Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Teraz mój pierwszy obrazek szpitalny, pierwszy, gdyż później będą jeszcze inne. Na początku lata 1946 roku, wracając ze szkoły, poczułem bardzo silny ból w brzuchu, z prawej strony na dole. Zaniepokojona tym mama posadziła mnie na furmankę i pojechaliśmy na wstępną konsultację do znanego już z poprzedniej wizyty z obojczykiem nauczyciela. Ten poradził mamie zawieźć mnie szybko do lekarza na badanie, więc nie zwlekając, pojechaliśmy furmanką do szpitala w Płońsku.

Jak mi mama potem objaśniła, szpital po wojennych przejściach znajdował się w opłakanym stanie, tym niemniej funkcjonował i wreszcie Polacy mogli z niego korzystać. Pan w białym fartuchu wydawał się sympatyczny. Po przemacaniu mojego brzucha, popatrzeniu w gardło i poklepaniu po głowie wydał swój werdykt: „Tak, dobrze, że pani go przywiozła, bo wszystko wskazuje, że jest to atak ślepej kiszki i będziemy musieli go zoperować.” Nogi ugięły się pode mną, patrzyłem na mamę z przerażeniem, a mama: „Nie bój się syneczku, to nic strasznego, uśniesz, a jak się obudzisz, to już będzie po wszystkim i mama będzie przy tobie.” Operacja miała się odbyć na drugi dzień i już od tej chwili nic mi nie dano do jedzenia. Bałem się bardzo, ale dla dodania sobie odwagi starałem się wyobrazić moją dumę przed kolegami, gdy po powrocie do domu opowiem im, jak odważnie zniosłem cierpienia operacji, której żaden z nich jeszcze nie miał.

Mama siedziała przy łóżku całą noc, a ja widziałem zza przymrużonych powiek, że często wycierała sobie oczy. Rankiem przyszedł sanitariusz, kazał mi się wykąpać pod prysznicem i potem razem z mamą, która szła obok, ściskając mnie za rękę, doszliśmy do sali operacyjnej. Kazano mi się rozebrać i położyć na specjalnym stole, gdzie zrobiono mi chyba dwa zastrzyki w plecy. Poczułem gwałtowny ból gdzieś w kręgosłupie. Potem ktoś przywiązał mi nogi, ręce i ciało do stołu jakimiś pasami, tak że nie mogłem się w ogóle ruszać. Siostra zakonna przykryła mi twarz białym ręcznikiem i stanęła obok trzymając mnie za głowę.

Przypuszczałem, że dali mi zastrzyki przeciwbólowe, gdyż byłem zdrętwiały i nic nie czułem. Nagle ból okropny pojawił się niespodzianie, poczułem jakby ktoś wyciągał mi wszystkie wnętrzności, aż od gardła. Ogromny ból nie do zniesienia. Zacząłem krzyczeć, krzyczeć coraz mocniej, zacząłem wyć. Siostra trzymając mnie za głowę, usiłowała mnie uspokoić. Kazała mi gryźć ręcznik, ale ja go wypluwałem i krzyczałem: „Dajcie mi nóż, ja się zabiję.” Słyszałem głos lekarza, który mnie operował: „Siostro, dłużej z nim tak nie wytrzymamy. Niech mu siostra da chloroform.” Siostra położyła mi coś na twarzy, poczułem nieprzyjemny, duszący zapach, i kazała mi liczyć. Doliczyłem do 17, ból zmalał i dalej liczyć mi się nie chciało, więc zamilkłem. W pewnym momencie znowu poczułem ogromny ból, co spowodowało, że znów włączyłem moje jodłowanie, tylko o oktawę wyżej. Usłyszałem jeszcze gniewne: „Niech siostra doda chloroformu…” i głos się rozpłynął.

Obudziłem się nocą, było ciemno. Pić mi się chciało niesłychanie. Wstałem z łóżka, by poszukać wody. Przez światło padające przez okno zobaczyłem umywalkę w kącie i odkręciłem kran w tym samym momencie, gdy drzemiąca na krześle mama, obudziła się z krzykiem: „Boże, Rysiu, co ty robisz! Nie pij!!!” Nikt mi nie powiedział, że po operacji nie wolno pić i gdyby nie obecność mojej mamy w pokoju, sądzę, że moje obrazki pozostałyby nieczytelne. Leżałem w tym szpitalu jeszcze ponad dwa miesiące, gdyż pojawiły się powikłania, z zakażeniem włącznie.

To, co było pikantnego w tej historii, to, że wcale nie miałem problemu z wyrostkiem robaczkowym. Jak przyznała się siostra zakonna mojej mamie przy wypisywaniu mnie ze szpitala, operacja wyrostka nie była potrzebna, ponieważ miałem wtedy ostre zapalenie nerek. Dzisiaj moja blizna na brzuchu rozciąga się na długości 12 cm, co oczywiście nie najlepiej świadczyło o kunszcie personelu lekarskiego w powojennym Płońsku.

Jak przywieziono mnie wozem do domu, była już pełnia lata. Był to okres dojrzewania gruszek, które uwielbiałem, a szczególnie te nazywane „klapsami”. Koledzy, by mnie powitać, przynieśli ich dużo, a ja naprawdę jadłem je z ogromną przyjemnością. Nocą ostry ból mojego brzucha wystraszył na nowo mamę. Obudzony przez nas nauczyciel po namacalnej krótkiej konsultacji, wydał równie krótki werdykt: „Podejrzewam skręt kiszek!” Bez zatrzymywania się już w domu, nocą pognaliśmy znowu, co koń wyskoczy, do szpitala w Płońsku. Może dzięki pomocy trzęsącej się na drodze furmanki, gdyż jechaliśmy ostro, zanim dojechaliśmy do szpitala sytuacja się odblokowała. Skrętu kiszek nie miałem, ale podróż nocą w tę i z powrotem do Płońska odbyłem.

Kiedyś mama zwróciła uwagę, że jeden z moich zębów rósł krzywo, a więc przy okazji pobytu w Płońsku poszła ze mną do dentysty. Jeden pan (chyba dentysta) po obejrzeniu mojego uzębienia, które jak u wszystkich w moim wieku, było już w ostatecznym wydaniu, oświadczył: „Proszę panią, to jest kieł, który nie ma miejsca, aby rosnąć normalnie. Trzeba go usunąć, aby nie przeszkadzał innym.” W wyznaczony dzień wizyty, mama niestety nie mogła mi towarzyszyć, więc sam, z lekką obawą w sercu, ruszyłem rankiem pieszo z Dzierzązni do Płońska. Kilka godzin później zasiadłem w fotelu i pan w białym fartuchu po obejrzeniu raz jeszcze wnętrza moich ust, spytał:

- Ze znieczuleniem czy bez?

- A ile to będzie kosztować, proszę pana?

Wymienił dwie sumy, ale ta ze znieczuleniem była kilkakrotnie wyższa niż bez. Pamiętałem, że moje poprzednie zęby wylatywały prawie same i wyrwanie ich przy pomocy zwykłej nitki, odbywało się zawsze bez bólu.

- Proszę pana, to bez znieczulenia. Pan spojrzał na mnie bardziej uważnie:

- Na pewno chcesz bez znieczulenia?

- Tak, tak, proszę pana.

- A nie będziesz krzyczał?

- Nie, proszę pana, nie będę, ale już bez przekonania. Moja decyzja była tym bardziej nieodwołalna, że już miałem przeznaczenie dla pieniędzy, które zaoszczędzę z tych, co mi mama dała na dentystę. Trochę przestraszył mnie fakt, że pan przyniósł dwa paski i starannie zaczął nimi przywiązywać moje ręce do poręczy fotela, a przecież powiedziałem mu, że nie będę krzyczał. Odstawił kołowrotek napędzany nogą, wziął obcążki na widok, których serce mi załomotało, ale nic już nie mogłem powiedzieć, gdyż usta miałem zapchane watą.

Co się potem działo! Jeszcze dzisiaj mam żywe wspomnienie okropnego bólu, który towarzyszył całej tej operacji. Upiorny kieł nie chciał w żaden sposób rozstać się ze mną. Biały fartuch, który miałem ciągle przed oczami, tańczył wokół mnie, ciągnąc i kręcąc obcążkami za ząb, który broniąc się przed wyrwaniem, w końcu się złamał. Niezrażony tym operator, już bez dalszych ceremonii wziął moją głowę pod lewe ramię, by ją unieruchomić ostatecznie, rozerwał chyba dziąsło i wydłubał resztę zęba, która tam tkwiła. Nawet nie miał do mnie pretensji za przenikliwe dźwięki: Aaaaaa! Oooooo!”, które emitowałem w czasie trwania zabiegu. Od tej pory, w dalszych moich kontaktach z dentystami, nigdy nie zapomniałem żądać znieczulenia, nawet przy niewinnym borowaniu zęba.