Burego, który też uczył ze mną na kursach. Dzielnica płaciła za nasze podróże, a wydatki na jedzenie i spanie na miejscu pokrywały zarządy ZMP, które nas przyjmowały. Trwało to kilka miesięcy i powoli zacząłem się coraz lepiej czuć w roli zawodowego przodownika pracy społecznej. Odtąd na akademiach czy pochodach pierwszomajowych, paradowałem już w pierwszych szeregach, za zasłużonymi robotnikami i działaczami z FSO Żerań, z biało-czerwoną szarfą na piersi.