Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Dla mnie nowopowstająca Polska miała bardzo konkretne znaczenie, że wreszcie będę mógł się uczyć. Nie przypuszczałem wtedy, gdyż nie miałem ku temu żadnych podstaw, że jest to początek nowej ścieżki mojego życia, długiej a czasami i trudnej, która mnie powiedzie do góry nazwanej „wiedzą i poznaniem”. Patrzącemu na nią z dołu, szczyt jej wydaje się niekiedy niewyraźny, lecz zawsze skąpany w obłokach!

Przed wybuchem wojny i w czasie jej trwania nie chodziłem do szkoły. Ale tuż po wyzwoleniu, w Dzierzązni, chyba w marcu 1945 roku, ogłoszono, że wszystkie dzieci w wieku szkolnym mają się stawić w budynku szkoły w Kolonii, gdzie będą odbywały się zapisy do klas. Po naradzie z mamą postanowiliśmy, że ze względu na wiek ja zapiszę się do klasy czwartej, a Kazik do drugiej.

W wyznaczonym dniu poszliśmy we dwóch do szkoły, która mieściła się w budynku zbudowanym przed wojną w Kolonii. Gdy przyszła moja kolej na egzamin, bardzo prosty zresztą, gdyż polegał na odpowiedzi na kilka pytań z matematyki i polskiego, mój egzaminator stwierdził, że wiedziałem więcej niż to, co było wymagane do klasy czwartej, mówiąc: „Nie, nie mój mały, ty pójdziesz do klasy piątej i wydaje mi się, że nawet piąta jest dla ciebie za niska, ale niestety to jest ostatnia w naszej szkole.” I tak zapisano mnie do klasy piątej, a zaraz potem, chyba w marcu 1945 zaczęły się dla nas lekcje.

Pierwszy rok szkolny nie trwał długo, bo skończył się w lipcu. Ja dostałem cenzurkę na piątkach i promocję do szóstej klasy, z czego byłem niesłychanie dumny, gdyż byłem najmłodszy i najlepszy w klasie. Na zakończenie roku szkolnego odbyła się w szkole wielka akademia, gdzie chór szkolny śpiewał „Jeszcze Polska nie zginęła …” i „Boże coś Polskę…”, były też przewidziane wiersze recytowane przez uczniów. Mnie przydzielono wiersz Marii Konopnickiej, który zaczynał się tak:

Jeśli nasza dobra wola pod ziemią leży,

Przeorajmy nasze pola na zagon świeży.

Od pradziadów, my dziedzice przejęli długi,

Przecież stać nas na płużyce, stać nas na pługi…

Wszedłem na estradę z ogromną emocją, chociaż znałem wiersz bardzo dobrze, gdyż go powtarzałem w domu wiele razy. Ukłoniłem się wszystkim i zacząłem recytację:

Jeśli nasza dobra wola pod ziemią leży,

Przeorajmy nasze pola na zagon świeży…

I … na tym koniec. Widząc przed sobą dużo osób wpatrzonych we mnie, wpadłem w panikę i wszystko, co znałem z wiersza wyleciało mi nagle z pamięci. Nie mogąc nic więcej wyksztusić, z ogromnym wstydem i chyba płacząc zbiegłem z estrady. Po tym strasznym dla mnie przeżyciu, postanowiłem wytrenować pamięć, by w przyszłości uniknąć podobnego zdarzenia. Brałem książki z wierszami od pani Śmierzchalskiej i tych wierszy, których treść nie zawsze była dla mnie zrozumiała, pasąc krowy, uczyłem się na pamięć, a następnie recytowałem je aż do znudzenia przed żującymi w zamyśleniu trawę krowami.

Na święta Bożego Narodzenia uczniowie starszych klas mieli wystawić w szkole żywą Szopkę Betlejemską. Ja miałem grać świętego Józefa, może dlatego, że byłem wysoki i chudy. Do tej roli przygotowywałem się bardzo solidnie. Nie była bardzo skomplikowana, miałem tylko wyjść przed szopkę, stuknąć długą laską i możliwie grubym głosem powiedzieć do pasterzy i czekających przed szopka monarchów:

Coście słyszeli, to się wam nie śniło,

Dzieciątko Boże się już narodziło!

A potem stanąć w końcu szopki i nic już więcej nie mówić. Bardzo liczyłem na to przedstawienie, by wymazać ostatecznie z pamięci zgromadzonych moją nieudaną recytację. Niestety, w dzień przedstawienia miałem wysoką gorączkę i mimo rozpaczliwych moich błagań, że nic mi nie będzie, mama zadecydowała, że zostaniemy w domu. Tak też się stało i jeszcze jedne drzwi, które mogły mnie doprowadzić do wspaniałej kariery aktorskiej, zamknęły się przede mną z trzaskiem.

Do szkoły, drogą i przez most na Płonce, było około 3 km, ale przez łąki i kładkę na rzeczce droga była dwa razy krótsza, dlatego też bardzo rzadko chodziliśmy przez most. Latem i zimą droga nie przedstawiała żadnych trudności, ale wiosną i jesienią droga przez łąki i kładkę zamieniała się w drogę przez rozlewisko. Dziś trudno mi powiedzieć, ile razy suszyłem swoje ubranie przed wejściem na lekcję lub przyjściem do domu, ale to mi nie przeszkadzało korzystać z tej drogi, gdyż nadawało to jej specjalny dreszczyk emocji.