Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Na mojej cenzurze na koniec roku szkolnego po pierwszej licealnej miałem tylko dwie czwórki, z rosyjskiego i z rysunku technicznego (profesor był trochę pamiętliwy), a poza tym same piątki, i to mi dawało miejsce pierwszego ucznia w klasie. „Brawo, mój zuchu!”, powiedział pan inspektor poklepując mnie po ramieniu, gdy przy okazji akademii kończącej rok szkolny, mogłem zbliżyć się do niego.

Miesiąc przed zakończeniem roku szkolnego dowiedziałem się od kogoś, że związek pracowników przemysłu skórzanego poszukuje wychowawców na kolonie letnie dla swoich dzieci. Pojechałem do związku, powiedziano, że oczywiście tak, dano mi ankietę do wypełnienia i pani przy okienku, patrząc na mnie wnikliwie, powiedziała, że trzeba mieć obowiązkowo 18 lat. Wypełniłem ankietę w domu, a w miejscu daty urodzenia napisałem czwórkę w postaci jedynki, co dało 50-31=19, w ten sposób miałem więcej niż wymagane minimum. Jednak na wszelki wypadek poprosiłem starszego kolegę, aby zaniósł kopertę z ankietą i złożył ją do okienka, anonimowo. Tak też się stało.

Odpowiedź dostałem pocztą. Miałem się stawić w takim-to-a-takim dniu i miejscu, skąd grupa kolonijna w komplecie, z wychowawcami i kierownictwem na czele, miała wyjechać pociągiem do miejsca przeznaczenia. Tym miejscem przeznaczenia okazała się mała osada górska Rytro, położona w malowniczym górskim pejzażu Karpat, niedaleko od znanej miejscowości Piwniczna. Jadąc pociągiem z całą grupą kolonijną, czułem się naprawdę, może po raz pierwszy, jakiś samodzielny, jakiś niezależny. Miałem 16 lat, odszedłem z nielubianej wsi, „wgryzłem” się w nową szkołę, która wkrótce da mi dyplom technika, jechałem jako wychowawca na wakacje, które nie tylko nic mnie nie będą kosztowały, ale otrzymam za to pieniądze, a więc odciążę finansowo rodziców. Mówiąc krótko, byłem zadowolony, a moje poprzednie kłopoty i zmartwienia powoli zacierały się w myślach.

Po przyjeździe na miejsce cała grupa została zagospodarowana w budynku lokalnej szkoły, w której klasy, wyposażone w łóżka na okres wakacyjny, spełniały role sypialni. Grupa kolonijna składała się wyłącznie z chłopców w wieku od 10 do 17 lat. Mnie, może dlatego, że byłem najwyższy, dano grupę wiekowo najstarszą, między 15 a 17 lat. W ten sposób stałem się „dowodzącym” grupą piętnastu moich rówieśników, o czym oczywiście nikt, a szczególnie kierownik, nie wiedział. Moja rola codzienna polegała na organizowaniu i prowadzeniu gier, wycieczek, odpoczynku, jednym słowem spędzaniu czasu, jak można najlepiej, zgodnie z ustalonym na każdy dzień pobytu programem. Już po dwóch dniach w grupie wyłonił się „trzon prowodyrów”, to jest trzech chłopców zdecydowanych narzucić swoją wolę innym, mnie również. Nie miałem żadnego doświadczenia w roli wychowawcy, jeśli nie brać pod uwagę wychowywania mojego kuzyna w Dzierzązni, ale instynktownie czułem, że ani pozwolić im na wszystko, ani zabraniać i skarżyć się na nich przed kierownikiem, nie byłoby dobrą metodą. Musiałem więc szybko wymyślić jakiś sposób, by mój autorytet był uznany i aby w czasie trzech tygodni wspólnego pobytu, moja rola „dyrygenta” mogła być skuteczna.

Zacząłem od prowodyrów. Zebrałem ich na osobności, przy okazji przygotowywania jakiejś wycieczki. Powiedziałem, że nie chcę sam decydować o naszych zajęciach i że jestem zdecydowany wprowadzić kolegialne zarządzanie naszą grupą, z ich bezpośrednim udziałem. Pod jednym jednak warunkiem – każdy ma obowiązek proponować swój plan działania i ten plan nie może być kopią planu drugiego kolegi. Udział bowiem w kolegium nakładał na każdego obowiązek wyrażenia swojego zdania, a jeśli ktoś go nie ma, no to będzie musiał opuścić kolegium. W głosowaniu nad przedstawionymi planami mój głos będzie się liczył za półtora. Sekretny nasz pakt został przyjęty jednogłośnie i triumwirat mógł już inaczej patrzeć na resztę „mięczaków”, którzy, chcąc nie chcąc, będą pod jego kierownictwem. Akceptując, lecz dzieląc „bandę trzech” i wymagając od każdego posiadania swojego programu, mogłem liczyć, że będzie mi łatwiej manewrować całością grupy, chociaż wiedziałem, że będę zmuszony niektóre ich plany zaakceptować. No, ale trudno, każdy medal ma dwie strony… mój plan funkcjonował dosyć dobrze.

Nie miałem już opozycji „bandy trzech” i zajęcia w naszej grupie przebiegały możliwie harmonijnie. Ale z drugiej strony kierownik kolonii nie był zadowolony, że grupa często nie prowadziła zajęć tak, jak było przewidziane w programie kolonii. Na przykład, zamiast pójść pieszo na wycieczkę do miejsca, które nikogo z nas nie interesowało, woleliśmy pojechać pociągiem do Piwnicznej na mecz piłki nożnej lokalnej drużyny. Ale wolałem raczej tłumaczyć się przed kierownikiem, niż mieć grupę niemożliwą do opanowania. System edukacyjny nie pozwalał mi zmusić kogokolwiek do posłuszeństwa, gdyż wykluczał wszelką karę. Mogłem tylko działać przez perswazję, która, jak każdy wie, ma bardzo ograniczony zasięg.

Mieliśmy w grupie jednego 16-latka, który, niesłychanie zaczepny w stosunku do innych i w ciągłej opozycji do moich decyzji, przeszkadzał mi w prowadzeniu zajęć. W dodatku swoim postępowaniem pociągał innych do stawiania się „okoniem”. Miałem tego dosyć i postanowiłem zastosować metodę, która powinna odnieść pożądany skutek. W naradzie z triumwiratem jeden z pomysłów, który został zaakceptowany 4,5 głosu przeciwko 0, przewidywał zastosowanie „kocówki” dla krnąbrnego uczestnika kolonii. Nasz „rozrabiaka” dostał tajemniczą kartkę zapraszającą go do przyjścia po kolacji w ustronne miejsce za szkołą na spotkanie, którego nie pożałuje. Niczego nie podejrzewając, stawił się sam w wyznaczonym miejscu. Z pobliskich krzaków dobiegło go tajemnicze Psssst! i towarzyszący temu znak ręki, zachęcający go do podejścia bliżej, co też uczynił. Ciąg dalszy był błyskawiczny. Koc zarzucony na głowę stłumił krzyk przestrachu ofiary, a równocześnie jej ręce zostały unieruchomione przez dwóch napastników. Trzeci napastnik przygotowanym pasem „lał” nieszczęśnika po części ciała, gdzie plecy tracą już swą szlachetną nazwę. Operacja trwała minutę. Zwolniony, popędził jak ścigany zając w stronę zabudowań szkolnych, nie odwracając nawet głowy. Napastnicy rozpłynęli się w ciemnej nocy.

Nazajutrz wezwany do kierownika dowiedziałem się, że nasz kolega został zaczepiony przez bandę „oprychów” niedaleko od szkoły, obronił się dzielnie, choć był sam, i nie wołając o pomoc, zmusił bandę do ucieczki. Odpowiedziałem, że prawdopodobnie byli to miejscowi chłopcy, którzy pomścili obrazę przez naszego kolegę jednej z dziewcząt pracujących w stołówce. Od tej pory zachowanie się rozrabiaki powróciło mniej więcej do normy.

Prawda, byłbym zapomniał. Młode dziewczęta, które pracowały w stołówce, po zajęciach zorganizowały nam naukę tańca w świetlicy szkolnej. Był tam patefon, nakręcany na sprężynę i kilka płyt z muzyką taneczną, „zjechanych” do niemożliwości. Tam właśnie, dzięki poświęceniu się kolektywu żeńskiego z Rytra, nauczyłem się tańczyć walca i tango, co w przyszłości na wieczornicach pozwoliło mi nie szukać wykrętów takich jak: „Przepraszam, ale ja nie tańczę, gdyż mam żałobę w rodzinie po babci”. Nie wiem dlaczego, ale używałem automatycznie babci do różnych tego typu usprawiedliwień.

Wspominam o tym epizodzie, gdyż pozwolił mi wyciągnąć dwa wnioski na przyszłość, a mianowicie: kierowanie innymi nie daje mi żadnej przyjemności i nie będzie to celem moich wysiłków, natomiast organizowanie i kierowanie pracą innych tak, by osiągnąć postawiony sobie cel, będzie w moim zasięgu.