Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Po powrocie do Skołatowa, gdzie mieszkaliśmy we czwórkę już od pewnego czasu, zacząłem się przygotowywać do nowego roku szkolnego 1948/49, w którym miałem chodzić do 9 klasy, ale już w Płońsku. Wspomnę tu o małym problemie semantycznym, jaki mi się wyłonił w związku z nową organizacją nauczania. Do tej pory było tak: do siódmej klasy nauczany nazywał się uczeń, w gimnazjum i liceum pojawiał się sztubak, a na studiach królował już student. Będąc jeszcze uczniem, bardzo liczyłem na stanie się sztubakiem, gdyż to nazwanie wprowadzało mnie automatycznie do znacznie ważniejszej kategorii młodocianych ludzi. A teraz jak będzie? W klasie dziewiątej i dalszych, pozostanę ciągle uczniem, nie sztubakiem? Przepytywana mama też nie umiała mi odpowiedzieć jednoznacznie. Trudno, ale musiałem się z tym pogodzić.

Zmiana szkoły zmusiła mnie również do zmiany sposobu transportu, gdyż oczekując na znalezienie pokoju i przeniesienie się całej rodziny do Płońska, na razie i póki co, miałem jeździć codziennie na rowerze ze Skołatowa do szkoły. Żeby tego uniknąć, mama chciała mnie umieścić w istniejącym w Płońsku internacie dla uczniów, ale z jakiś przyczyn nie zostałem do niego przyjęty. Dojazd do szkoły na rowerze zabierał mi w dni pogodne ponad godzinę i tyleż samo podróż powrotna. Pedałowaliśmy więc codziennie, 6 dni w tygodniu razem z Witoldem, który też się dostał do dziewiątej klasy, ale on w krótkim czasie otrzymał miejsce w internacie, w związku z czym dalej jeździłem już sam. Trwało to chyba dosyć długo, gdyż pamiętam, że w jesienne chłodne dni, aby nie przemarzać do szpiku kości, wkładałem sobie z przodu pod ubranie gazetę, która bardzo skutecznie zatrzymywała przenikanie zimnego wiatru do ciała, z wyjątkiem twarzy i nóg. Mimo to jazda rowerem w każdy dzień bez względu na pogodę, była bardzo męcząca i chyba trochę niebezpieczna. Toteż byłem uradowany wiadomością od mamy, że znalazła wreszcie pokój w Płońsku, tuż przy stacji kolejowej, i że tam zamieszkamy, na razie we dwoje. Przenieśliśmy się bardzo szybko do nowego mieszkania i ta zmiana znacznie ułatwiła mi życie na co dzień. Wreszcie miałem czas na spotykanie się z kolegami, na odrabianie lekcji i na różne przyjemności, jak książki, kino czy gry sportowe.

A propos sportu, wspomnę tu o małym wydarzeniu, które miało decydujący wpływ na wybór dyscypliny sportowej, którą później uprawiałem zawzięcie i z poświęceniem. Pewnego dnia w czasie zajęć sportowych graliśmy w piłkę nożną na boisku szkolnym. Ja, będąc wysokiego wzrostu, miałem za zadanie biegać przed bramką i wyłapywać jak najwięcej piłek strzelanych przez graczy. W tych dawnych czasach nikt z uczniów nie używał sportowego ubrania ani sportowych butów do gry, a po grze szło się bezpośrednio na lekcje lub do domu, gdyż wynalazek szatni i pryszniców nie był jeszcze znany w płońskiej szkole. Trzeba trafu, że biegnąc, aby rzucić się na lecącą do bramki piłkę, upadłem na nią w momencie, gdy jeden z graczy „złożył” się właśnie, by ją strzelić do bramki. Wymierzone, oczywiście silne kopnięcie, zamiast na piłce ulokował na mojej twarzy, przecinając aż do kości i to na kilku centymetrach mój łuk brwiowy. Krew polała się obficie i nim zdążyłem położyć na ranie chusteczkę, moje ubranie pokryło się czerwonymi plamami krwi.

Toteż, gdy pani Etinger, profesorka od francuskiego, weszła do klasy na lekcję, pierwsze, co jej się rzuciło w oczy, to była moja nieszczęśliwa postać pokolorowana na czerwono. „Boże mój! Pytlak, co ci się stało? Oj, słabo mi!” Oparła się o stół i widać było, że mój niecodzienny wygląd był dla niej wstrząsem. Podniosłem się z krzesła, by jej grzecznie odpowiedzieć, że to nic strasznego, i że to tylko kolega kopnął mnie w oko.

Dodam, że w klasie siedzieliśmy na metalowych krzesłach zwanych „składakami”, których zaletą było, że składały się na płasko po podniesieniu małego zaczepu, który normalnie utrzymywał je w pozycji do siedzenia. Podnosząc się, niechcący spuściłem zaczep krzesła, a gdy po odpowiedzi profesorce chciałem usiąść ponownie, krzesło się złożyło, a ja razem z nim wyładowałem na podłodze. To byłoby bez znaczenia, gdyby nie fakt, że palec wskazujący prawej reki został oskalpowany aż do kości przez składające się pod moim ciężarem metalowe żebra krzesła. Jak się odczepiłem od gilotyny i podniosłem, to widok wiszącego na palcu skalpu, widok krwi cieknącej obficie z palca i znad oka, gdyż w zamieszaniu upuściłem chusteczkę, tak przeraził panią Etinger, że osunęła się na podłogę bez słowa i bez przytomności.

W klasie powstało zamieszanie, jedni chcieli cucić profesorkę, inni chcieli widzieć moje rany, inni jeszcze pobiegli szukać pomocy do pokoju nauczycielskiego. Pani Etinger, która w tym czasie była już w wieku przedemerytalnym, uczyła nas języków francuskiego i łaciny. Mówiła po polsku z dziwnym akcentem i nawet mało ważne wydarzenia wprawiały ja w ostry stan emocjonalny. Toteż koledzy nie umiejąc lekcji, wykorzystywali tę jej słabość, aby opowiadać historie o rzekomych nieszczęściach, które na nich spadały, co wywoływało efekt wzruszenia u nauczycielki, która niechybnie by ich pocieszyć, stawiała im stopnie dostateczne z odpowiedzi. Nic więc dziwnego, że jej reakcja na mój skądinąd banalny wypadek, była tak gwałtowna.

Krótko mówiąc, moja krwawa przygoda, powodująca upadek „korpusu profesorskiego” bez czucia na podłogę, stała się wydarzeniem dnia dla całej klasy, a mnie odebrała ostatecznie ochotę do gry w piłkę nożną, grę brutalną i szczególnie niebezpieczną. Od tego momentu zacząłem ćwiczyć i grać tylko w siatkówkę, w której w czasie gry nie ma kontaktu bezpośredniego miedzy przeciwnikami. I tak zamknęła się przede mną niedoszła kariera piłkarska. Jeszcze jedna w moim młodym życiu!