Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Po powrocie z wyprawy do Wrocławia życie w Dzierzązni wydawało mi się trochę mniej ciekawe niż poprzednio, ale wkrótce znowu nabrało rumieńców. Prawie dwa lata po zakończeniu wojny nowe zwyczaje i nowe porządki zaczęły stawać się częścią składową codziennego życia. Szkoła zajmowała dużo czasu i bardzo mi to było na rękę, gdyż automatycznie zwalniało od wielu obowiązków w gospodarstwie. Ale nie tylko dlatego lubiłem szkołę. Na niektóre lekcje, a szczególnie historię i matematykę, chodziłem z wielką chęcią, a dużo czasu poświęcałem także na czytanie opowiadań historycznych czy rozwiązywanie zadań z matematyki.

A najbardziej ze wszystkiego lubiłem czytać. Czasu na czytanie książek, które brałem z biblioteki szkolnej (tak, została szybko otwarta) lub z księgozbioru mojej byłej nauczycielki, nie było za wiele. W ciągu dnia miałem dużo zajęć: szkoła, odrabianie lekcji, zabawy z kolegami, no i te nielubiane roboty w domu, tak że naprawdę na czytanie pozostawały tylko wieczory. Był tu jednak poważny problem z oświetleniem. Po wsiach bliskich i dalekich nie było elektryczności i oświetlanie mieszkań zapewniały lampy naftowe (dziękujemy panu, panie Łukasiewicz). W zasadzie czas snu na wsi określony był „kurnym porządkiem”, co oznaczało, że chodziło się spać „razem z kurami”, a wstawało na „pianie koguta”. Czytanie wieczorami było krótkie, a w dodatku babcia nie pozwalała siedzieć długo przy lampie. Postanowiłem temu zaradzić na swój sposób.

Chyba wiosną 1947 roku udało mi się zdobyć stare rowerowe dynamo elektryczne i jakieś pogięte koło od roweru. W rezultacie długiego majsterkowania udało mi się zbudować małą elektrownią, składającą się z dynama, koła z przymocowanymi do niego deszczułkami, które spełniało rolę wiatraka, a wszystko to przymocowane do długiej tyczki postawiłem na szczycie stodoły. I o dziwo, wiejący wiatr obracał kołem wiatraka i kręcącym się na nim dynamem, to z kolei, po podłączeniu długimi przewodami do żaróweczki od ręcznej latarki, sprawiało, że ona świeciła! Prawda, że światełko było słabe i migotliwe, prawda, że wiatr musiał być dosyć mocny, by wiatrak się kręcił, prawda, że ze zmianą kierunku wiatru należało wejść na dach i ustawić odpowiednio tyczkę, ale miałem swoje światło, by móc wreszcie czytać nawet pod kołdrą czy pierzyną.

Pokazywałem z dumą moją elektrownię kolegom, ale nie znalazłem naśladowców z wyjątkiem Romka Marszala. Był on starszy ode mnie na pewno o 5 lub 6 lat, jak prawie wszyscy koledzy z mojej klasy, którzy do szkoły zaczęli chodzić jeszcze przed wojną. Widząc mój wyczyn elektryczny powiedział, że jeśli chcę, mogę z nim razem budować „radio na kryształek”. Było to urządzenie składające się z obrotowego kondensatora ze zmienną pojemnością, elektrycznej cewki indukcyjnej, specjalnego kryształka z metalu pozwalającego na filtrowanie przepływającego przez niego prądu i ze słuchawek na uszy.

Otóż Romek znalazł gdzieś opis budowy takiego radia i, co najważniejsze, udało mu się również zdobyć kilka kondensatorów. Ja oczywiście zgodziłem się skwapliwie i zaczęliśmy nasza współpracę, która miała być utrzymana w tajemnicy aż do osiągnięcia dobrego rezultatu. Tak bowiem zadecydowaliśmy, ażeby w wypadku niepowodzenia, nie stać się pośmiewiskiem kolegów. Z dużym trudem udało nam się wyszukać i zakupić bardzo cienki drut miedziany na cewki i metalowe kryształki, ale słuchawek mieliśmy tylko dwie pary. Wszystko to trwało trochę czasu nim udało się nam, chociaż nie bez problemów, uruchomić tuż przed samymi wakacjami, naszą pierwszą radiową stację odbiorczą. Podłączenie do radia 50-metrowej anteny, uzyskanej po zdjęciu kolców z drutu ogrodzeniowego, i przeciągnięcie jej wysoko miedzy stodołą i domem było już dziecinną zabawką. Wreszcie po długim dziubaniu drucikiem w kryształek i kręceniu gałką kondensatora, jakaż była nasza radość i duma, gdy w słuchawce udało się nam usłyszeć głos spikera z Radia Warszawa nadającego na długich falach.

Chociaż tym razem nie ja byłem inicjatorem tego dzieła, moja opinia jako majsterkowicza ugruntowała się wśród kolegów jeszcze bardziej. Byłem jednym z nielicznych w Dzierzązni, którzy w tym czasie mieli odbiornik radiowy. Chociaż odbiór był słaby, głos ze słuchawek cichy, ale nareszcie mogłem słuchać radia. I nie tylko ja, rodzice również interesowali się wiadomościami, a już dziadek nie wychodził z podziwu, że wnuk zmajstrował coś, co mu pozwalało słuchać głosu znikąd. W krótkim czasie zmontowaliśmy jeszcze chyba trzy odbiorniki, które sprzedaliśmy wraz z zainstalowaniem ich u kupujących, co zapewniło nam niewielki, lecz zupełnie nieoczekiwany dopływ pieniędzy. Z braku części składowych, nasza produkcja zatrzymała się ostatecznie.

Dzięki radiu i nadawanym codziennie audycjom dla rolników, udało mi się zaprenumerować tygodnik „Rolnik Polski”, który potem otrzymywałem regularnie przez kilkanaście miesięcy. Raz nawet napisałem list do redakcji, by im powiedzieć, że powieść w odcinkach, zamieszczana w każdym numerze, „Przez Alpy ku wolności” bardzo mi się podobała. Był to rzeczywiście interesujący opis prawdziwej historii przejścia przez zlodowaciałe zimą Alpy, z Niemiec do Szwajcarii, jednego uciekiniera z obozu w Dachau. Podziękowanie na mój list zostało wydrukowane w kolejnym numerze, co mnie uradowało mocno, bo to po raz pierwszy moje nazwisko i adres pojawiły się w gazecie. Byłem z tego dumny i pokazywałem ją wśród moich kolegów, ale to wcale nie wzbudziło ich podziwu.

Za pieniądze uzyskane ze sprzedaży „kryształków” i trochę z pomocą rodziców, udało mi się kupić wreszcie mój pierwszy wymarzony rower. Prawdę mówiąc, nie był on pierwszy w naszej rodzinie, gdyż wiosną 1946 roku mama z wielką dumą powróciła do domu z Płońska na nowo nabytym rowerze. Szybko nauczyłem się wtedy na nim jeździć, a nie mogąc dosięgnąć z siodełka do pedałów, jeździłem i pedałowałem na stojąco, pod ramą. Jednak radość nasza z tego środka lokomocji nie trwała długo, gdy mama z kolejnej wyprawy do Płońska powróciła już pieszo, bez roweru. Opowiedziała nam, że jakiś rosyjski wojskowy zatrzymał ją na szosie i powiedział, że jest to rower męski, a nie damski, i że jest mu potrzebny, aby szybciej ścigać uciekających Niemców. Na pytanie żołnierza, czy może ona nie chce żeby ich ścigał, mama szybko się zgodziła, gdyż w ten sposob jej rower będzie uczestniczył w pościgu za wrogiem, co wymieniony wojownik natychmiast przerodził w czyn, pedałując z dużą energią, ale w kierunku na wschód. Teraz myśląc o tym, dochodzę do wniosku, że ten bezimienny dar stał się naszym bezpośrednim, materialnym wkładem w zwycięstwo Armii Radzieckiej.

Nowo kupiony rower po wyremontowaniu stał się dla mnie niezwykle cenny, gdyż pomógł mi wejść do nowej kategorii ludzi „pedałujących”, mających ogromną przewagę w szybkości przemieszczania się nad zwykłymi „piechurami”. Dla mnie oznaczało to koniec z niekończącymi się podróżami na piechotę. Koniec z odległościami nie do pokonania, wszystko nagle się przybliżyło. Wyjazd do Płońska zabierało ten sam czas, jak pójście pieszo do Gumowa, następnej wsi zaraz za Kolonią. I można było kogoś wziąć na ramę. Byłem zachwycony i bez ustanku czyściłem, smarowałem, regulowałem mój nowy nabytek. Nawet późniejsze kupno pierwszego motocykla czy samochodu nie było dla mnie tak ważnym wydarzeniem, jak zakup tego pierwszego roweru.

W klasie miałem dwóch kolegów, z którymi bardzo się przyjaźniłem. Był to Witold Żaglewski, którego ojciec był kierownikiem szkoły i grał często w brydża z moimi rodzicami, i Radek Ziółkowski, którego ojciec był kowalem w niedalekiej wsi. Spędzaliśmy dużo czasu razem. Radek bardzo mi imponował swoją siłą fizyczną, a od czasu jak niechcący przestrzelił sobie stopę z rewolweru, który odbezpieczony nosił w kieszeni, uważałem go wręcz za bohatera. Nasze możliwości uzupełniały się, Radek miał silny dar łatwego przekonywania kolegów, jeśli ci mieli wątpliwości, co do słuszności moich propozycji, a Witold był spokojny, miał duże zaufanie do moich pomysłów i zawsze je akceptował. W ten sposób stanowiliśmy trójkę nie do pokonania. Ja ze swej strony odpłacałem się im, pozwalając na kopiowanie odrobionych przeze mnie zadań domowych, niezbędnych do ich postępów w nauce.

Radek, jak żaden inny umiał organizować zabawy w żołnierzy, gdzie wszystko było jak w prawdziwym wojsku. Jedna grupa atakowała, druga się broniła, a dla stworzenia warunków frontowych Radek nawet strzelał z prawdziwego rewolweru, ale sza, bo to była tajemnica. Dla porozumiewania się między nami tak, aby inni nas nie rozumieli, używaliśmy słów z przestawionymi sylabami. Było to trudne i aby mówić płynnie tym nowym zaszyfrowanym językiem, trzeba było dużo trenować, co czyniliśmy z zapałem. Nasz szyfr wyjaśnię na przykładzie.

W tym czasie była prowadzona akcja zachęcania rolników do zastąpienia koni, których brakowało jako siły pociągowej w pracach polowych, przez krowy. Jeden z takich sloganów, który do tego nawoływał, w obu wersjach brzmiał jak następuje:

Chwytaj bracie hasło zdrowe:              Taj-chwy-cie-bra-sło-ha-we-zdro

Zamiast konia, wprzęgaj krowę!                      Miast-za-nia-ko-gaj-wprzę-wę-kro

To co było jeszcze bardzo ważne dla utrudnienia zrozumienia naszego szyfru, to że trzeba było przestawione sylaby wymawiać w sposób ciągły, bez zatrzymywania się na słowach. A w ogóle to miałem coraz więcej projektów do zrealizowania. Chciałem się zapisać do nowopowstającej Ochotniczej Straży Pożarnej, która otrzymała właśnie wyjątkowo ładne, błyszczące hełmy strażackie, ale nie przyjęli mnie pod pretekstem, że byłem za młody. Zapisałem się więc tylko do orkiestry strażackiej, zorganizowanej przez pana organistę i gdzie miałem się uczyć grać na trąbce zwanej altówką. Ale nie trwało to długo, bo mój oddech był za słaby, by wydobyć z niej jakąś ciągłą i słyszalną melodię.

Z kolei w chórze szkolnym też zaprzestałem śpiewania, gdy w czasie jakiegoś występu pan nauczyciel, dyrygent chóru i grający na skrzypkach, przylał mi smyczkiem mocno, rozcinając głowę. Pretekstem było to, że pociągnąłem śpiewaczkę stojącą tuż przede mną za warkocz, co spowodowało, że jej wokaliza solowa załamała się nagle, przechodząc w przenikliwie głośne „Ajjjj!” Wywołało to oczywiście śmiech na widowni, a ja najadłem się dużo wstydu, gdyż z racji mojego wzrostu wszyscy na sali widzieli karę, jaką otrzymałem od nauczyciela.