Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Nie mogę tu nie wspomnieć o moich początkach literackich. Było to chyba w klasie szóstej, a więc byłem już, w moim pojęciu, wystarczająco „oczytany i opisany”, aby zacząć samodzielną działalność pisarską.

A zaczęło się to wszystko od prezentu, który mama podarowała mi na urodziny. Było to urządzenie do pisania atramentem, nazywane wówczas „wiecznym piórem”. Normalnie do pisania nosiliśmy ze sobą w buteleczce atrament i obsadkę z zamocowaną na jej końcu stalówką. Było to kłopotliwe do noszenia i wcale niełatwe do pisania, gdyż stalówka umoczona zbyt głęboko w kałamarzu powodowała często kleks w zeszycie, który był bardzo źle widziany przez panią od polskiego i nawet bibuła, której używaliśmy do osuszenia stronicy po napisaniu tekstu, nie mogła go wciągnąć. Moim podarunkiem byłem zachwycony, bo tylko jedna dziewczynka w klasie miała takie cudo. Po zdjęciu skuwki z pióra, kręcąc za jego koniec naciągało się atrament, który potem spływał na stalówkę pozwalając pisać długo i bez konieczności maczania jej w kałamarzu. Postanowiłem dać wyraz mojemu szczęściu, tworząc okolicznościowy wierszyk, który nie wahałem się nazwać „Odą do wiecznego pióra”. Pierwsza zwrotka tej ody była już bardzo wymowna:

Moje wieczne pióro, ze stalówką złotą,

Tak mi ładnie pisze, jakbym prosił o to.

Pisze mi litery, cyfry tajemnicze,

Wiele pięknych rzeczy, których nie wyliczę!…

Będąc pod wrażeniem nieoczekiwanego prezentu, „machnąłem” chyba tej ody ponad stronę, a nawet pokazałem ją właścicielce drugiego pióra mówiąc, że ja umiem pisać wiersze, a ona nie potrafi. Obraziła się na mnie śmiertelnie. Dodam, że przy bliższym poznaniu pióro odkryło swoje wady, a mianowicie, po odłożeniu atrament szybko zasychał na stalówce i aby móc na nowo nim pisać musiałem wyjmować stalówkę, myć ją i na nowo zakładać. Wkrótce stalówka zardzewiała tak, że pisać się dalej nie dało i jako wspomnienie po piórze została mi tylko oda. Ale pióra bardzo mi było żal!

Również przygotowania do bierzmowania natchnęły mnie chęcią do napisania utworu religijnego na temat nieszporów, odprawianych w kościele zwykle w niedzielę pod wieczór. Chylący się ku zmierzchowi dzień dodawał tajemniczości odbywającej się ceremonii religijnej, a śpiewane pieśni pozwalały podziwiać piękny głos mojej koleżanki z klasy, która stała obok mnie. By ułatwić sobie pracę napisałem najpierw tekst prozą, a potem, pocąc się bo szło mi to opornie, starałem się przekształcić go w wiersz, dobierając odpowiednio słowa tak, aby się rymowały. Pierwsza zwrotka tego, niestety nieukończonego dzieła, gdyż miał to być poemat wielostronicowy, zaczynała się tak:

„Niech będzie Chrystus pochwalony!”

Na Anioł Pański biją dzwony,

W ciszy wieczornej słodkie dźwięki,

Unoszą w niebo nasze dzięki!…

Po stwierdzeniu przed samym sobą, że droga poety jest zbyt trudna, by mnie doprowadzić do jakiejś chwały, postanowiłem spróbować raz jeszcze moich sił, ale tym razem w prozie. Otóż książki, do jakich miałem dostęp, były raczej przeznaczone dla odbiorcy lubiącego nieskomplikowane historie, gdzie miłość dwojga młodych, po wielu wymyślnych przeszkodach, kończyła się zawsze udanym małżeństwem na ostatniej kartce. Takimi historiami, pisanymi miedzy innymi przez Michel Zevacco, byłem czasami zniechęcony, gdyż bardzo chciałem dowiedzieć się, jak dalej potoczyły się losy bohaterów powieści.

Aby temu zaradzić, postanowiłem napisać powieść, która zaczynała się właśnie tam, gdzie inne się kończyły, to znaczy w kościele, w czasie ślubu młodej pary. Ponieważ jestem przekonany, że dramatyczna, lecz szczęśliwie kończąca się moja historia świeżo ożenionych, nie byłaby w stylu dzisiejszym, więc ograniczę się tylko do skromnego cytatu, dla oddania nastroju zaczynającej się powieści:

Ostatnie słowa błogosławieństwa, udzielonego nowożeńcom przez pochylonego od wieku proboszcza, nie zdążyły jeszcze dobiec do uszu stojących u wejścia uczestników zaślubin, gdy potężne akordy grających organów wypełniły cały kościół. Wkrótce głos organów przycichł, pozwalając usłyszeć śpiewaną pięknym, dziewczęcym młodym głosem, pieśń-modlitwę, w intencji młodej pary:

Pod Twą obronę Ojcze na niebie,

Dwoje Twych dzieci swój oddaje los.

Ty im błogosław, ratuj w potrzebie,

I broń od zguby, gdy zagraża cios!

Skąpana w dźwiękach tej majestatycznej melodii młoda para zbliżała się powoli do wyjścia, gdzie licznie zgromadzeni cisnęli się, by złożyć jej życzenia szczęścia i pomyślności. Gdy nagle…

Czy w tych przytoczonych powyżej trzech utworach poezji i prozy było coś, co mogło zainteresować czytającego? Nie wiedziałem. Dla mamy utwory, które jej przeczytałem, były wspaniałe. Kazik, po upewnieniu się, że naprawdę ja sam napisałem odę, poprosił mnie o napisanie takiej samej o nim w zamian za pasanie za mnie krów, co oczywiście odrzuciłem, pukając się po głowie, bo odę za pasanie! Nie mając więc wokół mnie czytelników, którzy doceniali by moją twórczość, po upływie pewnego czasu postanowiłem odłożyć zamiłowania literackie na półkę, gdzie nigdy więcej już nie zajrzałem. Ale czy na pewno nigdy więcej?