Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Wakacje się kończyły, powróciłem do Płońska zabrać część moich rzeczy i przyjechałem do Warszawy, aby zainstalować się u wujostwa. To było małe mieszkanko, składające się z pokoju i kuchni, w którym mieszkali: ciocia, wujek i dwoje dzieci. Spałem pod stołem w pokoju, ponieważ było to jedyne miejsce, gdzie można było na noc rozłożyć siennik. Do szkoły miałem kilometr, może półtora, więc chodziłem tam i wracałem pieszo. Początki miałem ciężkie, a nawet potwornie ciężkie, ponieważ poziom edukacji, jaką otrzymałem w Dzierzązni i Płońsku pozostawił duże luki w mojej dotychczasowej znajomości przedmiotów. Poza polskim i nauką o Polsce, gdzie miałem dobry bagaż wiadomości, miałem braki we wszystkich przedmiotach ścisłych. Na niektórych lekcjach z początku roku siedziałem zupełnie jak na „tureckim kazaniu”. A poza tym, mieczem, który wisiał nad moją głową, było zobowiązanie mamy, że szkoła pożegna się ze mną, jeśli na pierwszy okres po trzech miesiącach nauczania będę miał z ocen choć jedną dwójkę. Sam, niestety, nie mogłem nadrobić zaległości, brakowało mi czasu, podręczników i kogoś, kto by mi wytłumaczył elementy, których nie znalem.

I znowu szczęście się do mnie uśmiechnęło, tak jak się uśmiechało dotąd i później, w innych trudnych momentach mojego życia. Miałem często szansę znaleźć raczej gram szczęścia w mojej kieszeni, niż kilogram nieszczęść wiszących mi nad głową. Okazało się, że w odległej naszej rodzinie w Warszawie, istniał student Politechniki. Ciocia go odnalazła, a on za bardzo skromną opłatą zgodził się dawać mi niezbędne wyjaśnienia z matematyki, fizyki i innych przedmiotów. Ponieważ w wydatkach na moją naukę, dodatkowe opłaty za korepetycje nie były przewidziane, to takie bardziej oszczędne rozwiązanie tego problemu wszystkich zadawalało. Już w tym czasie zdawałem sobie doskonale sprawę z trudności finansowych moich rodziców. Ojciec, jak już wspomniałem, miał pracę mało płatną, mama zaczęła pracować jako księgowa w zarządzie żłobków miejskich, ale znowu musiała pójść do szpitala i przerwać swoje zajęcia. Nowe wydatki, które musieli ponosić dla mnie na opłatę za mieszkanie i wyżywienie u cioci, na wydatki szkolne i teraz na korepetycje bardzo mi leżały na sercu i nie wiedziałem na razie, jak mogę je zmniejszyć.

U cioci zresztą, tak jak i u wszystkich w tym czasie, nic się „nie przelewało” i jedzenie codzienne o tym świadczyło. Mięso jadało się okazyjnie i w związku z tym pomyślałem, że powinienem jeść oszczędnie. Po zupie przeważnie oświadczałem, że nie jestem głodny i wstawałem od stołu pod pretekstem pilnego odrabiania lekcji. Doprowadziło to wkrótce do paradoksalnej sytuacji. W czasie przyjazdu mamy na badania do szpitala ciocia poskarżyła się, że nic nie jem i pewnie jestem chory. Rzeczywiście, byłem wtedy bardzo chudy: „Jak chodzący szkielet”, mówiła mama. Siłą zostałem zaciągnięty do lekarza. Ten, po uważnym obejrzeniu rozebranego przed nim szkieletu, oświadczył: „Pani syn jest po prostu niedożywiony, grozi mu anemia, która w jego wieku może mieć poważne skutki dla organizmu”. Przestraszona tym mama po powrocie do domu zapowiedziała mi, że jeżeli nie będę jeść normalnie, to ona przestanie się leczyć, bo i po co? Towarzyszące temu strumienie łez spowodowały, że zrezygnowałem z mojego systemu oszczędzania na jedzeniu, ku zadowoleniu wszystkich i, wyznam to, mojemu również. Ale mimo wszystko byłem zdecydowany, że jak tylko moja sytuacja w szkole się wyjaśni, znajdę jak najszybciej pracę, by moc zarobić choć trochę pieniędzy i odciążyć w ten sposób rodziców.

Na korepetycje jeździłem na Brudno, gdyż tam, przy ulicy świętego Wincentego, mieszkał mój korepetytor. Była to dzielnica Pragi, zapomniana już od dawna przez Pana Boga. Z nowoczesności była tam jedynie elektryczność i bieżąca woda, natomiast śmieci i ścieki musiały same organizować sobie swoje dalsze losy. Na tej ulicy było jeszcze wiele domów drewnianych i nasze lekcje odbywały się w jednym z nich; w pomieszczeniu bez okien, schowanym za przepierzeniem w głębi małego sklepiku. Pachniało tam nieprzyjemnie, ale innego pomieszczenia nie mieliśmy. W pierwszych tygodniach nadrabianie zaległości, jakie miałem, posuwało się w dobrym tempie. Z pomocą studenta przyswajałem duże ilości rzeczy, które po wyjaśnieniu okazywały się zupełnie łatwe i pozwalały mi być bardziej aktywnym na lekcjach w liceum. Student pomógł mi wiele przez pierwsze tygodnie, ale miał również swoje zajęcia i nauka ze mną, bardziej dobrowolna niż zarobkowa, coraz mniej go interesowała. Wkrótce, widząc brak jego entuzjazmu, pomyślałem, że zamiast tracić czas na dojazdy, będę dalej uczył się sam. Tak to po upływie półtora miesiąca wspólnych spotkań, rezygnując z nich stałem się całkowicie odpowiedzialny za moje dalsze postępy naukowe.

Po pierwszym szoku obyczajowym, który odczułem w początkowym okresie zajęć w nowej szkole, zacząłem dość szybko przychodzić do siebie i wdrażać się do nowego typu pracy. Tym bardziej, że dyscyplina prowadzenia lekcji była normalna, nie to, co mieliśmy w Płońsku, gdzie nieobecność nauczyciela na lekcji zastępowana była grą na boisku lub pójściem do domu. Tu brak wykładowcy nie był powodem do anulowania lekcji, obowiązki szkoły w stosunku do nas i odwrotnie musiały być wypełnione. I kropka.

Nowy rok szkolny zaczęły równolegle cztery pierwsze klasy licealne, mające każda 35-37 uczniów. Dawało to w sumie dużo uczniów, ale liceum od tego właśnie roku miało przygotowywać techników do pracy w nowo powstającej Fabryce Samochodów Osobowych na Żeraniu i część nowo przyjętych do fabryki została tu właśnie oddelegowana dla zdobycia stopnia technika. Poza tym, dużo młodych ludzi, którzy w czasie wojny nie chodzili do szkoły, rozpoczynało na nowo naukę z kilkuletnim opóźnieniem. Byłem więc znowu najmłodszy w klasie,  a od niektórych kolegów nawet dużo młodszy. Jeden z nich, siedzący obok mnie w ławce, był starszy ode mnie o jakieś 10 lat i jak się wtedy mówiło, był już „żonaty i dzieciaty”. Był raczej sympatyczny, ale uczył się słabo i odpadł po drodze. Po pierwszym okresie zostałem wybrany gospodarzem klasy. Nie wiem dlaczego, przypuszczam, że nie było dużo chętnych, by się tego podjąć. Funkcja ta nakładała pewne obowiązki, które trzeba było wykonać w klasie, jak przygotować pomoce do lekcji, zbierać zeszyty, składki, informować.

Równocześnie wybrano mnie również, na propozycję profesora od matematyki, skarbnikiem kasy oszczędnościowej w szkole. To wszystko spowodowało, że moje znaczenie w klasie trochę wzrosło, ale obowiązki pozalekcyjne – również. Zajęć mieliśmy dużo, praktycznie cały dzień, co jest zrozumiałe, gdyż poza przedmiotami ogólnokształcącymi mieliśmy dużo dodatkowych przedmiotów technicznych, a jeden dzień w tygodniu był przeznaczony na zajęcia warsztatowe prowadzone w hali warsztatów przylegającej do budynku szkolnego. Przechodziliśmy tam ćwiczenia praktyczne z dziedziny mechaniki, jak prace przy obrabiarkach, spawanie, odlewnictwo, z dziedziny elektrotechniki i inne podobne. Wreszcie mogłem zaspokoić moje naturalne ciągoty do wszystkiego, co techniczne. To mi się bardzo podobało i z wielkim zapałem toczyłem i piłowałem stal, aby wykonać młotek i obcążki, dwa narzędzia, które miałem zrobić na okres. A ten właśnie zbliżał się szybkimi krokami. Klasówki, wypracowania domowe, odpowiedzi w klasie były oceniane i w rezultacie ostatecznym miały zadecydować o moim losie, zgodnie z pochopnie może przyjętym zobowiązaniem mojej mamy.

W czasie tych „gorących” dni, szczególnie w niektóre noce, chodziły mi jakieś ciarki po plecach, gdyż zupełnie nie byłem pewny swoich przyszłych stopni za pierwszy okres. Wreszcie oficjalne oceny otrzymane przez każdego ucznia zostały wywieszone na tablicy. Teraz już mogłem odetchnąć spokojnie. Moja laurka ze stopniami przedstawiała się raczej poprawnie i jedyna dwójka (niestety!), ale z plusem, która figurowała przy moim nazwisku, była z rysunku technicznego. Tę dwójkę miałem nie tyle za nieznajomość przedmiotu, ile za to, że profesor miał mnie „na oku”. Chyba za grymas, przeznaczony dla mojego kolegi, a przechwycony w locie przez niego, kiedy niespodziewanie odwrócił się od tablicy w naszą stronę. Tak więc nareszcie koniec z obawą, że zostanę wyrzucony ze szkoły za złe wyniki w nauce. Ulga, jaką odczułem po zakończeniu okresu zastąpiona została przez nowe zmartwienie, jak zarobić choć trochę pieniędzy. Czasu po nauce nie zostawało mi wiele, ale chciałem w jakiś sposób odciążyć moich rodziców, być mniejszym dla nich ciężarem.

Okazja zdarzyła się przypadkowo, gdy wujek powiedział raz w domu, że u niego w pracy nie mogą wykonać planu z powodu jakiegoś błahego problemu. Wykonanie planu przez każdego było alfą i omegą całego systemu ówczesnej gospodarki. Plan był świętością, o której się pisało w gazetach, mówiło w radiu, pokazywało w kinie. Od niego zależała świetlana przyszłość narodu, kraju, i wykonując go z nadwyżką, proletariat skutecznie przyczyniał się do zwycięstwa obozu socjalizmu. Tak właśnie wtedy rozumowaliśmy. Wujka problem był może nie tak górnolotny, gdyż nie wykonując planu zarobek otrzymywał znacznie mniejszy, ale kto wie, ludzie nauczyli się już nie mówić o swoich prawdziwych odczuciach. Zainteresowało mnie to: „Wujku, a może ja mógłbym ci w czymś pomóc?”.

Po rozpatrzeniu problemu okazało się, że mogłem. Zakłady Optyczne, w których pracował, wykonywały dużo zamówień dla wojska, a ich problem polegał na konieczności zrobienia dużej liczby przezroczystych płytek plastikowych, na które należało skopiować pewne formy geometryczne i pokolorować je. Kopiowanie należało robić ręcznie, maszyny tego nie robiły, a praca do wykonania była pilna. To była dla mnie „bomba”. Rzuciłem się na to zajęcie wieczorami i przez kilkanaście dni, pracując razem z kolegą skończyliśmy nasze zadanie. Otrzymałem wreszcie moje pierwsze zarobione pieniądze! Co miałem z nimi zrobić? Dać rodzicom? Nie wezmą. Zapłacić cioci za mieszkanie? Też nie przyjmie. Sobie? Nigdy w życiu! Wreszcie znalazłem cel.

Gdy po przyjeździe do domu, do Płońska, wyjąłem z ręcznej torby dwa zawinięte ładnie pakunki i dałem je mamie i ojcu, poczułem się inaczej, już nie tak jak ten, który zawsze bierze, ale jak ktoś, kto może coś wreszcie dać innym. Dla mamy była to piękna torba skórzana, a dla ojca portfel również ze skóry. Ciąg dalszy był jak zwykle. Mama, dwie minuty lecących strumieniem łez i ojciec, który starał się ukryć chyba wzruszenie. Moja mała siostra też nie była zapomniana, lecz prezent mój nie zrobił na niej dużego wrażenia i jej podziękowanie było jak osoby trochę zawiedzionej.

To też mi zostało na całe życie. Dla mnie, poza okresem dzieciństwa i młodości, przyjmowanie od kogoś pomocy pieniężnej, nawet od moich rodziców, było moralnie upokarzające i nie do zaakceptowania. Ambicja nie pozwalała mi przyjąć tego, co powinienem był sam dokonać, sam zarobić. Może dlatego miałem szczęście być zawsze w sytuacji, kiedy ja pomagałem innym, kiedy mogłem ich wesprzeć. To było i jest dla mnie o wiele, wiele łatwiejsze do spełnienia.