Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Nauka w szkole, nauczanie w gimnazjum, udzielanie korepetycji indywidualnych, lekcje zbiorowe i indywidualne dla analfabetów i inne zajęcia widocznie mi nie wystarczały, gdyż zdecydowałem się zapisać do klubu sportowego „Spójnia”, do sekcji siatkówki. Siedziba klubu była przy Wybrzeżu Gdyńskim nad Wisłą, naprzeciwko warszawskiej Cytadeli. Tam na początku mojej kariery siatkarza odbywały się latem trzy razy w tygodniu treningi z trenerem, panem Kazimierzem Strycharzewskim, zwanym popularnie „Stryjo”. Był to wspaniały człowiek, znany i uznany w kręgach ówczesnych sportowców. Pochodził z Wileńszczyzny i miał ten niezapomniany, lekko śpiewny akcent kresowiaków. Bardzo go polubiłem i starałem się nie opuścić żadnego z naszych treningów.

Mój wzrost w owych czasach w siatkówce zaliczał się już do wysokich, co ułatwiało mi znacznie grę przy siatce, tak zwane „ścinanie” piłki. Gorzej było z „obroną” w głębi boiska. No, ale po to były treningi, by moc się nauczyć i opanować wszystko, co było niezbędne do dobrej gry w zespole. W czasie, kiedy pogoda nie pozwalała nam trenować na powietrzu, przenosiliśmy się z treningami do sal sportowych. Nie było ich dużo w Warszawie, wobec czego nasze treningi, gdyż klub nie miał jeszcze wtedy dobrej pozycji w siatkówce, odbywały się w godzinach, kiedy inne, lepsze ekipy kończyły już swoje zajęcia. Mieliśmy sale rezerwowane zasadniczo w dwóch miejscach: na AWF-ie na Bielanach i w YMCA przy ulicy Konopnickiej. Dojazdy tramwajami, dojście na sale, sam trening i droga powrotna zabierały mi mnóstwo czasu, tak że zimą powracałem do domu na Pragę, nie wcześniej niż o północy. Ale to wszystko miało swój niezapomniany urok i chyba też wtedy postanowiłem wybrać siatkówkę jako mój nowy cel, gdzie chciałem jako zawodnik zajść wyżej niż przeciętny gracz. Czy mi się to udało, zobaczymy to dalej.

Zabiegany w tym codziennym kołowrotku zajęć szkolnych i pozaszkolnych, pewnego dnia zostałem wezwany z lekcji do pokoju pana dyrektora. Lekko zaniepokojony, gdyż taki przywilej dotyczył szczególnie uczniów, którym dawano ostre nagany, wszedłem z głębokim ukłonem i zobaczyłem pana Pickwicka z dyrektorem szkoły i jeszcze jednym, w średnim wieku, dobrze odzianym mężczyzną. Inspektor Pickwick, wskazując mnie, powiedział:

- Oto pan Pytlak, o którym panom mówiłem. Bardzo zdolny i pracowity uczeń. Przyjąłem go warunkowo do szkoły, ponieważ nie zdał egzaminu wstępnego. A przyjąłem go tylko dlatego, żeby nie dopuścić, by jego mama rozpłynęła się cała we łzach. Muszę przyznać, że nie zrobiłem złego wyboru, ponieważ teraz jest to nasz najlepszy uczeń. A ten pan – tu Pickwick zwrócił się do mnie pokazując wzrokiem pana, który stał obok – to jest redaktor z „Trybuny Ludu”, dziennikarz, który pisze artykuł na temat naszej szkoły.

Wizyta dziennikarza spowodowana była prawdopodobnie faktem, że nasze liceum miało stać się szkołą przeznaczoną przede wszystkim do przygotowania średniej kadry technicznej dla Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu, która w tym czasie była w rozruchu. Stąd zainteresowanie fabryką, a przy tej okazji i naszą szkołą. Wizyta pan redaktora z „Trybuny Ludu”, głównego organu prasowego partii robotniczej w Polsce, odpowiednika „Prawdy” w Związku Radzieckim, była wydarzeniem wyjątkowym i dyrekcja szkoły robiła wszystko, aby ta wizyta wypadła jak najlepiej. Pochwała, lub, co nie daj Boże (ach, przepraszam) nagana dla naszej szkoły, zamieszczona w artykule „Trybuny” miała na pewno wpływ na dalsze losy kierownictwa szkoły. Przypuszczam też, że wybór mnie jako reprezentanta uczniów do rozmowy z panem redaktorem, był wyborem głęboko przemyślanym przez dyrekcję. Ja oczywiście o tym nie miałem zielonego pojęcia. Toteż, gdy dyrektor zaprowadził nas dwóch do oddzielnej sali na czas rozmowy, nie miałem powodu do zdenerwowania, po prostu miałem odpowiedzieć na kilka pytań, których treści jeszcze nie znałem. Po pytaniach na tematy moich wyników w nauce, mojego nauczania w gimnazjum jako zastępującego czasowo profesorów, przyszła kolej na pytanie, czym chciałbym zostać w przyszłości. Odpowiedziałem szczerze, że inżynierem-mechanikiem, ale chyba mi się to nie uda.

- Dlaczego pan tak myśli? – spytał z zaciekawieniem redaktor. Wspomniałem sobie o sekrecie z kartoteką, polecanym mi przez pana Brauna.

- Bo po maturze, jeśli nie dostanę dyplomu przodownika nauki i pracy społecznej, zostanę skierowany do pracy w fabryce. Uśmiechnał się z lekka.

- Przypuszczam z tego, co mi opowiedziano, że z nauką nie będzie pan miał problemu, ale jak pan zamierza być pierwszym w pracy społecznej? Czekał z pewnością, że odpowiem że nie wiem, jak to zrobić, bo mam zbyt mało czasu wolnego od nauki lub coś w tym stylu. Toteż, gdy mu opowiedziałem o mojej pracy i wynikach w nauczaniu analfabetów, już bez uśmiechu, ale z dużym zainteresowaniem powiedział:

- Pan inspektor mi o tym nic nie mówił.

- Nie mówił, proszę pana, bo w szkole o moim nauczaniu analfabetów nikt nie wie. Popatrzył na mnie bardziej uważnie i wziął na nowo swój bloczek do zapisywania notatek.

- Pracuje pan społecznie i w szkole nikt o tym nie wie?! A proszę mi powiedzieć, co na to rodzice, są z tego dumni?

- Oni też o tym nie wiedzą, proszę pana.

- Jak to, mieszka pan z nimi i oni się nie interesują tym, co ich syn robi po szkole?

- Moi rodzice mieszkają w Płońsku, a ja nie mówię o tym mamie, bo jest chora i nie chcę, by się martwiła, że się opuszczam w lekcjach.

- A kto płaci za pana utrzymanie w Warszawie?

- Udzielam korepetycji kolegom z niższych klas, proszę pana.

Tu minąłem się częściowo z prawdą, gdyż za moje mieszkanie i życie u cioci płacili jeszcze w tym czasie rodzice. Ale tak mi się jakoś powiedziało i nie chciałem tego wyjaśniać.

- A dlaczego pan nie składał podania o stypendium?

- Składałem, proszę pana, ale nie dostałem.

Wyraźnie redaktorowi moje odpowiedzi nie pasowały do przyjętych stereotypów i szukał przyczyny. Postawił mi kilka pytań dotyczących ojca, co robi teraz, co robił w czasie wojny. To nie było objęte sekretem, więc odpowiedziałem na pytania zgodnie z prawdą. I o mamie również. Powiedział mi, że jeszcze się skontaktuje z komitetem do walki z analfabetyzmem na Pradze, by mieć więcej szczegółów o mojej pracy. Następnie poprosił mnie, abym poszedł do jednej z klas gimnazjalnych, stanął przy tablicy i narysował wykres z wykładu fizyki, który tam niedawno prowadziłem. W tym czasie jego kolega fotograf zrobił kilka zdjęć mnie i siedzącym w klasie uczniom, słuchającym mojego wykładu jak na normalnej lekcji. Po tym wszystkim podał mi rękę, podziękował za szczerą rozmowę, pożegnał się i poszedł do pokoju dyrektora szkoły. Nigdy o nim więcej nie słyszałem, nawet nie znałem jego nazwiska, ale było mi miło, że ktoś zainteresował się mną i tym, co ja robię.

Kilka dni później ogromne zdziwienie. Przylatuje do mnie w klasie jeden z kolegów, pokazuje „Trybunę Ludu”, w której jest artykuł bardzo pozytywnie oceniający naszą szkołę i, co niesłychanie dziwne, jest tam i o mnie, o moich wynikach w nauce i pracy w szkole, o nauczaniu analfabetów i… prawdziwa bomba, moja fotografia, jak uczę fizyki w gimnazjum. Pamiętam zresztą, że na tej fotografii ubrany byłem w szarozieloną bluzę, uszytą przez mamę z koca wojskowego, którą nosiłem długo, nawet bardzo długo, bo koc był wyjątkowo wytrzymały.

Artykuł w „Trybunie” wywołał naprawdę duże wrażenie w szkole i nie tylko wśród moich kolegów, ale również wśród profesorów. Zostałem wezwany do pokoju nauczycielskiego, a tam pan Pickwick uścisnął mi rękę i pogratulował wyróżnienia, jakie mnie spotkało. Trochę później, gdy miałem okazję być sam na sam z panem Braunem, nie omieszkałem mu gorąco podziękować za wszystko, co dla mnie zrobił. Ale dla mnie samego efekt artykułu był nadzwyczajny, jakbym został dotknięty jakąś czarodziejską różdżką, wszystko zaczęło się dziać inaczej.

Panie redaktorze, choć późno, ale od serca: „Dziękuję”. Pana reportaż pomógł mi ogromnie w mojej trudnej wspinaczce na górę wiedzy i za to mam dla Pana głębokie uczucie wdzięczności.

Dostałem kilka listów z całej Polski, w tym dwa od nieznanych mi Pytlaków, którzy chcieli się dowiedzieć, czy nie jesteśmy przypadkiem rodziną, kilka innych od osób uczących analfabetów z prośbą o podzielenie się z nimi moją metodą, która, według artykułu, dawała świetne rezultaty w nauczaniu. A już szczytem wszystkiego była wizyta w szkole samego sekretarza praskiego zarządu ZMP w celu zapoznania się ze mną. To była figura bardzo oficjalna, z którą każdy musiał się już liczyć. Nie miał dużo czasu i wpadł tylko na chwilę, więc rozmowa odbyła się na stojąco, jeśli rozmową można było nazwać jego monolog, którego słuchałem z odpowiednim uszanowaniem, wpatrując się skromnie w czubki moich butów.

- Jak kolega… (to była forma oficjalna zwracania się miedzy członkami ZMP), jak kolega mógł do tej pory nie dać się nam poznać!? Tutaj do mnie, do dzielnicy dzwonią z komitetu stołecznego i pytają się o wasze osiągnięcia, a ja nic im nie mogę odpowiedzieć, bo kolega je ukrywa, zamiast nas poinformować o nich! Ale dobrze, niech kolega jutro zadzwoni do mojej sekretarki i ustali z nią godzinę naszego zebrania w tej sprawie!

Monolog był krótki i jasny, normalny dla działacza „wyższego szczebla”, bez niepotrzebnych wstawek z formułami grzeczności burżuazyjnej. Odpowiedziałem też krotko:

- Tak jest, stawię się jutro w komitecie na godzinę, która mi poda koleżanka sekretarka!

Tu był mały sęk, gdyż do tej pory nigdy nie telefonowałem do kogoś i nie byłem więc pewny, czy potrafię to zrobić. Cały wieczór myślałem, jak się zachować w czasie zebrania i zdawałem sobie sprawę z jego ważności dla mnie. Zostać przodownikiem pracy społecznej, to, co może zmienić moją przyszłość, otworzyć mi drogę na studia, było teraz niespodziewanie w zasięgu moich możliwości. A więc tym razem, z nieoczekiwaną pomocą ZMP mogę dostać ten zaszczytny tytuł, jeżeli tylko nie popełnię w międzyczasie jakiegoś błędu. Poprosiłem jeszcze w kancelarii panią sekretarkę, by zechciała zadzwonić do zarządu ZMP i dowiedzieć się, o której godzinie mam się tam stawić, co też zrobiła bez ociągania.