Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Po naszym powrocie do domu na Czynszową, mama raz jeszcze przeżyła swoją walkę z inspektorem, tym razem opowiadając ją już na spokojnie. Wujek zaproponował, żeby takie niecodzienne wydarzenie uczcić, to trzeba by je „oblać”. Tym razem słowo „oblać” należy rozumieć, zgodnie z polską tradycją, którą wujek starannie kultywował, jako propozycję wzniesienia kilku toastów okolicznościowych, kończących się, każdy, wypiciem kieliszka wódki. W trakcie tego uroczystego czczenia mojej, zdobytej zresztą tylko dzięki mamie, promocji na warszawiaka, mama zaproponowała, zwracając się do cioci:

- Słuchaj, Stefcia, a może ich wyślemy razem, Rysia i Kazia do Felków, niech sobie odpoczną nad morzem. To będzie dla Rysia nagroda za to, że „przeszedł” na egzaminie.

Nie wiem, czy mama specjalnie użyła słowa „przeszedł” zamiast „zdał”, ale idea wyjazdu była tak atrakcyjna, że nie wierzyłem własnym uszom. Pojechać nad morze, o którym ciągle pisano i mówiono, że jest piękne, że jest to polskie okno na świat. Zobaczyć wreszcie, jak ono wygląda. Ujrzałem Kazika biegnącego do swej mamy:

- Mamo, zgódź się, proszę, ja też przeszedłem do siódmej klasy i też chcę nagrodę, tak jak Rysiek.

Niestety, kiedy doszło do określenia, ile trzeba by wydać na bilety kolejowe, szczególnie drogie, okazało się, że obie mamy nie mają na to pieniędzy. Widmo utraty tak pięknej nagrody stanęło przede mną. Co robić? Przyszedł mi pomysł ostatniej szansy. Jeden z kolegów z Płońska opowiedział mi, że pojechał z Płocka do Warszawy statkiem po Wiśle, i że to kosztowało bardzo tanio. Toteż, gdy zaproponowałem nieśmiało, że może pojedziemy statkiem do Gdańska, a potem tramwajami do Gdyni, nikt nie zaprotestował. Obaj z Kazikiem natychmiast pojechaliśmy na przystań Polskiej Żeglugi Wiślanej koło mostu Poniatowskiego, aby dowiedzieć się o ceny biletów i dni rejsów. Rejsów bezpośrednich do Gdańska nie było, ale można było tam dopłynąć z przesiadkami w Płocku i w Toruniu. Co do ceny biletu, była ona śmiesznie niska. Mamy zaakceptowały naszą ideę i już nic nie stało na przeszkodzie, byśmy popłynęli do Gdańska parostatkiem wiślanym. A że fundusz na podróż tym razem okazał się wystarczający i miejsca na statku były wolne, kilka dni później weszliśmy, z naturalnie zrozumiałą emocją, na pokład parostatku o dumnej nazwie s/s „Bałtyk II”.

Z dzisiejszej perspektywy mogę powiedzieć, że był to rzadki monument historyczny, mający wtedy co najmniej 50 lat służby. Szczególnie majestatycznego wyglądu dodawały mu ogromny dymiący obficie komin, który na czas przejazdu pod mostami był pieczołowicie demontowany, i dwa ogromne koła napędowe zaopatrzone w łopatki drewniane, rozmieszczone symetrycznie po bokach zabytku, które popychały go do przodu lub do tyłu, w zależności od zaistniałej potrzeby. Na statku były 3 klasy, pierwsza z kuszetkami do spania w czteroosobowych kabinach, druga z ławkami do siedzenia na dużej sali pod pokładem i trzecia na pokładzie, gdzie rozstawionych było kilka ławek. My oczywiście wybraliśmy pokład i to nie tylko dlatego, że stąd lepiej było widać przesuwające się krajobrazy…

A jak widział te krajobrazy jeden z bardziej ulubionych moich poetów, krajobrazy, które czas i wydarzenia bezpowrotnie przekształciły:

Po szerokim polu modra Wisła płynie,

Pochylone wierzby drzemią na głębinie.

Nad wodą schylony stary dąb liściasty,

Kiedy bielą płótno wesołe niewiasty!

Zaopatrzeni przez mamy w dwa słoje napełnione kotletami w smalczyku i z cebulką (mniam, mniam…), w butelki z kompotem i różne inne smakołyki, rankiem byliśmy już na pokładzie parowca, gotującego się do podróży i ulokowaliśmy się na przedzie pokładu, na przyniesionym ze sobą kocu. Po upakowaniu licznych pasażerów z tobołkami w odpowiednich klasach, po trzech, dudniąco grubych gwizdkach syreny i z dymiącym potężnie kominem, statek odbił od nadbrzeża. Kapitan stał na mostku, salutując chyba pozostawianej Warszawie, a wszyscy znajdujący się na pokładzie machali rekami, my także, chociaż nikt nas nie żegnał i to wszystko było naprawdę dostojne i wzruszające. Cała podróż miała trwać dwa dni i dwie noce, mieliśmy więc przed sobą dużo czasu na smakowanie wspaniałej na pewno wyprawy. Ponieważ na Wiśle, która do Torunia nie była uregulowana, nurt głębokiej wody często zmieniał koryto, więc nim dopłynęliśmy do Modlina (35 km) nasz okręt dwukrotnie osiadał na mieliźnie, czyli po prostu „wrąbywał się” w piasek.

Dwie metody były używane przez załogę dzielnych majtków, aby przekształcić statek z nieruchomego pontonu osiadłego na piasku, w jednostkę pływającą po wodzie. Pierwsza i najprostsza polegała na przesiedleniu wszystkich pasażerów na rufę, gdy reszta załogi na mniej obciążonym dziobie, zaopatrzona w długie tyczki, na dany przez kapitana znak syreną odpychała z całych sił statek do tyłu. Równoczesny rozkaz z mostku do kotłowni: „Całą parą nazad!”, powodował, że koła z łopatkami młóciły wodę, że aż miło było patrzeć, starając się nadać statkowi odpowiedni ruch do tyłu. Zwykle po kilku takich próbach statek opuszczał swoją czasową przystań i po odpłynięciu na bezpieczną odległość, znów komenda: „Całą parą naprzód!”, nadawała mu normalny kierunek jazdy.

Druga metoda wymagała dużo czasu i zaangażowania innej jednostki pływającej, czyli łódki, która w czasie normalnego rejsu była przywiązana z tyłu do rufy statku i wlokła się za nim, beztrosko podskakując na falach. Kiedy po kilku próbach zejścia z mielizny za pomocą pierwszej metody, statek uparcie tkwił w piasku, kapitan dawał znak do przejścia na drugi sposób ściągania go. Trzech dzielnych majtków schodziło po drabince sznurowej na pokład drugiej jednostki, znoszono do niej drąg w postaci słupa telegraficznego jak również kotwicę, która normalnie wisiała na przedzie statku. Następnie, ta druga jednostka, która na czas trwania operacji stawała się pierwszą, oddalała się po linii prostej od statku na 50 m i rzucała kotwicę do wody. W drodze powrotnej stawiano słup pionowo na dnie rzeki w odległości 10 m od dzioba statku i po przeciągnięciu przez wierzch słupa liny łączącej statek z kotwicą, system ratunkowy statku stawał się operacyjnym. Po upewnieniu się, że kotwica trzyma się dobrze dna, znów gwizd syreny i tym razem specjalny kołowrót na statku, napędzany parą zaczynał nawijać linę kotwicy na bęben. Naprężająca się lina powodowała podniesienie przodu statku wystarczająco, by po komendzie: „Całą parą, nazad!”, koła łopatkowe rozbryzgując malowniczo wodę, ściągnęły statek zadnim chodem na głęboki nurt. Potem wystarczyło już tylko rozmontować system, zabrać majtków z łódki, przyczepiając ją do rufy i po trzech rytualnych grubych gwizdkach, statek majestatycznie ruszał do przodu. Każda udana próba ściągnięcia statku była nagradzana oklaskami pasażerów, a pan kapitan z wysokości swego mostka dziękował im z uśmiechem, salutując do swej czapki z pięknie haftowaną kotwicą i obszytym złotem daszkiem. Nie muszę dodawać, że tego typu rozrywki, a były one dosyć częste, umilały nam podróż i czyniły ją mniej monotonną.

W pobliżu Modlina na Wiśle pojawiła się nowa przeszkoda w naszej spokojnej skądinąd żegludze, której nawet pan kapitan nie mógł przewidzieć i mimo swego kunsztu nie mógł jej obejść. Otóż nagle, za zakrętem, tam gdzie do Wisły wpada Bug i Narew, przed dziobem statku pojawił się pontonowy most, który saperzy rozstawili na całej szerokości rzeki, widocznie dla pokazania, do czego są zdolni, gdyż normalny most spełniał pełnosprawnie swoje funkcje w odległości kilometra od „pontoniaka”. Na pokładzie powstała panika, bowiem większość pasażerów stanowiły osoby, które dostarczały produkty żywnościowe do miast nadwiślańskich.

Statek pełnił rodzaj funkcji kabotażowej, to znaczy zatrzymywał się często przy małych pomostach, gdzie były osady lub miasteczka, a pasażerowie z dużymi pakunkami wsiadali lub wysiadali, wykorzystując taniość tego transportu. Przedłużony i, co najgorsze, nieprzewidziany postój statku, groził im zerwaniem terminów dostaw dla klientów, jak również świeżość produktów wiezionych mogła na tym bardzo ucierpieć. To nie był bunt załogi, jak na okręcie w znanym filmie „Bounty”, lecz głośne protesty pasażerów, które zmobilizowały naszego kapitana do podjęcia energicznej akcji. Wsiadł więc na drugą jednostkę pływającą z dwoma majtkami u wioseł i pojechał pertraktować z szefem mostowych saperów. Wrócił po godzinie, zebrał pasażerów, aby przedstawić wyniki delikatnych rokowań. Okazało się, że, zgodnie z informacją otrzymaną przez kapitana, most na pontonach miał stać tak długo, jak to było określone w ściśle tajnym programie ćwiczeń. Tym niemniej, była możliwość wyjścia z kłopotliwej sytuacji. Kapitan zaproponował zebranym na pokładzie, że aby móc jak najszybciej ściągnąć statek z nowej „mielizny”, należałoby odpowiednio wynagrodzić ciężki trud saperów, niezbędny dla szybkiego rozmontowania małego kawałka pływającego mostu. Projekt został chyba przyjęty, gdyż kapitan wkrótce popłynął znowu do saperów, którzy widząc, że są podziwiani przez pasażerów ze statku, rączo przystąpili do pracy i już pod wieczór mieliśmy drogę wolną. Przy przejeździe statku przez „wyrwę” w pontonach, obaj szefowie wymienili energiczne saluty wojskowe, a kapitan machającym nam rękami saperom, odgwizdał trzykrotne podziękowanie. Gdy dojechaliśmy do Płocka była już późna noc. Przesiadając się na nowy statek, który miał nas zawieźć do Torunia, najbardziej żałowałem, że nie zobaczę już więcej kapitana, którego elegancka sylwetka i rasowe ruchy, jeszcze dziś defilują w mojej pamięci.

Z Płocka wypłynęliśmy bardzo rano, chyba aby nadrobić stratę czasu na pierwszym etapie podróży. Było przenikliwie zimno. Niewyspani, znaleźliśmy sobie miejsce za kominem, który nas trochę chronił od zimnego wiatru, ale przede wszystkim dawał nam możność trochę się ogrzać. Owinięci jednym kocem (dlaczego mamy nie dały nam dwóch?), szczękając zębami z zimna, nie zwracaliśmy już uwagi na krajobrazy, gdyż niesamowicie chciało się nam spać. Dzień na statku upływał w normalnym rytmie czynności, przeplatanych osiadaniem na mieliźnie i szukaniem koryta. Deszcz, który na początku siąpił, zmienił się w trudne do zniesienia szarugi. Komin niewiele pomagał. Zmoczeni, zdecydowaliśmy się przeklasować. Powoli, zajęliśmy najpierw miejsca na schodach prowadzących pod pokład do dużej sali. Potem na ogólnej sali. O dziwo, nikt nas nie przegonił i była nawet możliwość przycupnięcia na kawałku ławki i dokonania tam małej drzemki. Dalsza podróż do Włocławka odbyła się już bez nowych przygód. Do późnego wieczora chodziliśmy spokojnie miedzy pokładem i salą, nikt nas nie zaczepiał, widocznie załoga miała czas się do nas przyzwyczaić. Wieczorem statek zacumował we Włocławku i nowy kapitan ogłosił przerwę w podróży, do następnego dnia rano. Niestety, nam z Kazikiem skończyły się zapasy jedzeniowe. Trzeba przyznać, że mój kuzyn, mimo znacznie mniejszego wzrostu, lubił jeść często i dużo. Aby temu zaradzić poleciłem mu rano wyjść na miasto, znaleźć piekarnię, kupić chleb, osełkę masła i bez straty czasu wracać jak najszybciej na pokład. Ja sam musiałem zostać na pokładzie i czuwać, żeby statek nie odpłynął bez nas.

Kazik z ociąganiem, jak zwykle w takich wypadkach, wziął wydzieloną mu przeze mnie sumę i poszedł. Czego mój plan nie przewidział to, że on nigdy nie był szybki w akcji, a jeśli pojawiał się jakiś problem, to w ogóle… Czekam…, Kazika nie ma. Schodzę na ponton przystani, on nie przychodzi. Biegam po pobliskich uliczkach tak, aby nie stracić statku z oczu. Nikogo! Widzę majtków krzątających się po pokładzie, pewnie zbliża się odjazd. Wbiegam na pokład przejęty i zaniepokojony, a tu… trzy gwizdki. Gnam, potykając się, na mostek do kapitana.

- Panie kapitanie, mój brat jeszcze nie wrócił. Niech pan nie odpływa! Kapitan myśląc prawdopodobnie o dorosłym bracie, wzruszył ramionami:

- Nie mogę czekać. Mógł wrócić na czas. Odpływamy! – rzucił w kierunku majtka trzymającego cumę.

- Panie kapitanie, proszę jeszcze zaczekać na brata! Cuma wpadła do wody, koła poszły w ruch. Blady, nie wiedząc, co mówić, krzyczę:

- Jeśli pan odpłynie, to ja się rzucę do wody, a nie umiem pływać! To było dobre wejście z mojej strony, gdyż kapitan zapytał:

- A gdzie jest twój brat?

- Poszedł po chleb, ale on ma 9 lat (odjąłem mu 3 lata) i pewnie zabłądził. Rad nierad kapitan ponownie zbliżył statek do brzegu, gdy nagle spostrzegłem idącego spokojnie w stronę pomostu Kazia. „To on!” krzyknąłem tryumfalnie, pokazując go palcem. Z pomocą cumowniczego Kazik został wypchnięty na pokład, a ja, gdy już nas nikt nie widział, dałem mu średni „wycisk” tak, żeby to wydarzenie utkwiło mu na długo w pamięci.

Dalsza podróż przebiegała bardziej monotonnie, a po dopłynięciu do Torunia i kolejnej zmianie statku czas zaczął się nam dłużyć niemiłosiernie. Byliśmy coraz bardziej zmęczeni spartańskimi warunkami naszej wyprawy. I krajobrazy stały się nieciekawe, i mielizny się skończyły. O ile na poprzednich odcinkach płynięcie statkiem nocą, z reflektorem wyszukującym rzadkich boi wskazujących nurt rzeki, było dla nas atrakcją, to teraz i to też się skończyło. Statek płynął nocą z reflektorem, ale nie musiał już zygzakować tak jak poprzednio. Mijaliśmy dużo barek załadowanych po czubki, a które kapitan pozdrawiał przy mijaniu gwizdkami syreny. Po trzech dniach i trzech nocach podróży dojechaliśmy wreszcie do Gdańska. Statek zatrzymał się w porcie w pobliżu słynnych spichrzów, służących od dawna do składowania ziarna przywożonego barkami z góry Wisły. Po ostatnim spojrzeniu na statek, poszliśmy szukać tramwaju, który by nas dowiózł do Gdyni. Takiego połączenia nie było. Niezrażeni tym, znaleźliśmy linię tramwajową, która dowiozła nas do Sopotu, a potem, pytając się często przechodniów, znaleźliśmy trolejbus, który nas dowiózł do Gdyni, do portu handlowego. Stamtąd już piechotą musieliśmy się wspiąć na Kępę Oksywską, z przeciwnej strony portu, gdyż tam w domach dla wojskowych mieszkał wujek Felek z całą swoją rodziną.

Nasza podróż statkiem parowym po Wiśle, mimo niewygód, różniła się jak niebo od ziemi od spływów flisaków do Gdańska, którzy na łodziach czy tratwach płynących z nurtem wody, śpiewali z tęsknotą:

Czy to w dzień czy o zachodzie płyniemy sobie w dal,

Płynie nasza łódź po wodzie, niesiona z prądem fal.

W słońcu czy w blasku gwiazd, wiele mijamy miast,

Ale każdy gdzieś na brzegu zostawił serce swe!