Kolejna witryna oparta na WordPressie
Header

Piękna nasza Polska cała,

Piękna, wolna i niemała…

…Lecz najbliższe i najdroższe

memu sercu jest Mazowsze!

Na naszym Mazowszu, tak ładnie opiewanym przez zespół „Mazowsze”, wojna się już skończyła. Nie ta, która trwała gdzie indziej jeszcze, gdzie słychać świst pocisków i huk wybuchów, ale dla nas w Dzierzązni, wojna była już tylko wspomnieniem. Nagle świat się zmienił, strach ustąpił śmiałości. Ci, którzy za okupacji byli bojaźliwi i niewidoczni, stali się nagle bardzo aktywni, jakby w ten sposób chcieli wymazać poniżające dla nich wspomnienia. Dorośli stali się znowu towarzyscy, sąsiedzi wzajemnie się odwiedzali, aby podzielić się ostatnimi wiadomościami z frontu, skomentować, co działo się we wsi, naradzić się wspólnie, jak się zachować w stosunku do nowych władz, do nowego porządku. Każdy krzątał się po swoim gospodarstwie, aby jak najszybciej wróciło ono do normalnego stanu, gdyż teraz produkty z gospodarstwa stały się jego własnością, zniknęła groźba głodu i można było je sprzedawać, aby w zamian kupić inne niezbędne rzeczy, dla siebie. Ludzie biegali po niemieckich gospodarstwach, aby odzyskać choć część dóbr, które im zarekwirowano. Niemcy z Kolonii gdzieś zniknęli i niektórzy tego bardzo żałowali, gdyż mieli z nimi pewne porachunki do uregulowania. Ci, którzy tam pozostali, to były przeważnie kobiety i dzieci, ale do nich nikt z mieszkańców nie odnosił się wrogo.

Na miejsce zadbanych żołnierzy z Wehrmachtu przyszli na kwatery żołnierze sowieccy, którzy, widocznie myląc nas z okupantem, zaczęli również rekwirować i zabierać, co się dało. Na szczęście nie trwało to długo. Wkrótce pojawili się inni wojskowi, z NKWD, wypytywali, kto współpracował z Niemcami. Podejrzanych brali na przesłuchania, niektórzy z nich wracali pokrwawieni, niektórzy znikali, ale wprowadzili też trochę porządku wśród kwaterujących żołnierzy, na których dużo ludzi się skarżyło. Bowiem przez naszą Dzierząznię przechodziło i przejeżdżało mnóstwo żołnierzy i mnóstwo wyposażenia.

W stronę frontu żołnierze jechali w niekończących się kolumnach na samochodach ciężarowych, natomiast w drugą stronę, podążali przeważnie żołnierze ranieni, a może na odpoczynek. Przyjeżdżali na furmankach dostarczanych jako podwody przez mieszkańców wsi , które ci żołnierze opuszczali, przemieszczając się na wschód. Co mnie bardzo dziwiło, to że nigdy z żołnierzami nie było kuchni polowych i wszyscy ci powracający żywili się u mieszkańców wiosek. Pamiętam, że babcia gotowała ciągle dużą ilość kartofli, które kładła na ogromną salaterkę, na drugą kładła kapustę z kawałkami jakiegoś mięsa. Wokół stołu siadali żołnierze, wyciągali zza cholew butów drewniane łyżki i z wielkim apetytem opróżniali obie salaterki.

Powracający ciągnęli ze sobą nieprawdopodobną ilość „zdobytych” rzeczy, jak zegarki, buty, radia, rowery i inne cuda. Ale to, co żołnierze nieśli z sobą w powrotnej drodze było niczym w stosunku do ilości materiałów, które w tym samym powrotnym kierunku transportowano na samochodach. Trwało to wiele miesięcy, a szczególnie rozwinęło się jak ofensywa radziecka weszła na tereny niemieckie, które potem stały się polskimi. Czego tam nie było! Począwszy od szyn kolejowych z rozmontowanych torów, maszyn wymontowanych z istniejących fabryk, mebli z opróżnionych mieszkań, rowerów, samochodów osobowych, a skończywszy na stosach anonimowych pakunków.

Nas – dzieci to, co się działo w świecie starszych mało interesowało, gdyż nagle i dla nas odkrył się inny świat. Przede wszystkim naszymi zdobyczami stał się sprzęt wojenny rozbity i opuszczony przez wojsko, który pozostał w okolicy. A było go dużo i należało szybko wejść w jego posiadanie, nim inna grupa chłopców się nim zajmie. Pamiętam, że z trzech czołgów sowieckich, które stały spalone na skraju wsi, jeden stał się naszym łupem i z niego wymontowaliśmy wszystko, co się dało. Ja sam zgromadziłem i przetransportowałem do domu trzy ogromne skrzynie od pocisków armatnich, podstawę do karabinu maszynowego na kółkach, a nawet karabin mauzer, który po zawinięciu w szmaty zakopałem przezornie w stodole. Znajdowaliśmy całe masy pocisków do różnej broni, z których główek po wysypaniu prochu, wytapiało się ołów. Nie wszyscy umieli się z tym dobrze obchodzić i kilku kolegów miało palce lub ręce pourywane przez wybuchy, a jeden to nawet zginął na miejscu, jak głowa pocisku rozerwała się w jego rekach.

Tak zaczynała się w Dzierzązni, w pierwszych tygodniach po wyzwoleniu, nowa Polska. Nikt nie myślał o tym, jaka ona będzie, bo też nikogo to nie dotyczyło, to była kwestia, którą zajmą się ci „z Warszawy”, jeżdżący na swoich „taksówkach”, gdyż tak nazywano na wsi samochody osobowe, które nic wspólnego z taksówkami, oczywiście, nie miały.