Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Nowy rok szkolny zaczął się, jak wszędzie 1 września, uroczystymi przemówieniami pana Pickwicka i dyrektora szkoły w ozdobionej portretami dwóch przywódców narodowych sali gimnastycznej. W naszej II c klasie licealnej liczba uczniów zmniejszyła się do 32, reszta odpadła za braki w postępach w nauce. Zostałem wybrany gospodarzem klasy, co zaakceptowałem dziękczynnym skinieniem głowy i na wniosek pana profesora matematyki, który został wychowawcą naszej klasy, wybrano mnie skarbnikiem szkolnej kasy oszczędności, co też przyjąłem z pokorą. Nauka ruszyła normalnie na wszystkich piętrach szkoły, a było ich trzy plus parter. W całym budynku musiały się bowiem pomieścić klasy czteroletniego gimnazjum i trzyletniego liceum, a ponieważ na każdym roku było kilka klas równoległych, to dawało naprawdę imponującą liczbę uczniów. Zapewnić kadrę profesorską dla tylu klas widocznie nie było łatwo, gdyż w kilkanaście dni po rozpoczęciu roku zostałem wezwany do pokoju Pana Inspektora.

Pan Pickwick, jak zwykle w tym samym nienagannie utrzymanym kostiumie, przyjął mnie z uśmiechem i po krótkim prologu na mój temat spytał, czy nie mógłbym zapewnić prowadzenia lekcji w klasach gimnazjalnych w wypadku chwilowego braku profesora. Chodziło szczególnie o przedmioty ścisłe i moja rola polegałaby na przerabianiu ćwiczeń i dodatkowym objaśnieniu lekcji, które nie były dla wszystkich zrozumiałe. Oczywiście, na ten czas będę zwalniany z lekcji w mojej klasie i moja pomoc będzie wzięta pod uwagę przy ocenie moich postępów w nauce. Widocznie był pewien mojej zgody, gdyż na następną lekcję poszliśmy razem do jednej z klas, gdzie pan Pickwick przedstawił mnie jako oficjalnego zastępcę profesora dla prowadzenia ćwiczeń z przerabianego tematu. W wypadku nieposłuszeństwa lub złego zachowania się któregoś z uczniów zagroził, że będzie on szczegółowo przepytywany ze znajomości przedmiotu przez profesora po jego przyjściu. Byłem bardzo wdzięczny panu Pickwickowi za tę moją promocję, bo nagle otworzyły mi się drzwi do nowego sposobu zarabiania pieniędzy. Oczywiście zastępstwa nie były płatne, lecz moja obecność na lekcjach w klasach niższych zrobiła mi nieoczekiwaną reklamę wśród uczniów. Wkrótce kilka mam zwróciło się do mnie z prośbą o korepetycje dla ich progenitury, gdyż: „Mój syn jest zdolny, ale profesor się tak na niego uwziął i gdyby pan mógł…”. Oczywiście, że mogłem!

Trzeba powiedzieć, że w szkole istniały stypendia dla uczniów i część z nas je otrzymywała. Inni, jak ci, co zostali skierowani do liceum z fabryki, otrzymywali stamtąd normalne zarobki. Niestety, ja, mimo że złożyłem podanie na początku roku szkolnego, mimo że miałem bardzo dobre stopnie i raczej biedne warunki życia, nie otrzymałem stypendium. Tak więc możliwość regularnego udzielania korepetycji uczniom z niższych klas była dla mnie wyjątkowo „na czasie”. Koniec z poszukiwaniem przypadkowych prac w oddalonych miejscach i w niemożliwych godzinach. Tu miałem zapewnioną pracę na miejscu, po lekcjach, a przy okazji mogłem jeszcze pogłębić moją znajomość przedmiotu. Po prostu, wspaniale!

Udzielanie lekcji innym było zajęciem względnie wygodnym, wystarczyło zająć delikwenta w ciągu 45 minut, gdyż tyle trwała lekcja, dając mu zadania do rozwiązania i tłumacząc kilka razy to samo, tak, aby w końcu je pojął. Dla zabawy wprowadziłem klasyfikację zdolności przyswajania sobie przez ucznia wykładanego tematu. Podstawową jednostką miary był jeden „Mol”, który oznaczał zdolność zapamiętania twierdzenia Pitagorasa w ciągu jednej godziny. Natomiast umiejętność posługiwania się tym twierdzeniem do rozwiązywania zależności w trójkącie wymagała od niektórych i 10 Moli. Tacy odporni na wiedzę uczniowie stanowili bazę moich dochodów. Miałem sporo kandydatów, może dlatego, że moje wyjaśnienia były łatwiej przyswajalne, a może dlatego że opłata za lekcję, jaką mi płacono, była niewysoka w porównaniu do ceny u korepetytorów-studentów. Nie umiałem jednak wykorzystywać finansowo uczniów, a raczej ich rodziców. Pamiętałem o moim własnym, nie tak dawno przeżytym przykładzie. Czasami pomagałem komuś bezinteresownie, kiedy miałem wrażenie, że rodziców po prostu nie było stać na taką opłatę.

Mimo tych dodatkowych zajęć moja własna nauka na tym nie cierpiała. Nie musiałem bowiem poświęcać dużo czasu na opanowanie lekcji, a i zadania domowe też mi szły ”piorunem”. Wszystko wydawało się teraz znacznie łatwiejsze, w zasięgu mojej ręki, w zasięgu moich możliwości. Niestety, wkrótce nieoczekiwane zupełnie chmury miały się pojawić na moim błękitnym niebie. A było to tak.

Chyba pod koniec października przedstawiałem, jak co miesiąc, sprawozdanie z działalności kasy oszczędności, to znaczy ilość uczniów aktywnych, sumy wkładów, wydatki, saldo w kasie. Jak wspomniałem już, odpowiedzialnym za szkolną kasę oszczędności był nasz wychowawca, profesor matematyki, pan Braun. Był niedaleko od wieku emerytalnego, jego prostokątna twarz ozdobiona niewielkim krótko przystrzyżonym wąsikiem, nad którą królowała błyszcząca łysina, otoczona wianuszkiem podstrzyżonych włosów, nadawała mu wygląd poważnego, starszego pana. Miałem dla niego dużo respektu, może dlatego, że uczył mojego ulubionego przedmiotu, a może, że całość, która sobą przedstawiał, była godna szacunku. Nasze spotkanie dotyczące kasy oszczędności, odbywało się jak zwykle w klasie, po zakończeniu lekcji.

Po zakończeniu omawiania spraw, pan Braun podniósł się, zamknął drzwi na korytarz i głosem spokojnym jak zwykle, ale lekko przyciszonym zaczął:

- Panie Pytlak… – do wszystkich w liceum mówiło się pan, ponieważ wszyscy byli dorośli. Więc mówi:

- Nie powinienem panu o tym mówić, ale gdybym tego nie zrobił miałbym wyrzuty sumienia. Obserwuję pana postępy z matematyki i z innych przedmiotów, myślę, że pan jest bardzo uzdolniony i na pewno powinien pan się uczyć, dużo uczyć, by móc zajść daleko. Jako wychowawca klasy zapoznałem się z dokumentami, które pana kartoteka zawiera. Otóż muszę powiedzieć, że z tą kartoteką nie dostanie się pan na studia. Na żadną uczelnię pana nie przyjmą, a po skończeniu liceum, jako technik dostanie pan skierowanie do pracy, do fabryki. Na tym zakończy się pana nauka i nikt z nas nie będzie mógł pomóc, by to zmienić.

To, co mówił pan Braun było niestety prawdą. W tych czasach na dalsze studia mogła kierować swoich absolwentów tylko szkoła, a wypadki, gdy ktoś mógł sam starać się o dopuszczenie do egzaminów, były tak rzadkie, że potwierdzały raczej tę regułę. Pan Braun kontynuował:

- Jeżeli Pan ma zamiar dostać się na jakieś studia, to musi pan mieć na maturze tylko oceny bardzo dobre. Ale to jeszcze nie wystarczy, musi się pan również wykazać w pracy społecznej. W pana przypadku, by zostać skierowany przez szkołę na studia, musi pan dostać na maturze dyplom przodownika nauki i pracy społecznej. Tylko z takim dyplomem będzie pan mógł wybrać dowolną uczelnię, która pana przyjmie na studia bez egzaminu. Takie jest właśnie prawo w tej dziedzinie.

To, co powiedział pan Braun, spadło to na mnie jak grom z błękitnego nieba.

- Jak to, panie profesorze, nie pozwolą mi się uczyć? Dlaczego, przecież pan sam mówi, że jestem zdolny do nauki, a ja chcę się uczyć!

 Profesor jakby się wahał:

- To, że pan jest zdolny to jeszcze nie wszystko. Jakby tu powiedzieć…, to jest, hmm…, przyczyna tego nie zależy wcale od pana.

Widocznie coś go wstrzymywało od odkrycia mi prawdy, ale jakiej prawdy?

- Panie profesorze, proszę mi powiedzieć, dlaczego nie mogę pójść na uczelnię?

Mój załamany wygląd przekonał go chyba na powiedzenie mi wszystkiego, co miał na sercu.

- Dobrze, powiem panu, ale niech to pan zachowa dla siebie. W pana życiorysie jest podkreślone, że ojciec pana był sanacyjnym wojskowym, że pochodzi z rodziny obszarniczej, że matka jest z rodziny kułackiej i, krótko mówiąc, jest pan klasowo podejrzany!

To, co powiedział pan Braun, przestraszyło mnie, chociaż nie zdawałem sobie jeszcze dobrze sprawy, jak rzeczy tak odległe, niematerialne, o których mówił, mogą mnie dotyczyć. Tak, byłem nawet bardzo przestraszony, gdyż moim celem po zakończeniu liceum nie było pójście do pracy, do fabryki. Przez następnych kilka dni nie mogłem sobie znaleźć miejsca, cały czas byłem pod wrażeniem tego, co usłyszałem.

Do tego momentu nie zetknąłem się z problem mojego pochodzenia. Wiem, że w ankietach, które wypełniałem była ważna rubryka „Pochodzenie kandydata”. Normalni kandydaci, tacy jak ja, mieli do wyboru jedno z trzech określeń pochodzenia: „Robotnicze”, które było bardzo w modzie, z całą pewnością najlepsze, bo otwierające przed kandydatem wszystkie możliwe wrota, „Chłopskie”, niezłe, ale zawierające już w swojej nazwie brak siły rewolucyjnej, rezerwowanej dla klasy robotniczej, no i pochodzenie 3-go typu, zupełnie nie na czasie – „Inteligencja”. To trzecie można było ulepszyć, dodając słowo „pracująca”. Mama mi powiedziała, że mam zawsze używać go we wszystkich ankietach. No, więc byłem z pochodzenia „Inteligencja pracującą”. Zastanawiało mnie tylko, z czego żyła inteligencja, która nie pracowała? Nigdy natomiast nie spotkałem pochodzenia „Obszarniczego” czy „Kułackiego”, choć na pewno musiały istnieć, skoro były w mojej kartotece…

Moi rodzice, odkąd tylko sięgałem pamięcią, byli tacy, jak wszyscy wokół, ciężko pracowali i nasza rodzina nie żyła lepiej, a raczej gorzej niż inne. Byłem najpierw za mały, a teraz za młody, by interesować się polityką. To, co się działo w Polsce, nie było dla mnie ani złe, ani dobre, było po prostu normalne, nie znałem nic innego. Walka klas nie miała dla mnie realnego znaczenia. Wokół mnie nikt z nikim nie wałczył, budowaliśmy wszyscy, roześmiani jak pokazywano na plakatach, socjalizm, który jutro miał zapewnić wszystkim dobrobyt. Dlaczego nagle ja miałem być z tego wyłączony? A z drugiej strony, co będzie z moimi planami, z moją ambicją?

Nie wyobrażałem sobie, że zostanę zwykłym technikiem, a obok mnie mój były kolega ze szkoły będzie inżynierem i to wcale nie dlatego, że nie chciałem się uczyć, tylko dlatego, że mi się uczyć nie pozwolono. Celem moim było nauczyć się zawodu, zostać specjalistą. Mechanika, którą wybrałem, była celem do osiągnięcia, ale nie na podrzędnym poziomie, tylko na poziomie odpowiadającym moim możliwościom, który ja sam określę i sam o nim zadecyduję. Im dłużej nad tym wszystkim myślałem, tym bardziej czułem się bezradny. Musiałem się z tego jak najszybciej otrząsnąć. Pan Braun powiedział mi, że jeśli będę pracował społecznie, to taka praca pozwoli mi dostać się na uczelnię. A więc to, że spotkałem pana Brauna, to, że on mnie uprzedził o istniejącym „haku” w moim życiorysie, to było pierwszym przejawem mojego szczęścia. Koniec z lamentami, głową do góry, muszę działać. Nowy cel do zrealizowania nazywał się odtąd Politechnika.

Trzeba powiedzieć, że rysą mojego charakteru jest, jak mówią moi bliscy, „upór”, a jak ja to nazywam „wytrwałość”. Im bardziej zadanie, które stawiam sobie za cel, i o którego słuszności jestem przekonany, staje się niewykonalne; im bardziej ktoś chce mnie od niego odwieść, przeszkodzić w jego osiągnięciu, z tym większą energią, z większą wytrwałością przykładam się do jego zrealizowania. Może to nie zawsze jest rozsądne, ale w wielu poczynaniach, dzięki tej wytrwałości w końcowym rozrachunku wygrywałem. Tak też było w moich późniejszych rozgrywkach z rosyjską mafią, ale jak lubił powtarzać R. Kipling: „To będzie już inna historia”.