Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Dobrze, gotów byłem działać, ale w jakim kierunku? Poprzez Związek Młodzieży Polskiej? Należałem do ZMP od czasów 9 klasy w Płońsku, to jest od chwili powstania tej masowej organizacji. Wychowawca, na zebraniu całej klasy powiedział nam, że powinniśmy wszyscy wstąpić do ZMP, gdyż dzięki temu wzmocnimy światowy front walki z kapitalizmem. Potem spytał, kto jest przeciw tej decyzji, nikt nie podniósł reki, wobec tego z jego pomocą zredagowaliśmy list do jakiegoś komitetu, że klasa IX b w Płońsku podjęła jednogłośnie uchwałę o przystąpieniu wszystkich jej uczniów do ZMP i podniesieniu stopnia naszej gotowości. Odtąd uczestniczyłem pilnie we wszystkich zebraniach, ale głosu – z powodu chronicznej nieśmiałości – nie zabierałem.

Tym niemniej, w moim pojęciu była to patriotyczna organizacja, do której w zasadzie wszyscy powinni należeć i to było jedno z naszych podstawowych zadań, gdyż poza tym nic się tam więcej nie robiło. Po prostu się należało i chodziło na zebrania. To było coś jak to, że w niedzielę trzeba było pójść do kościoła. No, ale bez przynależności do ZMP nie było mowy o dostaniu się na studia. A więc stać się aktywistą i zaangażować się z kolei w politykę, która jako taka, zupełnie mnie nie interesowała? A gdyby nawet tak, to z moją kartoteką i tak nikt by nie pomyślał, że jestem gotów do jakiejś działalności, w linii wyznaczonej przez rewolucję robotniczą i popieranej przez proletariat chłopski. Nie, nie przez ZMP, ta droga była śliska i w moim wypadku raczej niepewna. Zastępowanie profesorów na lekcjach w gimnazjum? Ale, czy to była praca społeczna? Chyba nie, to był tylko problem wewnętrznej organizacji w szkole i mój udział w tym był raczej nieoficjalny. Wziąć udział w walce z analfabetyzmem? Szukano w tym czasie chętnych, między innymi wśród młodzieży w szkołach, tych którzy mogliby wziąć udział w nauczaniu analfabetów, gdyż każdy obywatel naszego kraju powinien umieć czytać i pisać. Tak, to mi odpowiadało bardziej i to będę robił. Wobec dokonania takiego wyboru, zgłosiłem się „spontanicznie” do dzielnicowego komitetu walki z analfabetyzmem.

To były dziwne czasy. Obóz socjalizmu, który miłował pokój, równocześnie walczył na wszystkich frontach. Walczyło się o pokój, o urodzaj, z kapitalizmem, z analfabetyzmem, z wrogiem klasowym, ze świadomością burżuazyjną, a nawet z kontrrewolucją, jak pokazywały kroniki filmowe. W każdą z tych walk uczniowie, solidarni z resztą społeczeństwa, wnosili swój aktywny wkład, co można było wyczytać na noszonych przez nas transparentach i hasłach pierwszomajowych, ale bez szczegółów, gdyż brak miejsca na tychże „banderolach”, pisanych ogromnymi literami, nie pozwalał tam „rozwinąć” bardziej tematu. Po tym niezbędnym wyjaśnieniu o froncie nieustających walk, które musieliśmy prowadzić, by wygrać walkę o pokój, ja również powrócę do mojej osobistej walki, tej o prawo do wiedzy.

Przyszedłem więc do komitetu i powiedziałem, że chcę się zapisać jako dobrowolny nauczyciel do nauczania analfabetów. Przyjęto mnie bez trudu i zostałem skierowany do nauczania w szkole przy ulicy Środkowej. Miałem tam codziennie kursy dla grup analfabetów, na które przychodziło, w zależności od dnia, 5–15, a może 20 osób. Uczestnictwo w kursach było obowiązkowe i uczestnikom wydawano zaświadczenia, które były nieodzowne dla otrzymania czy kontynuowania pracy zawodowej. W czasie lekcji uczyło się pisania, czytania, trochę matematyki w postaci czterech podstawowych „słupków”, trochę wiadomości o Polsce. To było bardzo proste, a poza tym mieliśmy przygotowane w rozdanych nam, napisanych na maszynie „konspektach”, jak i czego trzeba było uczyć. Wziąłem się z sercem do tej pracy i zawsze byłem gotów pracować więcej, jeśli taka była potrzeba. Muszę powiedzieć, że nawet polubiłem te lekcje, na których osoby biorące udział, w większości z chęcią i zacięciem, starały się przyswoić nowy dla nich kunszt pisania i czytania. Były też inne lekcje, które mniej lubiłem. Ponieważ nie wszyscy analfabeci chcieli czy mogli uczyć się na zbiorowych kursach, wobec tego chodziliśmy po domach, aby udzielać im lekcji w miejscu, gdzie mieszkali.

Ulica Targowa, gdzie znajdowała się nasza szkoła, była w centralnej części Pragi, mającej pewien „standing”, ale niedaleko stąd były dzielnice: Targówek, Pelcowizna, Bródno, które w owym czasie były slumsami Pragi i Warszawy. Chodziliśmy w tych dzielnicach do domów, gdzie ze strachem wchodziło się wieczorem do środka. Nie mogę powiedzieć, że to, co było tam, w mieszkaniach, było łatwe do zniesienia wzrokowo i węchowo. Pomiędzy mieszkańcami było niemało takich, którzy żyli w skrajnej biedzie, a często byli to ludzie kompletnie wykolejeni. Im umiejętność czytania czy pisania nie była absolutnie potrzebna, toteż nie przejawiali żadnej chęci, aby uczestniczyć w jakichkolwiek kursach nauczania. Bo i po co, w imię czego mieli się trudzić, gdy ich jedyną potrzebą było zaspokojenie głodu? I odzianie się, by nie marznąć?

Ale to, czego naprawdę nie mogłem znieść, to częstej obecności w tym beznadziejnym świecie zapomnianych, opuszczonych, bezbronnych małych dzieci. Jeśli mogłem, to po wizytach w takich mieszkaniach notowałem adresy i dawałem je potem do rady dzielnicowej z prośbą o pomoc. Sam często przynosiłem dzieciom jakieś słodycze, podarki. To było naprawdę trudne do zniesienia. Ale z analfabetami, którzy tam mieszkali, sprawa też nie była prosta. To nie byli ludzie normalni, ich jedynym życzeniem było, żebym sobie poszedł jak najprędzej, żebym przestał im zawracać głowę. Wobec tego, aby uniknąć jakichś połamań, jakiegoś pobicia, chodziłem tam nauczać z „obstawą”. Nie zawsze, ale do takich szczególnie trudnych środowisk szedłem z milicjantem, który w czasie lekcji stał albo siedział na podłodze, bo przeważnie w tych pomieszczeniach poza siennikiem nie było niczego. Oczywiście w obecności „władzy” lekcja nauki alfabetu czy czytania odbywała się już w miarę spokojnie.