Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Rzeczywiście, poziom nauczania w szkole ogólnokształcącej w Płońsku był bardzo niski. W szkole, która miała wszystkie klasy aż do maturalnej, nie było chyba w ogóle profesorów z wyższym wykształceniem. Uczyli nas ludzie na pewno sympatyczni, pełni zapału, lecz niemający ku temu odpowiedniego merytoryczno-pedagogicznego przygotowania. Gdy pani profesorka od matematyki wzięła przed końcem roku urlop macierzyński i w związku z czym przestała przychodzić do szkoły, nikt jej naprawdę nie zastąpił. I ostatnie miesiące przed zakończeniem, gdy mieliśmy przerabiać ułamki i pierwiastki zgodnie z podręcznikiem, nie było nikogo, kto mógłby wyczerpująco zaznajomić nas z nimi. Wypadły po prostu z programu. Z fizyką było tak samo. Profesor był nietypowy, gdyż będąc zapalonym motorowcem, zamiast przerabiać z nami program, może trochę nudnawy, wolał poświęcać dużo czasu na opowiadanie o swoich wyczynach sportowo-technicznych. Lub wyjaśniać nam, jak przerobić rower na motocykl napędzany silnikiem benzynowym albo, jeszcze lepiej, silnikiem elektrycznym na akumulator, zapominając, że dla nas młodych mieć rower było już wyczynem, a zdobyć nieosiągalne silniki było „marzeniem ściętej głowy”. Co nie przeszkadzało, że mnie się ten temat podobał, bo któż z nas nie marzył o posiadaniu motocykla? Ale żeby nas uczyć fizyki jako fizyki, żeby przerabiać ćwiczenia, które były w programie, tego niestety nie było. To samo było z chemii. Profesorka od chemii opowiadała nam o zjawiskach chemicznych, czytając najczęściej monotonny tekst z jakiejś książki, ale ćwiczeń nie robiliśmy, bo nie było żadnego laboratorium w szkole. Toteż, mimo że pewne zadania na egzaminie w Warszawie były proste, to fakt, że podobnych przykładów nie przerabialiśmy w klasie, zastraszył mnie kompletnie. A jeśli dodać do tego mój dobrze rozwinięty kompleks przedegzaminacyjny…