Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Ponieważ kościół w Skołatowie, odległym o 1,5 km od naszego domu, został otwarty mniej więcej w tym samym czasie co szkoła, mama zapisała mnie na przygotowanie do bierzmowania. Ale wraz z otwarciem kościoła otworzyła się dla mnie nowa rozrywka w postaci uczestnictwa w procesjach odpustowych do innych parafii. To było bardzo interesujące z wielu względów.

Wierni szli drogą, na przedzie niosący sztandary i obrazy, a za nimi, śpiewając pobożne pieśni, reszta uczestników. Było tam zwykle dużo ludzi i na dzieci nikt nie zwracał uwagi, mogliśmy więc biegać i grać w różne gry. Ale dopiero po przyjściu na miejsce odpustu, zwykle po 5-7 km drogi, otwierał się przed nami rajski świat. Wokół kościoła stało dużo rozstawionych straganów, na których sprzedawano rzeczy pobożne, jak święte figurki, malowanki ze świętymi, fotografie, różańce z oliwek rosnących w Ziemi Świętej, wodę z cudownego źródła w Lourdes i wiele, wiele innych. Ale mnie podobały się inne stoiska, gdzie można było za opłatą strzelać z wiatrówki do ruchomych celów, rzucać piłkami lub kółkami i wygrywać nagrody, jeździć na karuzeli lub ścigać się w workach niosąc w ustach łyżkę z położonym na niej świeżym jajkiem. Starsi, interesowali się przede wszystkim stoiskami, gdzie mogli zakupić produkty codziennego użytku: buty, ubrania, garnki, talerze, a nawet zwierzęta. To były prawdziwe targowiska handlowe.

Pewnego razu mama dała mi pieniądze, abym na odpuście w Daniszewie, gdzie był słynący cudami obraz Matki Boskiej, kupił sobie sandały. Wojenne drewniaki bowiem już w tym czasie zaczęły wychodzić z mody. Podszedłem do grupy ludzi otaczających mężczyznę, który na małym stoliku podnosił i przekładał w różnym porządku 3 karty. Podniesiona karta na krótką chwilę przed położeniem była pokazana otaczającym, by mogli spostrzec jej kolor. Były dwie karty czarne, przegrywające i jedna czerwona, wygrywająca. Stawiający stawkę, wygrywał ją podwójną, jeśli po manipulacji żonglera, wskazał prawidłowo miejsce karty czerwonej. Grający zebrani wokół stolika często przegrywali, ale też dużo wygrywało. Długo przyglądałem się tej grze i było dla mnie oczywiste, że wygram, jeśli pokażę na kartę w odpowiednim momencie. Podzieliłem otrzymaną sumę na dwie części i po postawieniu połowy sumy wskazałem na miejsce, gdzie powinna się znajdować czerwona karta. Jakie było moje przerażenie, gdy wskazana karta okazała się czarna. Niemożliwe, bym się pomylił.

Sandałów za połowę sumy już nie mogłem kupić, jedynym wyjściem z sytuacji było postawić raz jeszcze pozostałe pieniądze, ale tym razem na pewniaka, aby się odegrać. Nie znałem wtedy przysłowia, że ojciec wydziedziczył syna nie za to, że przegrał, ale za to, że się odgrywał. Tak było i ze mną, a już po przyjściu do domu wolałem odebrać od babci „openklanca” za zgubienie pieniędzy niż za ich przegranie w trzy karty. To mnie chyba uchroniło na całe życie od pasji gier hazardowych. Nawet w Las Vegas nie dałem się namówić na grę w ruletkę, a jedyną grą, którą akceptowałem, była maszyna nazywana „jednorękim bandytą” ze stawką 10 centów za zakręcenie. Krotko mówiąc, nie lubię hazardu.