Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Wujek Felek Prządak, jeden z braci naszych mam, był wtedy porucznikiem na okręcie podwodnym w porcie wojennym w Gdyni. Historia jego jest interesująca i warto, bym się chwilę nad nią zatrzymał. Przed wybuchem wojny Polska zakupiła we Francji (a może w Holandii) grupę okrętów podwodnych. Na jednym z nich, o nazwie „Orzeł”, nasz wujek służył w randze bosmana. Gdy wybuchła wojna „Orzeł” wypłynął w morze, umykając Niemcom i blokadzie portu gdyńskiego. Brał krótki udział w walkach, ale zmuszony do zaopatrzenia się w niezbędne paliwo dla silników diesla, wpłynął do portu w Tallinie, w wolnej wtedy Estonii. Po uzupełnieniu paliwa władze portowe oświadczyły, że okręt wraz z załogą będzie internowany w porcie, aż do zakończenia działań wojennych. By uniemożliwić wypłynięcie z portu, wymontowano z okrętu część wyposażenia służącego do nawigacji.

Kapitan, nie chcąc się pogodzić z bezprawną, lecz przyjętą na żądanie Niemiec, decyzją władz estońskich, postanowił opuścić za wszelka cenę niegościnny port. Nocą, po obezwładnieniu estońskich strażników, „Orzeł” wyszedł cicho z portu na napędzie elektrycznym i zniknął pod powierzchnią Bałtyku. Błądził kilka dni, unikając odkrycia przez okręty niemieckie, wysłane na jego poszukiwanie. W końcu dotarł do cieśniny pomiędzy Danią i Szwecją, nadzorowanej przez Niemców. Nocą, korzystając z obecności przepływającego w stronę Morza Północnego dużego statku drobnicowego, „Orzeł” w zanurzeniu, z wystającym jedynie nad powierzchnię morza kawałkiem kiosku, ustawił się, by płynąć w jego śladzie. Nawigator, ulokowany w odkrytym luku kiosku, tak by nie stracić z oczu przewodnika, głosem informował kapitana o manewrach, które należało wykonać, by płynąć za nim niepostrzeżenie. Uniknęli Niemców, dotarli szczęśliwie do Anglii i potem brali udział w działaniach wojennych, miedzy innymi uczestnicząc w zaopatrywaniu Malty w czasie jej blokady przez okręty niemieckie i włoskie. W ostatnich dniach wojny „Orzeł” nie powrócił do portu, prawdopodobnie został zatopiony przez pomyłkę przez bratni okręt w zatoce Helgoland. Wujek ocalał, gdyż w czasie ostatniego rejsu, z którego „Orzeł” nie powrócił, on i jego dwaj koledzy znajdowali się w szpitalu. Do Polski z Anglii wrócił dopiero w 1947 roku na bliźniaczym okręcie, który w hołdzie dla poprzedniego został nazwany „Orzeł”.

W momencie naszego przyjazdu do Gdyni wujek służył na nowym „Orle” i w jeden z następnych dni zabrał mnie ze sobą na okręt. Spędziłem tam cały dzień razem z załogą, oglądając maszyny i urządzenia, jedząc z nimi posiłki. Ta wizyta była dla mnie do tego stopnia podniecająca, że przez długi czas byłem zdecydowany, by po ukończeniu liceum wstąpić do Marynarki Wojennej. Pamiętam, że wujek, jak się spotykaliśmy, zawsze mawiał: „Rysiu, ty będziesz naprawdę doskonałym marynarzem”. Na początku lat pięćdziesiątych, stał się podejrzany, bo zbyt późno powrócił z Anglii i został zwolniony z wojska. Zrehabilitowany całkowicie w latach 60-tych, kontynuował, trochę zgorzkniały, służbę wojskowa, aż do pójścia na emeryturę. Jego pogrzeb, już w Polsce pokomunistycznej, był pogrzebem wojskowym, rezerwowanym dla bohaterów narodowych.

Wujek i ciocia z dziećmi mieszkali na Oksywiu, położonym na wysokim brzegu zatoki gdyńskiej, skąd można było widzieć morze, a w pogodne dni nawet Półwysep Helski. Po wyjściu z szoku, jaki ciocia przeżyła, widząc nas w drzwiach wejściowych (telefony w rodzinie nie były znane), zostaliśmy nakarmieni, napojeni, umyci i poszliśmy spać, tak aby być w formie do wakacyjnych trudów, które czekały nas w następnych dniach. Oczywiście każdego dnia chodziliśmy na plażę położoną na brzegu pod skarpą oksywską. Droga na plażę była długa, piaszczysta i szło się nią przez wzgórze, gdzie niemieckie urządzenia obronne były jeszcze nierozmontowane. Bowiem do końca wojny w obawie przed desantem wojsk radzieckich, wzgórze z widokiem dominującym na morze było silnie uzbrojone. Stały tam wielkokalibrowe działa mogące strzelać pociskami na dziesiątki kilometrów, działa przeciwlotnicze, bunkier z ruchomą wieżą teleskopową do naprowadzania na cel strzelających i inne wojenne „zabawki”, ale wszystkie uszkodzone przez uciekające wojska. Był tam również ogromny kilkupiętrowy betonowy blokhauz, przewidziany chyba do chronienia niemieckiego dowództwa portu. Po pierwszym zaciekawieniu wszystkie te zabytki wojenne przestały nas interesować, gdyż morze, które widzieliśmy po raz pierwszy, i piaszczyste duże plaże były dla nas bardziej przyciągające.

W sobotę ciocia zaproponowała nam, by korzystając z okazji wyjazdu grupy marynarzy na prace społeczne do Wejherowa, pojechać z nimi do lasu koło Rewy, kilkadziesiąt km od Gdyni. Nazajutrz raniutko podjechał pod dom samochód ciężarowy pełen marynarzy. Zajęliśmy miejsce wśród nich pod plandeką; wujek wsiadł do kabiny, a ciocia wcisnęła nam kanapki na cały dzień wycieczki i pojechaliśmy. Po dłuższej jeździe zatrzymaliśmy się na szosie w lesie, gdzie wujek przed dalszą ich jazdą dał nam następujące zadania. Iść w las, ale się nie zgubić, zbierać i jeść jagody, maliny, których powinno być dużo, ale unikać innych owoców, które mogłyby być trujące, no i, bardzo ważne, wrócić w to samo miejsce przy szosie przed zachodem słońca i czekać cierpliwie na ich powrót.

Znając Kazika, zakazałem mu oddalać się od siebie, chodząc po lesie miał mnie cały czas widzieć, bo jeśli nie, to go „spiorę”. Ostrzeżenie było skuteczne, gdyż rzeczywiście się nie zgubił, ale poza tym to jagód i malin nie było, pójść dalej w las nie chciałem, bojąc się, że się zgubimy i nie trafimy z powrotem w umówione miejsce wyczekiwania. Większość więc czasu spędzaliśmy leżąc w rowie przy szosie, licząc przejeżdżające rzadko samochody i tłukąc na swojej skórze komary, które w przeciwieństwie do jagód w owym roku wyjątkowo dobrze obrodziły. Dzień zaczął się chylić ku zachodowi, ale wyczekiwanej ciężarówki nie było widać. Słońce zachodziło, a ciężarówka nie przyjeżdżała. Noc zapadła, ciemność nie pozwalała nam rozeznać, co nadjeżdżało, a my nic, tylko staliśmy z boku szosy jak te dwie nieszczęsne sieroty i czekaliśmy. Kiedy po upływie godziny czy dwóch oczekiwana ciężarówka się nie pojawiła, zdecydowałem, że muszę sam zająć się ratowaniem naszej ekipy „rozbitków”. Postanowiłem, że pójdziemy szosą, aż dojdziemy do jakichś torów przecinających ją, a następnie po torach dojdziemy z pewnością do jakiejś stacji, a dalej zobaczymy.

Ruszyliśmy żwawo, bo było chłodno, w kierunku, z którego przyjechaliśmy. I rzeczywiście, po kilku kilometrach weszliśmy na tory, a idąc po nich dalej, znaleźliśmy się na jakiejś stacji towarowej, z masą torów, na których odpoczywały długie „różańce” wagonów towarowych. Nie mogąc wiedzieć, który zestaw odjedzie pierwszy, usiedliśmy w jednym z otwartych wagonów oczekując na jakiś ruch. I rzeczywiście, wkrótce z narastającym powoli zgrzytem puszczających hamulców, jeden z zestawów zaczął się poruszać. Szybko wskoczyliśmy na schodki na końcu jednego z wagonów i na stojąco, trzymając się barierek, powierzyliśmy nasz los nieznanemu palaczowi z lokomotywy. Czyli, krótko mówiąc, ruszyliśmy w nieznane.

Nieznane przesuwało się obok nas do tyłu z coraz większą szybkością, a ponieważ nazwy wypisane na budynkach kolejowych, w słabym oświetleniu nic mi nie mówiły, więc cierpliwie czekałem na pojawienie się gdzieś napisu Gdynia. Pociąg „szorował” coraz szybciej z monotonnym stukiem kół: tak-tak, tak-tak, tak-tak, a my, jak dwa widma zawieszone na wagonie, pojawialiśmy się i znikaliśmy z szybkością mijanych przy torach, oświetlających nas na moment latarni. Zacząłem martwić się, czy przypadkiem pociąg nie wybrał innej drogi, która by oddalała nas od celu, ale nie, bowiem w jakimś momencie mignął mi napis na budynku dróżnika Gdynia-coś-tam. Ba, ale wkrótce minęliśmy tę stację, a pociąg ani myślał zwolnić. O skakaniu w biegu nie było mowy, zbyt dobrze pamiętałem skok z tramwaju we Wrocławiu, więc kontynuowaliśmy dalej, zaczepieni na stopniu, naszą nocną eskapadę. Na szczęście dla nas wkrótce pociąg zatrzymał się na stacji rozdzielczej gdyńskiego portu.

Nim doszliśmy pieszo do Oksywia było już dobrze po północy, ale w oknach wujostwa paliło się światło. Zły znak, pomyślałem i z lekką obawą zastukałem do drzwi. Otworzyła nam ciocia spłakana, wujka nie było. Okazało się, że wujek z ekipą wracał późno z Wejherowa i nie widząc nas przy szosie pomyślał, że „na łebka” wróciliśmy sami na Oksywie. Powrócił więc do domu uspakajając ciocię, że na pewno zaraz się pojawimy. Ale po północy, gdy ciocia wpadła w panikę, że zaginęliśmy w lesie, wujek wrócił do portu, by z marynarzami pojechać i nas odnaleźć. Przeprosiliśmy bardzo nasze wujostwo za sprawiony kłopot, ale ja do dzisiaj nie jestem pewien, kto miał rację. Czy ciocia, która wysłała wujka, by nas szukał, czy wujek, który to zaakceptował, zamiast czekać spokojnie w domu na nasz powrót?